Mój jubileusz

Mój jubileusz

Prawo i obyczaje

Nie przypuszczałem nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach, że stanę się kiedyś „dostojnym jubilatem” z racji uzyskania przed 50 laty doktoratu w Jagiellońskiej Wszechnicy. Niecodzienna uroczystość odbyła się w auli Collegium Maius, w najstarszym miejscu Uniwersytetu Jagiellońskiego, pod przewodnictwem J.M. Rektora, prof. Franciszka Ziejki, z udziałem Senatu prześwietnej Akademii oraz licznie zgromadzonych gości.
T. Boy-Żeleński, wielki ironista, może doszukałby się w tym arcypoważnym wydarzeniu jakiegoś podobieństwa do dawnych krakowskich jubileuszy, o których pisał satyrycznie w „Słówkach”: „Nie wiem, który to nasz przodek (…) chwycił kpiarstwa kaduceusz, skrobnął się nim mocno w głowę i wymyślił – jubileusz”. Boy podał nawet „przepis cały, by wszedł do krakowskich kronik, na ten jubel tak wspaniały, jak rękawka lub lajkonik”.
Scenariusz mojej uroczystości nawiązał do tradycji opisanej przez autora słynnego kupletu. Było jak u Boya: do tego celu wzięto mnie, starego, czcigodnego pryka, i w fotelu posadzono, a publiczności zastęp liczny hurmem obsiadł galerią.
Stary prześmiewca, szydząc z krakowskich jubileuszy, wiedział zapewne, że żadna uczelnia akademicka, wierna swym tradycjom, nie zrezygnuje z czczenia rocznic upamiętniających zasługi sędziwych profesorów, a tym bardziej z szumnego celebrowania doktoratów honoris causa nadawanych znanym politykom…
Alma Mater Jagiellonica obchodzi co jakiś czas nader uroczyście okrągłe rocznice swej historii: założenia w 1364 r. i odnowienia w 1400 r. dyplomem Władysława Jagiełły o ustanowieniu w Krakowie na wieczne czasy onej „nauk przemożnych perły, aby wydawała męże dojrzałością rady znakomite, ozdobą cnót świetne i w różnych umiejętnościach biegłe”.
Najstarsza polska uczelnia nie przyznaje honorowych doktoratów własnym uczonym, którzy ukończyli w niej studia wyższe. Może natomiast uhonorować tzw. odnowienie doktoratu uczonego, który obronił w niej summa cum laude pracę doktorską przed 50 laty i wyróżnił się następnie znaczącymi wynikami w działalności naukowej, publicznej itp. Jubilat otrzymuje piękny dyplom, ale jego treści często nie rozumie, jako że tekst zredagowany jest po łacinie…
Przebieg uroczystości odznacza się oczywiście wielkim patosem, który przypomina czasem Boyowskie drwiny („Brzmi powaga w każdym słowie, choć od śmiechu drgają rzęsy. O, bo myśmy tu w Krakowie wszystko straszne sans rire pęsy”). W sumie jednak uniwersyteckie obchody odznaczają się wspaniałą oprawą, z którą inne jubileusze nie mogą się równać. Podniosły nastrój udziela się wszystkim, nawet ironistom, gdy chór śpiewa prastary hymn „Gaude Mater Polonia” (Raduj się Matko-Polsko w sławne potomstwo płodna).
Osobiście przebrnąłem przez ów niezwykły przewód doktorski ponoć bez wpadki (ale czy bez gafy jakakolwiek celebra może przejść do historii?). Od początku peszył mnie tylko nieszczęsny fotel, który kojarzył mi się z dowcipnym wierszem Boya.
W pewnym jednak momencie moja przekorna natura zaczęła się buntować przeciw nadmiernym, w moim przekonaniu, pochwałom. Miałem nawet chęć nieodpartą wdać się w polemikę z laudatorem-promotorem (sławnym w kraju i za granicą profesorem Stanisławem Waltosiem) i odegrać w ten sposób, przeciw sobie samemu, rolę adwokata diabła! Rector Magnificus do tego wariactwa nie dopuścił. W końcu więc renowacja półwiecznego doktoratu przeszła gładko ku uciesze rodziny, przyjaciół i pozostałej publiczności. Chór akademicki zakończył uroczystość całą odśpiewaniem starej pieśni „Gaudeamus igitur”.
Jestem więc belfrem z odnowionym doktoratem! Zachowałem dawne „honores, iura et privilegia”, te same, z których korzystałem w minionym półwieczu. W odróżnieniu od doktorów honoris causa świeżo upieczeni (odnowieni) „doktorzy” nie mają prawa do używania dodatkowego tytułu czy stopnia naukowego (np. doctor renovationis causa!), szczycenia się nimi za życia, a po śmierci – w nekrologach.
Uczeni wykładowcy prześwietnej Wszechnicy Piastów i Jagiellonów powinni wszelako zadowolić się tytułami profesorów swego sławnego uniwersytetu. Według kąśliwej uwagi T. Boya-Żeleńskiego, tytuł profesora UJ posiada sam w sobie „własności sławodajne, podobnie jak, wedle Moliera, suknia lekarska posiadała własności przeczyszczające” („Pisma”, t. XVI, Warszawa 1958, s. 374).
Clarissima Alma Mater odnowiła (symbolicznie) mój stary doktorat, który – prawdę mówiąc – nie nadawał się do renowacji (na miarę wymagań współczesnych). Quod ab initio vitiosum est, non potest tractu temporis convalescere (prawnicy wiedzą, a w każdym razie wiedzieć powinni, co to znaczy). Wysoki Senat kierował się raczej wynikami późniejszej mojej działalności na niwie naukowej i publicznej. Te zaś sukcesy zawdzięczam Współpracownikom z katedr uniwersyteckich i Biura Rzecznika Praw Obywatelskich oraz niezwykłej Małżonce. Mówię to bez obawy, że dyplom zostanie mi odebrany. Universitas locuta, causa finita!
Krakowski jubileusz był wielkim wydarzeniem w mym długim życiu. Szczerze jednak wyznaję, że wolałbym zamiast reperacji pożółkłego ze starości dyplomu odzyskać młodość durną i jurną. Taki cud mógłby się jednak zdarzyć tylko za sprawą piekielnego łowcy dusz. W tragedii Goethego stary Faust wciela się na podstawie układu z Mefistofelesem w postać dawnego młodzieńca i uwodzi piękną Małgorzatę. Za jaką cenę? Sprzedał, nikczemnik, swoją duszę diabłu! O mój cyrograf przebiegły szatan nawet nie zabiegał. Wiedział mądry bies, że taki numer ze mną na pewno nie przejdzie. A może jest to tylko bajka, że są diabły na tym świecie?

 

Wydanie: 45/2001

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy