Mat dla króla szachownicy

Mat dla króla szachownicy

Szachista wszech czasów, Bobby Fischer, może trafić na 10 lat do więzienia za grę z „„nieprzyjacielem””

Jest z pewnością najsłynniejszym szachistą wszech czasów. Kiedy w 1972 r. wrócił do Nowego Jorku z tytułem mistrza świata, burmistrz uroczyście wręczył mu klucze do miasta. Ale teraz w ojczyźnie na dawnego triumfatora czeka więzienna cela.
61-letni Bobby Fischer, który jako jedyny zwyciężył w 21 międzynarodowych turniejach z rzędu, został aresztowany na tokijskim lotnisku Narita. Nie wiedział, że władze Stanów Zjednoczonych unieważniły jego paszport. Organy sprawiedliwości USA zabiegają o ekstradycję neurotycznego arcymistrza. Jeśli Fischer stanie przed amerykańskim sądem, może zostać skazany nawet na 10 lat więzienia i 250 tys. dol. grzywny, jako oskarżony o prowadzenie handlu z nieprzyjacielem. W 1992 r. na czarnogórskiej wyspie Sveti Stefan rozegrał pokazowy turniej z Borysem Spasskim, swym dawnym rywalem z Rejkiawiku. W Jugosławii szalała wtedy wojna domowa i Stany Zjednoczone obłożyły Belgrad sankcjami. Departament Handlu USA w oficjalnym piśmie ostrzegł byłego mistrza świata, że jeśli wystąpi on w turnieju, złamie prawo, za co, zgodnie z rządowym rozporządzeniem nr 12810, grożą surowe kary. Podczas konferencji prasowej w Belgradzie Fischer wyjął urzędowy list z Waszyngtonu

i ostentacyjnie napluł na niego.

Teraz przyszedł czas zapłaty. Przyjaciele Bobby’ego w Japonii usiłują uchronić go przed ekstradycją, ale kontrowersyjny geniusz nigdy nie ufał prawnikom. Teraz także odrzuca pomoc adwokatów. Uważa się za więźnia politycznego i liczy, że jakiś kraj udzieli mu azylu. To jednak próżne nadzieje.
„Król” Bobby ma zdumiewający, niewiarygodny wprost umysł i poziom inteligencji 186. Nie ukończył szkoły średniej tylko dlatego, że śmiertelnie się nudził, gdyż lekcje były dla niego za łatwe. Robert James Fischer w wieku 14 lat i pięciu miesięcy był najlepszym szachistą USA. Został najmłodszym mistrzem międzynarodowym i najmłodszym kandydatem na mistrza świata. Ćwiczył 14 godzin dziennie, miał w domu trzy szachownice, na których staczał szachowe bitwy z samym sobą. Podczas turniejów zazwyczaj nie dawał przeciwnikom żadnych szans. Atakował z precyzją i z furią zarazem, jak szachowy gladiator. Mówił: „Lubię ten moment, kiedy przełamuję ego rywala”. Pisarz Arthur Koestler nazwał Fischera „mimo-słoniem, wrażliwym jak mimoza, jeśli chodzi o własne uczucia, który jednak, jak gruboskórny słoń, depcze uczucia innych”.
Szczyt swej sławy Fischer osiągnął w Rejkiawiku, kiedy się spotkał z radzieckim „Puszkinem szachów”, Borysem Spasskim, w turnieju o mistrzostwo świata. Stawką było nie tylko zwycięstwo na 64 polach. Do spotkania dwóch gigantów królewskiej gry doszło w samym środku zimnej wojny. Zarówno Waszyngton, jak i Moskwa traktowały sprawę prestiżowo. Szachy były niejako sztandarowym sportem radzieckiego imperium. Od 1948 r. wszyscy mistrzowie świata w tej grze pochodzili z kraju sierpa i młota. Młody supertalent, Bobby Fischer, miał wystąpić jako chorąży kapitalizmu, który nauczy czerwonych pokory. Ale król szachów początkowo nie miał ochoty wyruszyć do boju. Kapryśny jak primadonna, stawiał wciąż nowe warunki. Już wtedy dręczony przez obsesje i lęki bał się, że Sowieci zestrzelą jego samolot. Na polecenie prezydenta Nixona sam sekretarz stanu, Henry Kissinger, miał przekonać geniusza, aby „ruszył swój tyłek do Islandii”. Ale prawdopodobnie Fischer w ogóle nie podniósł słuchawki, aby porozmawiać z szefem dyplomacji. Jak się wydaje, pojechał do islandzkiej stolicy tylko dlatego, że na jego żądania podwyższono nagrodę dla zwycięzcy do bezprecedensowej wówczas kwoty 250 tys. dol. W Rejkiawiku amerykański szachista irytował swego rywala, ostentacyjnie się spóźniając, ale grał wspaniale. A może to Spasski nie wytrzymał tej wojny psychologicznej Fischera? W każdym razie na pomoc swemu asowi pospieszyli specjaliści z KGB. Jak ujawnili przed kilkoma tygodniami reporterzy BBC, David Edmonds i John Eidinow, w książce „Bobby Fischer idzie na wojnę”, spece radzieckiego wywiadu najpierw rozpuszczali pogłoski, że sekundant Spasskiego zdradza przeciwnikom tajemnice. Potem wmontowali potajemnie w krzesło Fischera aparaturę elektroniczną, aby głosić, że szachista z ZSRR

został napromieniowany

przez perfidnych imperialistów. Próbki soku pomarańczowego, który pił Spasski, wysłali do Moskwy, aby sprawdzić, czy radziecki arcymistrz nie został podtruty. Pracowicie zbierali też próbki powietrza z sali turniejowej.
Nic nie pomogło. Bobby zatriumfował i stał się bohaterem Ameryki. Wydawało się, że to dopiero początek oszałamiającej kariery. Był młody i sławny, miał pieniądze i mnóstwo propozycji zarobienia nowych. A jednak już zaczął się staczać w otchłań szaleństwa. Odrzucił propozycję kontraktów reklamowych wartych 5 mln dol., gdyż nie ufał prawnikom. Przestał występować w turniejach, w 1975 r. nie zagrał przeciwko radzieckiemu kandydatowi na mistrza świata, Anatolijowi Karpowowi. Utracił więc tytuł na jego rzecz, chociaż nigdy tego nie uznał. Niesamowity umysł Bobby’ego musiał być zajęty tajnikami szachów. Kiedy Fischer przestał grać, w jego mózgu rodziły się upiory. Jednym z nich był patologiczny antysemityzm, trudny do wyjaśnienia, Bobby wychował się bowiem na Brooklynie i miał wielu przyjaciół Żydów. Także jego matka, lewicowa ekscentryczka Regina, była Żydówką (chociaż Fischer gwałtownie temu zaprzecza). Podobno już jako młodzieniec czytał „Mein Kampf” i miał portret Hitlera nad łóżkiem. Twierdził, że jest prześladowany przez licznych wrogów, którymi są „Żydzi, utajnieni Żydzi i pracujące dla Żydów szczury z CIA”.
Pogromca Spasskiego, wcześniej uwielbiający szyte na miarę garnitury, coraz częściej paradował obdarty jak starzejący się hippis. W 1981 r. spędził w areszcie 48 godzin jako podejrzany o napad na bank. Zemścił się broszurką „Jak mnie torturowano w więzieniu w Pasadenie”, która stała się bestsellerem wśród miłośników szachów na całym świecie. Fischerowi powoli kończyły się pieniądze, więc dał się namówić do gry w Jugosławii przez swą korespondencyjną przyjaciółkę z Węgier, 18-letnią Zitę Rajcsanyi. Łatwo pokonał Spasskiego –

zwycięstwo przyniosło mu 3,3 mln dolarów,

lecz także formalne oskarżenie przed wielką ławą przysięgłych w Waszyngtonie. Odtąd Bobby nie mógł wrócić do USA, nie był na pogrzebie matki ani ukochanej siostry Joan. Żył w ukryciu, podróżując między Budapesztem, Tokio a Manilą, gdzie Chinka Justine urodziła mu dziecko (widywał je tylko raz na dwa miesiące). Szachowy geniusz był formalnie wyjęty w USA spod prawa, ale tak naprawdę amerykańskie władze nie próbowały go pojmać. Miarka się przebrała dopiero 11 września 2001 r., gdy kilka godzin po atakach terrorystycznych na Nowy Jork i Waszyngton Fischer zadzwonił do filipińskiego radia w mieście Baguio i z radością powiedział: „To wspaniała wiadomość. Popieram ten czyn. Izrael i USA wyrzynały Palestyńczyków przez lata i nikt się nie przejmował. Teraz to wraca do USA. Fuck the US. Chcę zobaczyć, jak Stany Zjednoczone zostaną zmiecione z powierzchni ziemi”. Można było się spodziewać, że po takich słowach szaleńca dosięgnie długie ramię ojczystej sprawiedliwości. W końcu na tokijskim lotnisku Fischer dostał mata. Nieliczni przyjaciele szachisty liczą, że zostanie on uznany za człowieka chorego. Czy można bowiem sądzić i karać geniusza będącego niewolnikiem własnych paranoi?

Wydanie: 34/2004

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy