Minister czy szkodnik?

Minister czy szkodnik?

W rękach Aleksandra Szczygły Wojsko Polskie staje się coraz bardziej armią operetkową Arogancja wypisana na twarzy, udawana pewność siebie w ruchach, ale mimo wszystko niespokojny wzrok i źle leżący, chociaż dobrej firmy garnitur. No i jeszcze charakterystyczny przerzedzony jeżyk na głowie, który ma dodać marsowego i dziarskiego wyglądu… Ci, którzy mają do czynienia z problemami obronności, ale nie tylko wyżsi oficerowie, powiedzą od razu: przecież to minister Aleksander Szczygło. Pierwszy kadrowy Urodzony w 1963 r. w warmińskich Jezioranach Szczygło byłby zapewne co najwyżej powiatowym urzędnikiem lub tej skali adwokatem. Zdarzyło mu się jednak zetknąć podczas studiów na Uniwersytecie Gdańskim z Lechem Kaczyńskim. Szybko stał się nie tyle jego fanem, ile serwilistą i dzięki jego protekcji zaczął się wspinać po szczebelkach kariery. Kaczyński wziął go ze sobą do Najwyższej Izby Kontroli na dyrektora gabinetu. Bezwzględnym oddaniem Szczygło zdobył sobie, co prawda ograniczone, ale na tyle istotne zaufanie, że skierowano go na odcinek obrony narodowej. Kiedy Kazimierz Marcinkiewicz obejmował urząd premiera, jego wpływ na obsadzenie kluczowych stanowisk ministerialnych nie był zbyt wielki. Mimo to w kilku wypadkach zdołał przewalczyć swoje, merytorycznie dobre kandydatury. Funkcję ministra obrony narodowej objął z poręczenia ówczesnego premiera Radosław Sikorski, osoba o dużej kulturze i niezłej wiedzy o wojsku. Wprawdzie jego ambicją było objęcie stanowiska ministra spraw zagranicznych, ale musiał zadowolić się MON. Jako sekretarza stanu w ministerstwie bracia włożyli mu mało znanego i niczym dotychczas niewyróżniającego się Aleksandra Szczygłę. Co prawda, był on już w poprzedniej kadencji posłem PiS, ale jego rola w Sejmie ograniczała się raczej do podnoszenia ręki i naciskania guzika w odpowiednim momencie. W podziale obowiązków Sikorski, który chciał się zająć przede wszystkim promocją naszego kraju w Stanach Zjednoczonych i Sojuszu Północnoatlantyckim, na swoje nieszczęście powierzył zastępcy sprawy kadrowe. Szczygło niemal od razu zaczął mieszać wypróbowanym i wyuczonym od braci sposobem, według zasady: nie muszą być zdolni – wystarczą posłuszni. Najważniejszą rolę w decyzjach kadrowych wiceministra odgrywało miejsce wykształcenia. Nie jest wcale tajemnicą, że wielu generałów było i jest nadal absolwentami radzieckich i rosyjskich uczelni wojskowych. W całym cywilizowanym świecie rosyjskie akademie cieszą się znakomitą opinią, a takie państwa jak Francja, Niemcy czy Włochy wręcz zabiegają, żeby ich oficerowie mogli studiować w rosyjskich akademiach. Bo szczególnie w wojskach lądowych reprezentują one najwyższy profesjonalny poziom na świecie. Dla Szczygły ukończenie takiej uczelni było sygnałem, że dla takiego oficera miejsca w armii nie ma. Obok skazy miejsca wykształcenia czy służby, pod adresem niektórych absolwentów rosyjskich uczelni wojskowych padały zarzuty, że nie uczęszczają regularnie do kościoła czy też nie dość głośno w tych kościołach śpiewają… Póki Sikorski był ministrem, hamował kadrowe zapędy swojego zastępcy, ten z kolei latał ze skargami na szefa nie do premiera oczywiście, tylko do któregoś z braci, a jak oni nie mieli czasu, to przynajmniej do Gosiewskiego lub Adama Lipińskiego. Oczywiście sygnały o donosach musiały dojść też do ministra, toteż stosunki między obu panami stawały się coraz bardziej napięte, a o wielu podjętych decyzjach Szczygło coraz częściej dowiadywał się jako ostatni. Jeżozwierz i Muzeum Katyńskie Wiceminister odgrywał też, jak się okazuje, dość skutecznie rolę hamulcowego w działaniach na rzecz odwołania z funkcji szefa kontrwywiadu wojskowego Antoniego Macierewicza. Macierewicz świetnie nadaje się do działań destrukcyjnych i jak niektórzy żartowali, należało umieścić go w rosyjskim FSB, żeby doprowadził tę służbę do upadku. W polskim wojsku Macierewicz zaczął od tego, co umie najlepiej, czyli od zwalniania ludzi ze służby. Dzięki temu po kilku miesiącach jego działalności kontrwywiad przestał funkcjonować… Jednocześnie znacząco obniżył loty wywiad wojskowy pod światłym kierownictwem byłego strażnika miejskiego Witolda Marczuka. Macierewicz oczywiście cieszył się protekcją Jarosława Kaczyńskiego, ale na co dzień wspierał go Aleksander Szczygło, który o pracy operacyjnej wywiadu i kontrwywiadu miał i ma bardzo mgliste pojęcie. To on poparł koncepcję Macierewicza, żeby w służbie kontrwywiadu zatrudniać instruktorów harcerstwa, oczywiście z jedynie słusznego ZHR. Szczygło zaczął się też wtrącać w sferę systemów uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Nie od dziś wiadomo, że w tej kategorii trzeba być nie tylko wybitnym specjalistą od zagadnień

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2007, 40/2007

Kategorie: Kraj