„Różę” odchorowałem – rozmowa z Marcinem Dorocińskim

„Różę” odchorowałem – rozmowa z Marcinem Dorocińskim

W szkole ciągnęła się za mną opinia „na wieki wieków amant”. Zawsze próbowałem łamać swój wizerunek i grać też role, w których aparycja nie jest najważniejsza

Marcin Dorociński – (rocznik 1973) debiutował w 1996 r. niewielką rolą w „Szamance” Andrzeja Żuławskiego i w serialu „Dom”. Ukończył Akademię Teatralną w Warszawie i związał się z Teatrem Dramatycznym. Zagrał w serialach „Na dobre i na złe”, „Rodzina zastępcza”, „Sfora”. Kreacja podkomisarza Sławomira „Despero” Desperskiego w kryminalnym filmie sensacyjnym Patryka Vegi „PitBull” (2005) przyniosła mu Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. Za rolę gangstera Fabiana „Fabio” Sawickiego w „Ogrodzie Luizy” (2007) Macieja Wojtyszki został uhonorowany nagrodą na 32. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Od września 2011 r. jest w zespole Teatru Ateneum. W zeszłym roku otrzymał w Gdyni Złote Lwy za najlepszą rolę męską („Róża”).

Rozmawia Katarzyna Szeloch

Czym rola Tadeusza w „Róży” różni się od innych pana ról?
– Do każdej roli podchodzę z taką samą atencją i zawsze staram się przygotować do niej najlepiej i najuczciwiej, jak potrafię. Przed przystąpieniem do pracy nad nowym filmem próbuję spojrzeć na mojego bohatera tak, jakbym nic nie wiedział o aktorstwie, zresetować się, zapomnieć wszystko, co wiem o tym zawodzie i czego się nauczyłem do tej pory. To daje dobry start, emocjonalną świeżość w nastawieniu do bohatera i ogólnie do pracy nad filmem. Nie hierarchizuję ról. Ale „Róża” rzeczywiście jest wyjątkowa w mojej karierze, z wielu przyczyn. Przede wszystkim dlatego, że jest to główna rola w filmie historycznym, a w takich filmach nieczęsto zdarza mi się grać, jak i ze względu na tematykę oraz oczywiście osobę reżysera, Wojtka Smarzowskiego. To było nasze pierwsze zawodowe spotkanie i muszę przyznać, że podszedłem do tej współpracy z pewną nieśmiałością. Ale Wojtek okazał się nie dość, że wspaniałym, czujnym i oddanym aktorom reżyserem, to prywatnie fantastycznym człowiekiem i kolegą. Jestem bardzo wdzięczny losowi za to spotkanie. I liczę na następne.
Tadeusz jest do pana podobny?
– Tadeusz jest dla mnie ideałem mężczyzny, wzorcem, do którego chciałbym dążyć. Takie słowa jak honor, szlachetność, uczciwość, prawość i dobroć są na pierwszej stronie jego słownika napisane dużymi literami. A czy ja jestem do niego podobny? Nie wiem. Chyba nie mnie to oceniać. Ale chciałbym być choć w połowie taki jak on i pracuję nad tym, jednak łatwo nie jest. Okaleczony przez życie akowiec, który, aby przetrwać i ratować kobietę, musi zabijać… Czy przygotowanie do roli było trudne?
– Kiedy ma się takiego reżysera i przewodnika jak Wojtek Smarzowski, to przygotowywanie się do roli nie jest trudnym procesem. Oprócz długich prób aktorskich z reżyserem i moją partnerką Agatą Kuleszą przygotowywałem się na własną rękę, rozmawiałem z osobami, które przeżyły wojnę, przeczytałem sporo literatury historycznej opisującej tamten okres. Poznałem też historię Mazur. Najważniejszy jednak był scenariusz, w tym przypadku doskonale napisany. On był dla mnie bazą. Tak naprawdę chodziło o to, żeby nie zepsuć tego, co zostało napisane przez scenarzystę.
Czy na planie dało się odczuć, jak trudny to temat? Jak ekipa sobie z tym radziła?
– To złożona sprawa. Z jednej strony, praca nad „Różą” nie była lekka, łatwa ani przyjemna, chociażby ze względu na okrucieństwa opisane w scenariuszu Michała Szczerbica. W tym filmie leje się krew, trup ściele się gęsto, kobiety są zbiorowo gwałcone… Nawet pies jest przetrącony przez wojnę i ma tylko trzy łapy. Pracowaliśmy w różnych warunkach, w śniegu, deszczu, błocie, na najwyższych obrotach grając bardzo trudne sceny. Bywało ciężko, ale ekipa wiedziała, że warto ze względu na Wojtka i wyjątkowy tekst. Praca na planie przypominała bardziej obóz surwiwalowy niż spa. Wcielanie się przez kilka tygodni w rolę Tadeusza i odtwarzanie tamtych czasów sporo mnie kosztowało – emocjonalnie i fizycznie. Kiedy skończyły się zdjęcia, to z jednej strony, cieszyłem się, że ta ciężka praca jest za mną i będę mógł odpocząć, a z drugiej strony, gdy zszedłem z planu, zaczynałem tęsknić za ekipą i niezwykłymi relacjami, które się między nami narodziły. Potem długo odchorowywałem tę rolę i próbowałem wyrzucić Tadeusza z głowy. I nie wiem, czy do końca się udało. Takie role zostawiają w człowieku ślad na zawsze. Były też jasne strony: plan był wspaniałym doświadczeniem ze względu na Wojtka, który roztoczył nad nami wyjątkową opiekę i starał się jak najdelikatniej prowadzić nas przez meandry tej pracy. Spotkanie z filmową Różą, czyli Agatą Kuleszą, również było niezwykłe. Co prawda znaliśmy się wiele lat, bo byliśmy razem w zespole Teatru Dramatycznego, ale tak naprawdę dopiero przy „Róży” poznaliśmy się bliżej i bardzo polubiliśmy. Zresztą od czasów „Róży” spotykamy się zawodowo częściej, niedawno skończyliśmy zdjęcia do filmu Sławka Fabickiego „Miłość”, a już w lutym rozpoczniemy próby do spektaklu w Teatrze Ateneum.
Łatwiej panu grać bezwzględnych i cynicznych bohaterów, takich jak esbek w „Rewersie” lub wyrachowany kochanek w „Kobiecie, która pragnęła mężczyzny”, czy mężczyzn ciepłych, uczuciowych?
– Wszystko zależy od scenariusza. Nie ma znaczenia, czy bohater jest negatywny czy pozytywny, ważne, żeby był dobrze napisany.
Rozpiętość i różnorodność granych przez pana ról zaskakuje. Jak udało się panu uniknąć zaszufladkowania do roli wiecznego amanta?
– Po prostu staram się robić swoje najlepiej, jak potrafię, i jak Justyna Kowalczyk walczę, aby narty dobrze niosły. Faktem jest, że w szkole ciągnęła się za mną opinia „na wieki wieków amant”, taka trochę aktorska klątwa. Zawsze próbowałem łamać swój wizerunek i grać też role, w których aparycja nie jest najważniejsza. Stąd i „PitBull” ze spiłowanym zębem, i „Boisko bezdomnych”, do którego sporo przytyłem, a teraz „Róża”, „Obława” i kolejny projekt, o którym jeszcze nie mogę mówić. Do tego filmu ogoliłem się na łyso i zapuściłem wąsy. Lubię się zmieniać fizycznie, brzydnąć do roli. Wygląd nie jest najważniejszy i nie uważam, żeby on stanowił o sile i wartości mojego aktorstwa.
Czym dla pana jest aktorstwo? Rzemiosłem, sztuką, a może wyzwaniem?
– Wszystkim po trochu: rzemiosłem, sztuką i wyzwaniem. A zwłaszcza przygodą i możliwością spotkania ze wspaniałymi, bardzo ciekawymi ludźmi. Jestem szczęściarzem, bo nie dość, że mogę wykonywać zawód, który kocham, to jeszcze mój zawód jest moim hobby. W młodości był pan ochroniarzem i kelnerem. Czy tamte doświadczenia okazały się pomocne w pracy aktorskiej?
– Oczywiście. Kelnerskie doświadczenia przydały się chociażby w pracy nad filmem „Rozmowy nocą” Macieja Żaka, gdzie grałem szefa kuchni, a doświadczenia piłkarskie w „Boisku bezdomnych”. Z każdej praktyki, pracy i spotkania z drugim człowiekiem można wyciągnąć coś dla siebie. Zawód aktora polega też na obserwacji innych ludzi.
Lubi pan bycie gwiazdorem?
– Kiedy się budzę, nie myślę o sobie: jestem gwiazdorem i jestem fantastyczny. Żyję jak każdy normalny człowiek. Popularność i splendor, które czasami niesie uprawianie tego zawodu, są swego rodzaju bonusem, zazwyczaj bardzo miłym. Bez przerwy pilnuję się, żeby woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Dlatego myślę o sobie po prostu: aktor, a nie gwiazdor. I tego się trzymam.
Jednak nie jest pan celebrytą! Czy łatwo było nie poddać się komercji?
– Tak, łatwo! Recepta jest prosta: wystarczy być sobą. I pozostać wiernym swoim ideałom, konsekwentnym, a to prostsze, niż się wydaje.

Wydanie: 6/2012

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy