Miasto z odzysku

Miasto z odzysku

We wrześniu, 22 lata po otwarciu Bornego Sulinowa, okolica będzie wyczyszczona z niewypałów i niewybuchów. Do dziś saperzy znajdują nawet rakiety

W niedzielne przedpołudnie w Bornem Sulinowie życie, fizyczne i duchowe, wre w centrum. Ludzie suną w kierunku alei Niepodległości. Jedni do Biedronki, drudzy, bardziej dostojnym krokiem i odświętni, do sąsiadującego z marketem kościoła pw. św. Brata Alberta. To dziwny obiekt. Historia połączyła w nim trzy kultury i trzy różne style. Najpierw powstała kantyna dla żołnierzy armii niemieckiej. Potem rosyjscy budowniczowie zbudowali obok salę kinową. A na koniec przyszli Polacy, budynek kantyny zamienili na plebanię i sale katechetyczne, kino na kościół, a w 2009 r. dobudowali jeszcze wieżę dzwonnicy. Kiedy dzwonią na Anioł Pański, przejmujący dźwięk niesie się po całym Bornem Sulinowie.

Dochodzi 10.30. Czas na drugą mszę niedzielną. W kościele jest już ponad 150 osób. W różnym wieku, od dzieci w wózkach po staruszków. Ksiądz proboszcz Jerzy Stadnik stoi przed kościołem. Zanim rozpocznie się msza, można z nim porozmawiać. A raczej: można by. Duchowny spogląda na mnie nieufnie. Wypytuje, kto zacz, skąd, po co i dlaczego. – Za trzy dni, 1 lipca, ksiądz proboszcz obchodzi 20. rocznicę powołania na tę funkcję. Jest tu prawie od początku istnienia Bornego Sulinowa. Chciałabym porozmawiać o parafii, o mieście… – tłumaczę. Ksiądz odmawia. – Dziennikarze nigdy nie pokazują, jak tu jest naprawdę. Nieważne, czy z prasy katolickiej, czy innej – mówi na usprawiedliwienie swojej decyzji. – A jak kiedyś ukazał się w prasie wywiad ze mną, którego nie udzieliłem, moja cierpliwość się skończyła.

Po Niemcach ludzie radzieccy

Z lotu ptaka miasto wygląda jak zatopione w zieleni. Tylko gdzieniegdzie widać w sosnowym gąszczu strome czerwone dachy poniemieckich zabudowań albo płaskie dachy budynków poradzieckich. Najwyższe domy mają cztery piętra. Nawet wieża kościoła ich nie przewyższa.

Na początku XX stulecia w miejscu Bornego Sulinowa była wieś Linde (Lipa). Na początku lat 30. Niemcy – bo te tereny należały do III Rzeszy – postanowili zbudować tu poligon oraz dwa miasta stanowiące zaplecze poligonu: na północy, nad jeziorem Pile – Gross Born (Borne Sulinowo), a na południu – Westfalenhof (Kłomino). W 1933 r. zaczęły powstawać budynki koszarowe dla żołnierzy i domy dla oficerów oraz infrastruktura dla wojska.

W lutym 1945 r. do Bornego wkroczyli żołnierze radzieccy. I zostali na blisko pół wieku. Poligon sąsiadujący z Bornem Sulinowem był największym terenem ćwiczeń spośród wykorzystywanych przez Północną Grupę Wojsk Radzieckich w Polsce. Miasto liczyło 25 tys. mieszkańców, a więc liczbą ludności dorównywało Wałczowi, Sandomierzowi czy Wyszkowowi. Pociągi wojskowe przywoziły z ZSRR żołnierzy, oficerów z rodzinami, cywilów, sprzęt, amunicję, materiały budowlane. A po pięciu latach odwoziły ludzi do ojczyzny. Nieliczni pozostali tu na zawsze.

Na obrzeżach miasta powstał cmentarz. Teraz odnowiony. Kto jedzie do Bornego, zatrzymuje się, zapali znicz. I dziwi się, że cmentarz taki piękny, że solidna brama i ogrodzenie. Ludzie mówią, że dobrze się stało, że Polacy zadbali o ten cmentarz i odnowili pomnik przedstawiający przedramię z pepeszą w dłoni. Z powodu tego pomnika miejscowi mówią o tym miejscu: cmentarz z pepeszką.
Najstarsze groby są z roku 1945. Niemało z początku lat 50. Wiele bezimiennych. Kilkanaście to groby dzieci. Noworodków i kilkulatków. Od razu widać, że to dziecięce – na mogiłach pluszowe misie i kolorowe wiatraczki. To znak, że dzieci, które tu spoczęły nawet kilkadziesiąt lat temu, odwiedza ktoś bliski zza wschodniej granicy.

Miauczą i ćwierkają

Marian Flak jest emerytem. Jego żona Jolanta też. Dla nich każdy dzień jest jak święto. W niedzielne przedpołudnie Marian spaceruje wzdłuż alei Niepodległości, a Jolanta gotuje fasolową na obiad. Aleja Niepodległości jest główną arterią Bornego Sulinowa. Szeroka, zbudowana jakby na potrzeby innego miasta. A teraz ruch niewielki, od czasu do czasu przejedzie samochód. – Mieszkamy w tym mieście prawie dziewięć lat. Żona przekonała mnie, żeby tu się przeprowadzić z Dolnego Śląska, z Oławy – mówi Marian.

Czy chciał tu przyjechać? Marian się uśmiecha. Żona chciała. Ale przyzwyczaił się do nowego miejsca, a nawet je polubił. Jego codzienne zajęcie to dokarmianie kotów. Zauważył je w nieremontowanym koszarowcu w pobliżu kościoła. A kiedy się okazało, że o koty dbają także dwie kobiety, podzielili się obowiązkami – one przynoszą jedzenie rano, on po południu. Żona kupuje kaszę jęczmienną i porcje rosołowe, gotuje, a on niesie do koszarowca. W domu też mają kota. Przyjechał z nimi z Oławy. Chętnie przechadza się po parapecie, zaledwie kilka razy był na zewnątrz. Żona Mariana kupiła obrożę i smycz, żeby go wyprowadzać. Ale kot spacerów nie lubi.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 31/2015

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy