Mój dziadek był zbrodniarzem

Mój dziadek był zbrodniarzem

Dopiero dorosłe wnuki nazistów mają wystarczający dystans, aby zająć się wstydliwą rodzinną historią

Korespondencja z Hamburga

Kiedy pod koniec filmu na ekranie pojawiły się napisy, na sali nie było ani jednej osoby, która nie byłaby poruszona. Jeden z widzów, zasłoniwszy twarz, po cichu szlochał w chustkę. Pewna kobieta głośno płakała. – Ten materiał był zbyt drastyczny, mógł pan nas uprzedzić – burknęła Anja, 35-letnia studentka z Bremerhaven, pod adresem operatora. Właśnie skończył się seans filmu dokumentalnego o wyzwoleniu obozów koncentracyjnych w Bergen-Belsen.

Ciasna sala kinowa mieści się w muzeum KZ Neuengamme nieopodal Hamburga. Stworzono ją w obozowej celi. W filmie zostały wykorzystane fragmenty oryginalnych nagrań z dnia wyzwolenia. Na taśmie uwieczniono skrajnie wygłodzonych więźniów, po części w stanie agonii. Te czarno-białe sceny, łudząco podobne do obrazów z getta warszawskiego, pochodzą z filmu „Close to Evil” („Blisko zła”), opowiadającego historię Tomiego Reichentala. 81-letni Słowak przeżył Holokaust i obecnie mieszka w Irlandii. Kiedy deportowano go wraz z rodziną do obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen, miał zaledwie dziewięć lat.

Zagłada pod drzwiami

Dlaczego w Neuengamme nie pokazuje się filmów o wyzwoleniu tego obozu? Z prostego powodu – takich filmów nie ma. Wkraczający alianci nie napotkali tu niczego, co można było udokumentować. Wszelkie ślady zostały przed ich dotarciem skrzętnie usunięte. Tymczasem KZ Neuen­gamme był największym nazistowskim obozem koncentracyjnym w północnych Niemczech. Zamordowano tu niemal 43 tys. więźniów. Jednak za Odrą wciąż mało kto o tym mówi. Także w samym Hamburgu. Dlaczego? – Hamburczycy, łącznie z władzami miasta, doskonale wiedzieli o Neuengamme, ale latami milczeli – twierdzi historyk Johann Klarmann. W swojej niedocenionej książce „Die erneute Demütigung” („Ponowne upokorzenie”) publicysta kapitalnie rysuje to, jak do połowy lat 80. Niemcy wypierali świadomość popełnionych zbrodni. W zachowaniu hamburskich władz po 1945 r. pobrzmiewa jeszcze echo niemieckiej propagandy nazistowskiej. „Po wojnie senat wolał nie przypominać o cierpieniach więźniów z Neuen­gamme. Dlatego wkrótce wybudowano na tym terenie zwyczajny zakład karny”, pisze Klarmann. Próby zakwestionowania tej polityki i wszelkie starania o pomnik lub choćby tablicę ku czci ofiar spełzły na niczym. Lokalni politycy dopilnowali, aby za każdym razem petycje rychło znikały z biurka.

Pomnik z 1953 r., miejsce upamiętnienia z 1965 r. oraz centrum dokumentacyjne z 1981 r. zostały założone poza terenem obozu w Neuengamme. Próby kolektywnego wyparcia najwyraźniej się powiodły. Starsi mieszkańcy Hamburga ze zdumieniem reagują na wiadomość, że zagłada Żydów odbywała się tuż pod ich drzwiami. To o tyle zaskakujące, że KZ Neuengamme nie znajdował się gdzieś na peryferiach. Kilkanaście jego placówek było rozsianych po całym mieście. – Więźniowie byli obecni w całym Hamburgu, pracowali przymusowo w fabrykach, mieli na sobie obozowe ubrania. Nie można było ich nie zauważyć – tłumaczy Klarmann.

W 1945 r. Niemcy zostały obrócone w ruinę, trzeba było odbudować kraj, a dywagacje o „niemieckiej winie” odstawiono chwilowo na boczny tor. Tyle że później o nich zapomniano, za to rozpoczął się masowy akt wyparcia, potęgowany m.in. przez brak materiału amerykańskich i brytyjskich dokumentalistów. Po wojnie w KZ Neuengamme nic nie przypominało o jego pierwotnej funkcji. Kiedy zdominowany przez CDU senat przejął władzę od aliantów, pośpiesznie zburzono drewniane baraki. Dopiero w 1984 r. KZ Neuengamme znalazł się na liście zabytków. Do władzy musiało dojść kolejne pokolenie, niemające nic wspólnego z wojną, by niemieckiej kulturze pamięci nadać inny wymiar. Tu, w Neuengamme, młodzi ludzie zebrali się na odwagę, aby zmierzyć się z historią swoich rodziców i dziadków, o której ci wolą nie mówić.

Strony: 1 2

Wydanie: 23/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy