Miliard za Gierka – rozmowa z Januszem Rolickim

Miliard za Gierka – rozmowa z Januszem Rolickim

Skąd pomysł na „Przerwaną dekadę”? Wyczułem, że jest koniunktura na opowieść o upadłym aniele, który przez 10 lat codziennie pojawiał się w każdym domu – na ekranie telewizora

Cz. I

Skąd się wziął ten Gierek?
– Pierwszy raz o wywiadzie z Gierkiem pomyślałem w dniu, w którym ogłoszono komunikat o jego odejściu. Oczywiście wtedy nie było szans na spotkanie – nawet rodzina i przyjaciele Gierka mieli z nim utrudniony kontakt. Jan Szydlak, jego najbliższy współpracownik, mógł się z nim zobaczyć dopiero w okresie świąt Bożego Narodzenia 1980 r. Po ogłoszeniu stanu wojennego Gierka internowano na rok. Po uwolnieniu znajdował się pod czujną „opieką” służb, wszyscy idący do niego ludzie byli legitymowani. Pomysł zrobienia wywiadu wrócił do mnie, gdy walił się system: po zwycięstwie „Solidarności” w wyborach czerwcowych i rzuconym przez Adama Michnika pomyśle „Wasz prezydent, nasz premier”. Wtedy uznałem, że warto się tą sprawą zająć.
Dlaczego?
– Wyczułem, że jest koniunktura na opowieść o upadłym aniele, który przez dekadę codziennie pojawiał się w każdym domu – na ekranie telewizora. Gierek był postacią, którą społeczeństwo się interesowało. Rządził Polską dziesięć lat, odszedł w niejasnych okolicznościach, milczał, bo nie dano mu możliwości przedstawienia własnych racji. To wszystko podsycało zainteresowanie nim.
Kazimierz Kutz w „Gazecie Wyborczej” napisał o panu: „…był jedynym dziennikarzem po wprowadzeniu stanu wojennego, któremu Edward Gierek zaufał, dopuścił do siebie i wyspowiadał się przed nim”. Jak pan do niego dotarł?
– Wiedziałem, że muszę mieć osobę, która za mnie poręczy. Przede mną inni dziennikarze bezskutecznie próbowali dostać się do Gierka. Odesłał z kwitkiem m.in. parę reporterów tygodnika „Wprost”. Chyba w końcu lipca przedstawiłem sprawę Maćkowi Szczepańskiemu. Przekonywałem, że wywiad-rzeka ma sens, bo Jaruzelski przegrał i jest szansa, by książka prezentująca życie, dokonania i argumenty Gierka ukazała się drukiem. Trafiłem Maćkowi do przekonania, powiedział, że skontaktuje się z Gierkiem. Zapadła długa cisza. Szczepański się nie odzywał, ja nie ponaglałem, nie chciałem się narzucać. Raptem, pod koniec września, Maciek zadzwonił: „Gierek wyraził wstępnie zgodę, ale musi poznać twoją koncepcję”. Podał mi termin spotkania w Katowicach – w pierwszych dniach października. W umówionym dniu wziąłem Maćka do swojego fiata 125 i wcześnie rano ruszyliśmy gierkówką do Gierka. Zanim zapukaliśmy do jego domu, pojechaliśmy po Szydlaka i już we trójkę zawitaliśmy do bliźniaka z ogrodem w willowej dzielnicy Brynów. Gospodarz bardzo uważnie mi się przyglądał.
Kojarzył pana?
– Nie sądzę. Widziałem go wcześniej trzy razy. W 1971 r., gdy pracowałem w „Kulturze”, zostałem wytypowany na spotkanie Gierka z przedstawicielami środowiska dziennikarskiego. To była jedna z wielu podobnych imprez w ramach prezentowania społeczeństwu nowego stylu I sekretarza. Typowa oficjałka. Drętwe wypowiedzi uczestników, mowa-trawa sekretarza, a na zakończenie ceremoniał – Gierek podchodził do każdego, podawał rękę, fotograf uwieczniał uścisk. Nie widziałem z tego korzyści dla Gierka, poza tym, że szedł komunikat do mediów. Następnego dnia gazety wymieniły moje nazwisko wśród uczestników spotkania. W 1974 r. Gierek przypinał mi w studiu na Woronicza Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, który wtedy zapewniał 20-procentowy dodatek do emerytury. Bardzo źle się z tym czułem, bo pracowałem w telewizji zaledwie pół roku. Na kolegium redakcyjnym powiedziałem, że krzyż mi się nie należy. Mnóstwo pracowników telewizji z długim stażem, poważnie myślących o emeryturze, uważało podobnie. Order ostatecznie dostałem, jednak wieść, że czuję się z tego powodu zażenowany, rozeszła się po korytarzach i przysporzyła mi sympatii. Trzeci raz widziałem Gierka na spotkaniu w gabinecie Szczepańskiego po nagraniu noworocznego orędzia, wtedy palnąłem tę mowę na cześć Waltera. Nie przypuszczam, abym zapadł Gierkowi w pamięć. Dopiero w Katowicach doszło do naszego pierwszego osobistego kontaktu, w czasie którego mogliśmy się wzajemnie obejrzeć i obwąchać. Czułem jego charyzmę.
Przekonał go pan do książki?
– Wyjaśniłem, że książka byłaby zapisem naszych rozmów. Zapewniłem, że przed oddaniem tekstu do wydawnictwa autoryzuje rozmowę i w książce nie znajdzie niczego, czego by sobie nie życzył. Mimo to wahał się. Podchodził do sprawy jak do jeża: fajnie byłoby go dotknąć, ale może ukłuć. Ciążyła też na nim stara partyjna tradycja, traktująca ujawnienie kulis funkcjonowania swojego środowiska niemal jak zdradę. Na dodatek po latach szczucia w mediach dziennikarz kojarzył się Gierkowi z wrogiem. Moim głównym żyrantem był Maciek.
Bez Szczepańskiego nie byłoby „Przerwanej dekady”?
– Z całą pewnością, nie miałem innego dojścia do Gierka. Po ukazaniu się książki mnóstwo dziennikarzy znających lepiej niż ja Szczepańskiego i Gierka zadawało sobie pytanie: „Dlaczego ja tego nie zrobiłem?”. Pieniądze i sława leżały na ulicy… W czasie pierwszego spotkania Gierek nie podjął decyzji. Powiedział, że musi się zastanowić. Patrzył na książkę z szerszej perspektywy. Owszem, był już premier Tadeusz Mazowiecki, ale w Belwederze urzędował Wojciech Jaruzelski, ministrami obrony i spraw wewnętrznych byli zaś oddani mu generałowie: Florian Siwicki i Czesław Kiszczak. Realna władza spoczywała jeszcze w rękach ludzi, w których siłą rzeczy musiała być wymierzona książka. Wciąż istniały Związek Radziecki, Układ Warszawski, mur berliński. Polska wydawała się jedynie zaskakującym wykwitem. Mimo wszystko wyjechałem z Katowic pełen nadziei. Tymczasem znowu zapadła długa cisza. Moja wiara w powodzenie idei napisania książki słabła z każdym tygodniem. Wreszcie w drugiej połowie listopada zadzwonił Szczepański, oznajmiając, że Gierek jest gotowy i czeka. Wziąłem tygodniowy urlop, kupiłem w Peweksie dobry, japoński dyktafon i worek kaset. Ruszyłem w drogę w poniedziałek, 27 listopada. Zabrałem do Katowic operatora z Interpressu Andrzeja Machnowskiego, który zrobił Gierkowi mnóstwo zdjęć. Zamieszkałem w jakimś tanim związkowym hotelu.
Jak pana przyjął Gierek?
– Był bardzo miły, choć trochę przestraszył mnie informacją, że wszystkie nasze rozmowy będą się toczyły w obecności Jana Szydlaka. Szybko się okazało, że mam w nim pomocnika. Był łebski, inteligentny i bardziej niż Gierek zanurzony w realnym życiu, dobrze wyczuwał nastroje społeczne. Powiedziałem Gierkowi, że znalezienie wydawcy jest na mojej głowie, wstępnie jednak musimy uzgodnić podział honorarium. On na początku machnął ręką, mówiąc, że pieniądze w ogóle go nie interesują. Ne miał świadomości, że książka okaże się bestsellerem. Ja w to wierzyłem, choć skala sukcesu przerosła moje oczekiwania. Stanęło na tym, że wezmę 80% honorarium, Gierek zaś 20%. Potem podzielił się tymi pieniędzmi po połowie z Szydlakiem, który był w gorszej sytuacji, miał chorą córkę.
Czy pan się wzorował na jakiejś książce?
– Miałem taki niedościgniony wzorzec – „Mój wiek”, zapis rozmów Czesława Miłosza z Aleksandrem Watem. Czytałem sporo prohibitów, tę książkę znałem co najmniej od 10 lat. Odniosłem wrażenie, że Miłosz dał Watowi szansę napisania książki – bo w tym wywiadzie był on prawie niewidoczny.
„Mój wiek” ma podtytuł „Pamiętnik mówiony”, wskazuje na gatunek ograniczający do minimum podmiotowość zadającego pytania. Wywiad-rzeka jest formą dziennikarską, dziennikarz jest jego ważnym podmiotem. Pan nim był?
– Z pewnością. „Przerwana dekada” – tak ją sobie od początku zaplanowałem – miała być rozprawą z ekipą Jaruzelskiego.
Za co chciał się pan z nią rozprawić?
– Uważałem, że Gierek został potraktowany niesprawiedliwie i niegodziwie. Odsunięto go od władzy, oblewając pomyjami. Inspiracja wyszła z wnętrza PZPR. Nomenklatura uznała, że Gierek źle reprezentuje jej interesy i doprowadzi do utraty przez nią władzy. Kluczowe znaczenie miało zwolnienie w lipcu 1977 r. z więzienia grupy aresztowanych dwa miesiące wcześniej KOR-owców. Od tego momentu aparat partyjny coraz bardziej przeciwstawiał się linii gierkowskiej – faktycznego tolerowania opozycji. To było kompletnie sprzeczne z dotychczasową praktyką realnego socjalizmu. W ten sposób nie postępował wówczas żaden kraj Układu Warszawskiego, nie czynił tego wcześniej Gomułka. Ta liberalna, jak na warunki bloku wschodniego, polityka wywoływała wściekłość elity władzy, która coraz mocniej kopała dołki pod Gierkiem. Jego odsunięcie było jednak trudne, bo niedołężny Breżniew bardzo przywiązywał się do ludzi, których znał i nie chciał, by ich zmieniano. Trzeba było wielkiego wstrząsu, aby dokonać wymiany „Pierwszego”. Prawda, że latem 1980 r. społeczeństwo było niezadowolone z warunków życia, ale znaleźli się też macherzy, którzy celowo próbowali obrócić nastroje przeciwko ekipie Gierka. Potem pewnie tego żałowali, bo dziecko wylało się z kąpielą. To nie przypadek, że następcą Gierka został nie żaden polityk z wizją wyprowadzenia kraju z trudnej sytuacji, lecz Stanisław Kania – wychowanek aparatu związany mocno z MSW i najbardziej konserwatywną częścią korpusu oficerskiego w wojsku – pionem politycznym. Kania, jak się szybko okazało, nie był w stanie zapanować nad sytuacją, zrobił to dopiero generał Jaruzelski, ogłaszając stan wojenny. Ale system był już tak rozchwiany, że środki militarne sprawowania władzy szybko się wyczerpały. Kraj potrzebował reform, których ekipa Jaruzelskiego nie była w stanie przeprowadzić, bo nie miała społecznej akceptacji, co potwierdziło referendum z 1987 r., którego pierwsze pytanie dotyczyło zgody na zmiany funkcjonowania gospodarki, wymagające kilkuletniego okresu zaciskania pasa. Choć przeciwnicy Gierka tak głęboko pod nim ryli i tak mocno przebierali nogami do władzy w latach 70., to gdy wreszcie dorwali się do tej władzy, nie wiedzieli, co z nią zrobić. Sytuacja ich przerosła.
Gierek myślał podobnie?
– Gdy dochodziliśmy do zapasów o władzę toczonych w końcówce jego rządów, zaczynał przy mnie głośno myśleć, analizować sytuację. Miałem wrażenie, że do pewnych ustaleń dochodził dopiero w czasie naszych spotkań, gdy wyrwał się spod wpływu obowiązujących w partii schematów. Chyba wtedy zrozumiał, że zgadzając się na odejście premiera Piotra Jaroszewicza, sam wystawił się do odstrzału. Pytałem Gierka, czy nie czuł, że strajk lubelski był dopychany z zewnątrz, że to była operacja wymierzona bezpośrednio w niego. Takiego drugiego strajku bowiem nigdy w Polsce nie było. Poszło o rzecz drobną – w bufetach WSK Świdnik schabowy zdrożał z 10,20 do 18,10 zł. Akcja rozprzestrzeniła się błyskawicznie na cały region, przybierając drastyczne formy – przyspawano składy pociągów do szyn. W takich okolicznościach odpowiedzialny za sytuację w regionie I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego w Lublinie Władysław Kruk nie poleciał ze stanowiska, lecz awansował – Stanisław Kania wprowadził go do Biura Politycznego, Kruk został zastępcą członka tego ścisłego gremium kierowniczego PZPR. Patrząc na sprawę z dystansu, to mogła być tylko nagroda sprokurowana przez następcę Gierka. Mówiłem mu, że strajki lipcowe należy połączyć bezpośrednio ze strajkami na Wybrzeżu w sierpniu.
Sugerował pan Gierkowi przyjęcie własnej interpretacji Sierpnia?
– Przedstawiłem mu szerszą perspektywę.
Przyszedł pan do Gierka, by udowodnić tezę o przerwanej przez wrogów Gierka dekadzie?
– Pojęcie przerwanej dekady należało do Gierka, on w 1980 r. nie szykował się do odejścia, sądził, że istnieje jeszcze duże pole manewru pozwalające wyprowadzić kraj na prostą. W pierwszym półroczu 1980 r. Polska miała nadwyżkę w handlu zagranicznym w wysokości pół miliarda dolarów – to była jedna czterdziesta ówczesnego zadłużenia kraju.
Gierek był z panem szczery?
– Najbardziej otwarcie mówił o swoim dzieciństwie i młodości – „Przerwana dekada” jest trochę spowiedzią. Opowiadał mi, jak po śmierci ojca, który zginął w kopalni, został z matką. Mieszkali w jednoizbowym domku w Zagórzu. W czasie I wojny matka zajmowała się szmuglem. Wychodziła z domu i długo nie wracała. Pięcioletni Gierek w tym czasie opiekował się młodszą siostrą. We dwójkę czekali przez wiele godzin na matkę. Szczepański mówił mi, że nie powinienem pisać, iż Gierek wychował się w nędzy. Ale Szydlak rozsądnie stwierdził, że to nie ma znaczenia. Także w sprawach politycznych Gierek był dość otwarty, bo od czasu naszej pierwszej rozmowy do autoryzacji książki zmieniły się okoliczności zewnętrzne. Padł mur berliński, zniknęła Węgierska Republika Ludowa, Michaił Gorbaczow potępił radziecką interwencję w Czechosłowacji, w której dokonała się aksamitna rewolucja. Gierek zrozumiał, że Rubikon został przekroczony, zmiany są nieodwracalne. Nie musiał się już bać ani Moskwy, ani Jaruzelskiego. Natomiast wyczułem w nim strach przed rozliczeniem – bardzo silne wrażenie wywarło na Gierku rozstrzelanie w Rumunii przez pluton egzekucyjny Nicolae Ceauşescu i jego żony. Gierek dobrze ich znał.
Rozmawiał pan z przywódcą, który decydował przez 10 lat o Polsce, jak go pan odbierał?
– Był strasznie poobijany psychicznie, czuł się pokrzywdzony. Miał szalony żal do generała Jaruzelskiego, że będąc wiele razy w Katowicach, nigdy go nie odwiedził.
Wojciech Jaruzelski był w Katowicach w czasie waszej rozmowy – 2 grudnia składał kwiaty na terenie kopalni „Wujek”…
– Gierek został od razu spisany na straty przez ekipę Kani i Jaruzelskiego, potraktowany jak szmata przez byłych bliskich współpracowników. Aparat partyjny miał do niego znacznie gorszy stosunek niż „Solidarność”. Nomenklatura uważała, że przez Gierka ten wspaniały interes, jakim była dla niej Polska Ludowa, rozleciał się. W czasie naszej rozmowy Gierek wielokrotnie dawał upust swemu rozgoryczeniu, powtarzał, że niepotrzebnie wdał się we władzę, zapłacił zbyt wysoką cenę za karierę polityczną. Twierdził, że mógł sobie życie inaczej ułożyć.
Nie dostrzegł pan Gierka w Gierku?
– Zrozumiałem, że rozmawiam z innym Gierkiem, niż ten, który rządził Polską w latach 70. Poza tym wpływ na jego odpowiedzi miały współczesne okoliczności zewnętrzne, wydarzenia w kraju i na świecie. Patrząc na niego, zastanawiałem się, jak ten miły i sympatyczny pan mógł być przez 10 lat władcą niemal absolutnym. Pamiętałem, jak zniszczył Mieczysława Moczara – Gierek był w Pradze na pierwszym po stłumieniu praskiej wiosny zjeździe Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Nagle dostał informację z Olsztyna, że Moczar coś kombinuje. Nie żegnając się, wyleciał samolotem do Olsztyna, rozpędził moczarowskie zgromadzenie, po czym wrócił do Pragi na kolację z towarzyszem Breżniewem. Po prostu supermen.
Agnieszka Wołk-Łaniewska w tygodniku „Nie”: „Jest kilka sposobów pisania książek na murzyna. Można – jak uczynił to Janusz Rolicki z Edwardem Gierkiem – zrobić ze swego bohatera intelektualistę”. Dodał pan Gierkowi rozumu?
– Porównywanie mnie do murzyna, czyli ghostwritera, jest w wypadku „Przerwanej dekady” i „Repliki” absurdalne. Agnieszka nie rozumie schematu pisania na tzw. murzyna, kiedy pan X pisze za pana Y i pozostaje anonimowy jako tzw. murzyn. Nieujawniający nazwisk murzyni pisali np. książki Andrzeja Leppera. Natomiast moje nazwisko w „Przerwanej dekadzie” i „Replice” umieszczono na okładce. Jestem wyeksponowany jako autor i mam wszystkie prawa autorskie do książki.
A co z tym intelektualistą?
– To wynika z nieznajomości Gierka i pewnej legendy, którą wokół niego tworzyli wrogowie. Gierek nie skończył uniwersytetów, ale gdy wrócił w 1948 r. do Polski, miał 35 lat, z czego 22 spędził we Francji i Belgii. Był samoukiem. Mnóstwo czasu przesiedział w bibliotekach, kierował kółkiem teatralnym – grał i reżyserował przedstawienia, pochłaniał książki, jego ulubionym pisarzem był Anatol France. Mówił po francusku nie jak robotnik, lecz inteligent. Opanował polski język literacki, co wymagało od niego wielkiego samozaparcia – Szydlak do końca życia mówił gwarą. Gierek sam nauczył się rosyjskiego, którego nie miał w szkole.
Jak długo pan rozmawiał z Gierkiem?
– Spotykaliśmy się codziennie przez sześć dni, rozmawialiśmy po osiem godzin. Skończyliśmy wywiad w sobotę. Przed powrotem do Warszawy umówiłem się z Gierkiem, że w ciągu miesiąca napiszę tekst i przyjadę na autoryzację. Pożegnaliśmy się – był kompletnie pozbawiony emocji, jakby niczego szczególnego po książce nie oczekiwał. Za to ja kipiałem energią.
Zatrudnił pan maszynistkę do spisania zawartości kaset?
– Sam je odsłuchiwałem, wiernie spisywałem ważniejsze fragmenty, z pozostałych robiłem notatki, a potem układałem tekst. „Przerwana dekada” nie jest stenogramem rozmów z Gierkiem. Gdybym lepił tekst tylko z jego słów, byłby rozwlekły. Musiałem nadać mu dramaturgię, naturalną dynamikę, sprawić, by dobrze się czytał. Ostatecznie jednak cały wywiad jest Gierka, bo został przez niego autoryzowany.
Gdzie pan pisał książkę?
– Wziąłem urlop do końca grudnia i zamknąłem się w pokoju w swoim mieszkaniu. Siedmioletnia Ania przez szczelinę między drzwiami i podłogą wsuwała mi kartki do maszyny. Pisałem na licencyjnym „Łuczniku” kupionym jeszcze w „Kulturze”. Między kartki wsadzałem kalkę – poza oryginałem robiłem trzy kopie.
Czy ma pan historyczne już przedmioty: maszynę, maszynopis, dyktafon i taśmy z nagranym Gierkiem?
– Śladu po nich nie ma, nie jestem sentymentalny.
Żona wygładzała tekst, robiła korektę?
– Nie, była lekko sceptyczna. Czytała fragmenty i doszła do wniosku, że to się nie ma prawa ukazać. Tak samo myślał Szczepański, gdy dostał tekst, który miał już iść do druku. Po wydrukowaniu pierwszej partii – stu tysięcy książek – jeden z jej kolporterów, Wojciech Pielecki, obawiał się, że przyjdzie policja i zaaresztuje „Przerwaną dekadę”. Na ówczesne czasy to była niesłychanie śmiała książka, uderzała w urzędującego prezydenta państwa. Polska wtedy jeszcze na dobre nie wyszła z komunizmu.
Wydawca pana ponaglał?
– Nie miałem wydawcy. Chciałem mieć tekst skończony, autoryzowany, gotowy do druku. Byłem przekonany, że moja książka bez kłopotu znajdzie wydawcę. Pisałem niemal w tajemnicy. O tym, co robię, wiedziało niewiele osób. Ciągle obawiałem się jakiejś ingerencji zewnętrznej. Jaruzelski w Belwederze, Kiszczak w MSW – tamten układ ciągle się trzymał. Nawet cenzura działała – została zlikwidowana dopiero w kwietniu 1990 r. Gierek nie telefonował, nie interesował się postępami pracy?
– W czasie pisania książki w ogóle nie miałem z nim kontaktu, podobnie jak ze Szczepańskim i Szydlakiem. Oni się ciągle tej książki trochę obawiali: czytali gazety, widzieli w nich Jaruzelskiego, mieli świadomość zagrożeń. Gdy w pierwszych dniach stycznia 1990 r. skończyłem pracę, zadzwoniłem do Gierka i umówiłem się na autoryzację. Znowu poprosiłem Andrzeja Machnowskiego o pomoc. Uważałem, że we dwójkę będzie mi raźniej i zwyczajnie bezpieczniej. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do Katowic.
Jak wyglądała autoryzacja?
– Po przyjeździe do Katowic dałem jeden egzemplarz książki Gierkowi, drugi Szydlakowi, a sam udałem się do hotelu. Następnego dnia spotkaliśmy się u Gierka. Szydlak był zadowolony. Usiedliśmy we trójkę i w ciągu pięciu godzin tekst był autoryzowany. Gierek zgłaszał uwagi, pewnych fragmentów się przestraszył, wahał się, czy je zaakceptować.
Na przykład?
– Najbardziej w pamięci utkwiła mi sprawa Lecha Wałęsy. Gierek w czasie wywiadu powiedział mi, że na posiedzeniu Biura Politycznego, zwołanym po jego powrocie z Krymu, w czasie strajku w Stoczni Gdańskiej, minister spraw wewnętrznych Stanisław Kowalczyk zapewniał, że choć sytuacja jest poważna, to MSW nad nią panuje. Miał wtedy stwierdzić: „Wałęsa to nasz człowiek”. Gierek przestraszył się swoich słów i od razu zastrzegł, żebym tego nie pisał. Ja uznałem sprawę za bardzo atrakcyjną, za wielką gratkę. Zastanawiałem się, jak wykorzystać słowa Gierka. Ostatecznie napisałem, że Kowalczyk „przechwalał się, że Wałęsa jest jego człowiekiem. Dosłownie, nie żartuję. Dziś wiadomo, że był to absurd, ale wtedy nie było powodu nie wierzyć jego zapewnieniom”. W czasie autoryzacji przekonywałem Gierka, że nie zaszkodzi Wałęsie, bo się od tej sprawy odcina.

Druga część rozmowy z Januszem Rolickim w następnym numerze.

Fragment wywiadu pochodzi z książki Wańka-wstańka. Z Januszem Rolickim rozmawia Krzysztof Pilawski, Demart, Warszawa 2013
Janusz Rolicki – (ur. w 1938 r.) – absolwent Wydziału Historycznego UW, dziennikarz „Polityki”, „Kultury”, TVP, redaktor naczelny „Trybuny”, twórca reportażu wcieleniowego i zdobywca wielu prestiżowych nagród, autor poczytnych książek, m.in. wywiadu-rzeki z Edwardem Gierkiem „Przerwana dekada”, który rozszedł się w milionie egzemplarzy.

Wydanie: 17-18/2013

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy