Miasto zbrodni i płatnego seksu

Miasto zbrodni i płatnego seksu

Nowy Orlean stał się rajem dla prostytutek i ich sutenerów

Odbudowa Nowego Orleanu postępuje bardzo powoli. 80 tys. domów wciąż leży w gruzach. W mieście panują obyczaje jak z Dzikiego Zachodu. W spustoszonej przez huragan Katrina stolicy jazzu szerzy się przestępczość. Już 113 osób zginęło w tym roku od kul. Od czerwca stróżów prawa wspiera 300 żołnierzy Gwardii Narodowej stanu Luizjana, ale bez widocznych efektów.
Funkcjonariusze policji nie mogą też poradzić sobie z tysiącami „pracownic seksualnych”, które ciągną do Nowego Orleanu, licząc na łatwy zarobek. „Opiekę” nad nimi sprawują gangi bezwzględnych sutenerów.
James Scott, dowódca wydziału policji zajmującego się rozpoznawaniem środowisk przestępczych, przyznaje, że niewiele można zrobić. Jego biuro wciąż nie zostało naprawione, więc dowodzi swymi ludźmi z przyczepy mieszkalnej. „Dla tych dziewczyn to jak wielkie zawody sportowe. Przed huraganem moi oficerowie znali prawie wszystkie prostytutki z twarzy i z imienia. Ale teraz w Dzielnicy Francuskiej kłębi się całkowicie nowy tłum – córy Koryntu ze wszystkich części świata. A także nowi klienci, spragnieni drinków i uciechy, szastający dolarami na prawo i lewo, jak kowboje, którzy szczęśliwie przepędzili bydło”. Ci klienci to robotnicy, dojeżdżający, aby brać udział w odbudowie „Wielkiego Luzaka” (Big Easy), jak zwany jest Nowy Orlean. Jest ich około 40-50 tys. Przybywają bez żon i dzieci, co likwiduje wszelkie hamulce moralne. Tym spragnionym seksu klientom nie brakuje pieniędzy. Władze miejskie i federalne hojnie płacą budowlańcom i rzemieślnikom, których na spustoszonym przez żywioł wybrzeżu Zatoki Meksykańskiej wciąż jest za mało. „Tutaj faceci nie oglądają każdego dolara. Zarobię więcej w Nowym Orleanie w kwartał niż w moim Chicago przez rok”, opowiada zadowolona „pracownica erotyczna”, 21-letnia Amy. Nie wszyscy ze spragnionych zmysłowych rozkoszy dżentelmenów słyszeli o bezpiecznym seksie. Istnieją obawy, że w mieście znów zacznie się plenić AIDS.
Stróże prawa usiłują zaprowadzić porządek na ulicach grzechu, niestety, bezskutecznie. Córy Koryntu stały się bowiem przebiegłe – nie zaczepiają mężczyzn, lecz po prostu wręczają im swe wizytówki z adresem internetowym. To nie jest karalne – prostytutki zapewniają, że chodzi im tylko o zwykłą randkę i w ogóle nie myślą o pieniądzach. W rzeczywistości spragniony seksu może obejrzeć stronę internetową swej „wybranki”, umówić się na spotkanie i ustalić cenę. Oficer policji musi natomiast udawać klienta i dokonuje aresztowania dopiero wtedy, gdy dziewczyna zażąda pieniędzy. Jest to bardzo czasochłonna procedura, stróże prawa zaś zajęci są przede wszystkim zwalczaniem kryminalistów, gangsterów i handlarzy narkotyków. Nawet jeśli „pracownica seksualna” trafi za kraty, po kilku godzinach zazwyczaj odzyskuje wolność. Więzienia w Nowym Orleanie pękają w szwach, aczkolwiek aresztanci są systematycznie przewożeni do innych zakładów karnych stanu Luizjana. Trwa spór między dyrekcją zakładów karnych a policją. Stróże prawa twierdzą, że prostytutki są zwalniane za wcześnie, w odpowiedzi słyszą, że sami są sobie winni, gdyż oskarżają „pracownice seksualne” tylko o „wykroczenia przeciwko przepisom municypalnym”, a nie o poważne przestępstwa. Wydaje się, że żadna ze stron do bezpardonowej wojny z rozpustą się nie kwapi.
Sprawa jednak jest poważniejsza, niż się wydaje. Nie wszystkie dziewczyny przybyły do Nowego Orleanu dobrowolnie. Niektóre zostały sprowadzone, także z Europy i Azji, przez chciwych zysku handlarzy żywym towarem. Sutenerzy odbierają tym kobietom paszporty i traktują je jak seksualne niewolnice. Zakładają też kontaktowe strony internetowe, aby ułatwić „biznes”.
Nie przypadkiem w Nowym Orleanie odbyła się w październiku krajowa konferencja przeciwko handlowi ludźmi. Wziął w niej udział prokurator generalny USA, Alberto Gonzales. W przemówieniu oświadczył, iż większość obywateli USA jest przekonana, iż niewolnictwo zostało zniesione w XIX w. Tymczasem co najmniej 17,5 tys. osób w USA, przeważnie kobiety i dzieci, to niemalże współcześni niewolnicy, zmuszani do różnego rodzaju prac bez wynagrodzenia. Gonzales nie przyjechał z pustymi rękoma. Przywiózł 450 tys. dol. na utworzenie w stanie Luizjana specjalnego wydziału policji, zajmującego się zwalczaniem handlu żywym towarem.
Stróże prawa w Nowym Orleanie uważają, że to za mało. Zdaniem komendanta Scotta, sytuacja wróci do normy wtedy, gdy przyjezdni pracownicy wrócą do swych rodzin. Na to się nie zanosi. Dzieło odbudowy postępuje w żółwim tempie. W mieście osiedliło się zaledwie 40% mieszkańców „sprzed huraganu”. Zanim staną nowe domy, miną lata. Epoka płatnej miłości w Nowym Orleanie nieprędko dobiegnie końca.

 

Wydanie: 42/2006

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy