Mój tajny proces

Zapiski polityczne

Nasze państwo jest ponownie zagrożone wielkim kryzysem o wielorakich przyczynach. Główną da się określić w kilku słowach: jest to prawie powszechny zanik odpowiedzialności za własne państwo. Może to będzie pewne, nawet dosyć spore uproszczenie, gdy powiem, że ten zły objaw ciągnie się jeszcze z epoki rozbiorów, gdy państwo bywało bądź to pruskie, austriackie czy też carskie, czyli rosyjskie. Polacy, często przez te obce państwowości mocno uciemiężani, nie wyrobili w sobie poczucia odpowiedzialności za wspólne, na dodatek świeżo odzyskane dobro, jakim było nowe państwo polskie. Ledwo dorosło pokolenie urodzone i wychowane w wolnym kraju, już znowu państwo popadło w niewolę u obcych, i to, bagatela, na kilkadziesiąt lat. Uważny obserwator, a takim byłem w dobie buntu „Solidarności”, mógł zauważyć, iż mimo jawnego zagrożenia sowiecką inwazją, czego dowody były widoczne w postaci wydarzeń węgierskich i czeskich oraz istnienia muru berlińskiego, odruchy lęku o względnie swobodne istnienie państwa własnego nie były ani powszechne, ani zbyt wyraziste. Państwo było wrogiem i każdy, kto uderzał w tego wroga, był bohaterem, nawet jeśli jego przeszłość wcale nie była taka jasna, czyli patriotyczna. Jeśli tylko jawił się społeczeństwu jako wróg państwa, stawał się bohaterem narodowym Polaków.
Trzeba też mieć odwagę przyznania, że to nowe państwo polskie, użyjmy nazwy „posolidarnościowe”, w odróżnieniu od „pokomunistycznego”, wcale nie zaspokoiło oczekiwań społeczeństwa. Wymarzona wolność szybko została uznana za złą macochę i taką w swej istocie rzeczywiście była, co trwa do dnia dzisiejszego. Szerzą się dwa straszliwie antypaństwowe demony: bezrobocie i bieda. Pewien nobliwy senator, znany mi dobrze od pół wieku, nakrzyczał niedawno na mnie i zalecił mi leczenie u psychiatry, ponieważ twierdzę, że w Polsce są głodne dzieci. Wkrótce potem Polski Czerwony Krzyż, którym opiekuję się od sześciu lat bezinteresownie, choć pewien oszołom zarzucił mi w liście pełnym aroganckich wyrzutów, że pobieram tam wynagrodzenie w wysokości 25 tys. zł miesięcznie (głupol jeden nie wie, że prawie wszystkie funkcje kierownicze w PCK są pełnione honorowo, bez śladu zapłaty), ujawnił, że 30% polskich dzieci cierpi na niedożywienie, toteż zbieramy pieniądze, gdzie się tylko da, by temu zaradzić.
Równie straszną dolegliwością społeczną jest bezrobocie, gdyż odbiera ono milionom ludzi nie tylko środki do życia, ale i (nazwę to za Camusem) „rację istnienia”. Czy w takich warunkach biedy i poniżenia można stawiać sporej części społeczeństwa zarzuty o brak poczucia odpowiedzialności za owo wspólne i do niedawna będące w naszym posiadaniu własne państwo?
Nie pielęgnuję w sobie żalu do całego społeczeństwa, ale mam wielkie pretensje do tak zwanych elit o lekkomyślne i zdecydowanie nieuczciwe wynoszenie własnych upodobań i racji politycznych ponad wspólne dobro polskiego państwa.
Wystarczy włączyć telewizor i posłuchać paru godzin obrad Sejmu RP, by nabrać mocno uzasadnionego przekonania, że znacznej części wysokiej izby dobro państwa jest całkiem obojętne, zaś liczą się jedynie interesy własnej partii politycznej – czytaj: także interesy własne, gdyż wraz z wygraniem kolejnych wyborów przez daną partię otwiera się szeroko i głęboko przepastny żłób pełen korzyści materialnych i prestiżowych dla poszczególnych polityków.
Mówią mi przyjaciele: czemu ty się tym wszystkim tak bardzo przejmujesz, przecież jesteś już na odejściu i byle większy mróz może cię załatwić na amen? Cóż innego mogę robić, skoro całe moje – to prawda, że długie – życie było wypełnione troską o Polskę? To taki nałóg wielu rodaków. Palenie tytoniu rzuciłem bez trudu, po kilkudziesięciu latach zatruwania organizmu, ale nie potrafię się wyzwolić z troski o Polskę. Otrzymuję za tę troskę swoistą zapłatę. Oto w dniu, kiedy wkroczę w 80. rok życia, odbędzie się kolejna karna rozprawa sądowa przeciw mnie. Proces jest tajny, przeto nie wolno mi opisać tego, co się dzieje na sali rozpraw. A szkoda. Byłoby o czym mówić. Przyczyną mego zagrożenia DWOMA LATAMI więzienia jest rzekoma obraza Sądu Lustracyjnego w felietonach pisanych dla „Przeglądu”. Sędziowie niepomni krzywdy, jaką wyrządzili Marianowi Jurczykowi, za co ich napiętnowałem, poczuli się obrażeni i wytoczyli mi TAJNY proces. Mogli sprawić, żeby to było jawne, ale widocznie coś jest dla nich wstydliwego w tej sprawie, że się chronią pod skrzydła tajności. Co jest istotą sprawy? Oto przekłułem pewien balon sędziowskiego zadufania w siebie i kolosalnej pychy. Sędziowie nie błądzą we własnym mniemaniu! Cóż z tego, że Najwyższy Sąd obalił skandaliczne orzeczenie wobec Mariana Jurczyka, co umożliwiło temu dzielnemu człowiekowi powrót na utracone – wskutek błędu prawnego skarżących mnie teraz sędziów – stanowisko prezydenta miasta Szczecina, choć nie odzyskał on mandatu senatora RP.
Na marginesie tej sprawy chcę pozbierać nieco materiału pozwalającego ukazać głęboki kryzys naszego sądownictwa, nie tyle materialny, ile ściśle prawniczy. Oto kilka dni temu dla oskarżonego niesłusznie młodego historyka sztuki, z zawodu muzealnika, którego pomówiono o napad na pewnego handlarza kożuchami, skończyła się pomyślnie rozprawa. Nie było w tej sprawie żadnych dowodów winy, co jeden z głównych oskarżycieli musiał przyznać na końcowej rozprawie, a mimo tej zasadniczej ułomności procesowej człowiek ten spędził rok w więzieniu. Gdzie indziej skazano za zabójstwo trzech młodych ludzi na kilkanaście lat więzienia i sporo odsiedzieli, aż wyszło na jaw, że byli niewinni. Nie dzieje się dobrze w naszym sądownictwie, ale słychać tylko głośne narzekania na warunki materialne systemu wymierzania sprawiedliwości. O moralności sędziów mówi się mało. Warto i tym się zająć. Mój tajny proces stwarza okazję do refleksji. Marek Nowicki, jak ujawniono na pogrzebie, na krótko przed śmiercią też podjął temat błędów w wymiarze sprawiedliwości.

22 października 2003 r.

 

 

Wydanie: 44/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy