Inżynier w trzy lata

Inżynier w trzy lata

Wyższa szkoła zawodowa – nauczy zawodu, nie da tytułu magistra

Wzorowane na znakomicie funkcjonujących szkołach francuskich i niemieckich wyższe szkoły zawodowe w Polsce istnieją dopiero od pięciu lat. Nadal mają tyle samo zwolenników co przeciwników. Uniwersytety uważają, że „wyższe zawodówki” odciągają pracowników naukowych, odbierają dotacje z budżetu, a swoim niezbyt wyrafinowanym programem obniżają prestiż uczelni. Przeciwnicy to także wykładowcy z kolegiów nauczycielskich wypieranych przez wyższe szkoły zawodowe. Zwolennicy odpowiadają, że placówki te przynoszą konkretne korzyści miastom, w których je zlokalizowano. Kształcą ludzi chcących mieć tytuł licencjata lub inżyniera i naprawdę konkretny zawód. Bo to właśnie dla nich wprowadzono tego typu edukację.
Wyższej szkoły zawodowej nie powinien wybierać ktoś, kto marzy o pogłębionym, teoretycznym wykształceniu i nie wyobraża sobie życia bez doktoratu. To dobra szkoła dla kogoś, kto chce zdobyć zawód, uczyć się w pobliskiej miejscowości i tam odbyć praktyki. Tak jest np. w Gorzowie Wielkopolskim (powstała tam jedna z pierwszych tego typu szkół), gdzie słuchacze administracji publicznej sprawdzają swoją wiedzę w urzędzie miasta.
Wyższe szkoły zawodowe miały być rekompensatą dla ośrodków, które przestały być województwami. Dziś rekompensata bywa balastem. W zeszłym roku Krosno dostało z MENiS milion złotych na remonty tych szkół, ale w tym roku władze lokalne muszą liczyć tylko na siebie. Krucho jest również w Przemyślu, gdzie można zdobyć specjalność w dziedzinie polonistyki, historii z archiwistyką i polityki regionalnej. Władze proszą o pieniądze, tylko wtedy będą mogły przyjąć 400 dodatkowych studentów.
Jednak mimo tych trudności wyższe szkoły zawodowe są nadal popularne. – Zgłasza się wielu chętnych do założenia tego typu placówek. Jest kolejka wniosków, ostatnio zaopiniowaliśmy pozytywnie pięć. Jednak w budżecie nie ma już środków na powstanie kolejnych, a władze lokalne też nie mają pieniędzy na wspieranie ich działalności – ostrzega Józef Lepiech, zastępca dyrektora Departamentu Szkolnictwa Wyższego MENiS.
Pracownicy szkół potwierdzają swoją marną sytuację. – Utrzymujemy się dzięki dotacjom ministerialnym, studiom zaocznym i sponsorom, których jest coraz mniej – mówi Anna Szymańska, rzecznik prasowy Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Chełmie. – Pomógł nam samorząd, dofinansował remont i przekazał budynki. Jakoś sobie radzimy. W kiepskiej sytuacji są także sami studenci. Wielu składa podania o stypendia socjalne.
Szkoła w Chełmie powstała dwa lata temu. Początkowo wykładano w niej nauczanie matematyki i matematykę z informatyką. W tym roku odbędzie się także rekrutacja na anglistykę i germanistykę. – Zgłasza się wielu kandydatów i dlatego na studia dzienne wprowadziliśmy egzaminy, na zaoczne rozmowę kwalifikacyjną – mówi Anna Szymańska.
Szkoły radzą sobie, jak mogą. Ciechanowskiej placówce pomagają miejscowe zakłady pracy. Remontują i przekazują budynki. Szkoła w Sanoku (specjalność: kultura krajów karpackich, język i kultura ukraińska, kultura słowacka) znalazła siedzibę w budynkach jednostki wojskowej wyremontowanych przez starostwo.
– Dla szkół zawodowych nadeszły ciężkie czasy. I to nie powodu finansów. Dotychczas student wybierał specjalność, od 2005 r. będzie to kierunek. A to wielka różnica. By prowadzić specjalność, trzeba było zatrudnić dwóch pracowników naukowych, na kierunku musi być ich co najmniej czterech – tłumaczy Józef Lepiech z MENiS. – Do tego potrzebne są nie tylko pieniądze, ale i atrakcyjna oferta. Zapewne szkoły będą próbowały przekształcić kilka specjalności w jeden kierunek. Ale czy im się uda? Na razie mają kłopoty ze znalezieniem odpowiednich pracowników naukowych. Muszą to być osoby, które poza wiedzą mają kilkuletnie doświadczenie zawodowe.
Zaletą tych szkół jest ich lokalizacja. Najczęściej powstają w małych i średnich miejscowościach, student oszczędza na dojazdach. – Kształcą w najróżniejszych specjalnościach. Często robi to wrażenie chaosu – obok pielęgniarstwa jest jakiś zawód techniczny, obok pedagogiki specjalność inżynierska. Jednak moim zdaniem, jest to zaleta. W ten sposób szkoły dopasowują się do potrzeb regionu. A to jest najważniejsze – mówi Józef Lepiech.
– Proponujemy naukę pielęgniarstwa, zawodu popularnego w naszym regionie – mówi Janina Grzelczyk, specjalistka ds. nauczania w ciechanowskiej szkole zawodowej. – Przychodzą do nas także maturzystki, które zamierzają później wyjechać za granicę. Niedługo będziemy chcieli rozpocząć naukę zarządzania w agrobiznesie i technik rolniczych. Na te zawody również jest zapotrzebowanie. Za to brakuje chętnych na położnictwo.
– Wyższe szkoły zawodowe są najlepszym sposobem na zwalczanie bezrobocia – dodaje Anna Szymańska. Zdaniem prof. Józefa Szabłowskiego, w przyszłości nie stracą kandydatów. Młodzi absolwenci często mało konkretnych kierunków będą chcieli zdobyć zawód.
Zaletą szkół zawodowych jest również zakończenie edukacji na poziomie licencjatu. Stopniowanie edukacji – licencjat, magister, doktor jest zgodne z umową, którą europejscy ministrowie edukacji podpisali w Bolonii.

Wydanie: 25/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: IKA, PN

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy