Mój teatr może zbankrutować

Mój teatr może zbankrutować

Rozmowa z Gustawem Holoubkiem

Za pojęciem oglądalności w wersji telewizyjnej kryje się gust motłochu i półidiotów. Zaspokajanie takich gustów jest aktem pogardy wobec społeczeństwa

– W naszej kulturze nie dzieje się najlepiej. Przeciętny Polak nie czyta książek, za to fascynują go kolorowe pisma lansujące tandetne zjawiska. Programy typu „Big Brother” z zachwytem ogląda wielomilionowa widownia. W efekcie wyobraźnią dzisiejszego Polaka rządzi świat mediów. W takim świecie autentyczny artysta przegrywa z pseudogwiazdą, a zawodowiec z amatorem.
– Mam zdecydowany pogląd w tej sprawie. Jestem głęboko przekonany, że fakt, o którym pani mówi, zaistniał z winy telewizji. Telewizja szermuje hasłem „oglądalność” i ją uważa za naczelny argument działalności. Serwuje najgorszą z możliwych rozrywkę i powołując się na ową oglądalność, wmawia ludziom, że tylko takie programy budzą największe zainteresowanie. Moim zdaniem, należy wreszcie powiedzieć głośno, że za pojęciem oglądalności w wersji telewizyjnej kryje się gust motłochu, gust prostaków i półidiotów. Zaspokajanie takich gustów jest aktem pogardy wobec społeczeństwa. W moim przekonaniu, nie jest prawdą, że oglądalność przesądza o oczekiwaniach odbiorców. Powtarzam: to nieprawda! Młodzież wręcz tęskni za prawdziwą sztuką. Ci, którzy oglądają „Big Brother”, także. Nawet tak zwani prości ludzie czują instynktowną potrzebę obcowania z wartościami. I ilekroć mają okazję z czymś takim się zetknąć, wykazują wielkie zainteresowanie.
– Co zatem dziś, w dobie dyktatury amatorszczyzny, powinno być zadaniem teatru?
– Dbałość o to, żeby repertuar i jego prezentacje miały związek z dobrą literaturą prawdziwą i zrozumiałą. Z tą dawną, którą nazywamy klasyką, i oczywiście ze współczesną.
– W wywiadzie dla „Przeglądu Tygodniowego” przed czterema laty powiedział pan: „Teatr musi dokonać ideowej zmiany. Powinien zająć się losem człowieka, wrócić do spraw jednostki ludzkiej. W tym widzę wielkie zadanie dla teatru, jego obowiązek”. Czy tak się rzeczywiście stało?
– Mogę powiedzieć jedno: u nas, w Teatrze Ateneum, cały czas obserwujemy wzrost zainteresowania problematyką psychologiczną. Największe powodzenie mają sztuki o dramatach rozgrywających się między ludźmi, o ich perypetiach i uczuciach. Natomiast zdecydowanie odrzucane są wszelkie hasła dotyczące zbiorowości, społeczeństwa, także polityki.
– W tym samym wywiadzie przewidywał pan, że kreacja aktorska stanie się największą wartością teatru. To prawda. Ale równocześnie wielu dobrych aktorów rezygnuje z etatów. Podejrzewam, że odchodzą z teatru, aby mieć więcej czasu na udział w przedsięwzięciach dających im „kasę”. Czy nie mam racji?
– Rzeczywiście, koledzy coraz liczniej oddają się popularnym środkom przekazu i zgadzają na uczestniczenie w niewybrednych produkcjach telewizyjnych, estradowych i filmowych. Paradoks polega jednak na tym, że ci sami aktorzy, którzy bezkrytycznie przyjmują każde zadanie, jakie im proponują rozmaite media, tęsknią za powrotem do teatru. Przychodzą do dyrektorów i proszą o możliwość zagrania w jednym czy drugim spektaklu.
– Ale tylko gościnnie.
– Niestety. To, że nie chcą być w zespołach, jest smutne dla samego teatru. Ponieważ wbrew tendencjom nie ma dobrego teatru bez stałego zespołu.
– Zauważyłam, że niektórzy aktorzy chwytają dziesięć srok za ogon i grają w kilku teatrach naraz.
– Dyrektorzy tych teatrów borykają się z ułożeniem repertuaru, aby dostosować się do ich obecności albo nieobecności.
– Chce pan powiedzieć, że wszelkie plany teatru są uzależnione od samowoli aktorów?
– W tej chwili najpoważniejszą trudnością w prowadzeniu teatru jest koordynacja pracy w taki sposób, aby można było każdej następnej premierze zapewnić maksymalną obsadę.
– Wolny rynek zabija sztukę?
– Wolny rynek powinien istnieć. W końcu aktorstwo jest wolnym zawodem. Wybory, których dokonują koledzy, są wyborami indywidualnymi na ich własną odpowiedzialność. Nie umniejszają ich talentów.
– Ale to, że rezygnują z etatów, działa na szkodę teatru. Jak można temu zaradzić?
– W jeden tylko sposób. Na czele zespołów teatralnych powinni stać artyści, z którymi kontakt nobilitowałby aktorów, był dla nich pożyteczny i pożądany. Mam na myśli liderów, którzy konsekwentnie, surowo i kategorycznie realizują program wedle swojej wizji. Nasza teatralna rzeczywistość pokazuje, że tego typu ludzie nie mają kłopotów ze zgromadzeniem wokół siebie aktorów, których zarażają entuzjazmem, swoją szczególną estetyką i wyobraźnią.
– Proszę o nazwiska.
– Na przykład Krystian Lupa w Krakowie i Grzegorz Jarzyna w Warszawie.
– Tylko dwóch ludzi na całą teatralną Polskę nie czyni jeszcze wiosny.
– Problem tkwi w tym, że wybitni artyści nie godzą się na zajmowanie kierowniczych stanowisk. A przecież wśród średniego pokolenia moich kolegów jest wielu, którzy mogliby dyktować kształt teatru. Niestety, nie chcą. Jeszcze kilkanaście lat temu prawie wszystkie teatry w kraju a w Warszawie na pewno były kierowane przez wybitnych artystów. Serce się kraje, gdy człowiek patrzy, co teraz się dzieje. Miejsce uprawnionych zajmują cywile, którzy kochają teatr być może! Ale kochają teoretycznie i mają kłopoty, bo nie rozumieją ducha tej materii. Ciągle trwam w optymizmie, że to się zmieni i na czele zespołów teatralnych znowu staną prawdziwi twórcy.
– Przez skromność nie wymienia pan siebie. A przecież zespół Teatru Ateneum należy do najlepszych w kraju. Czy może pan zaangażować utalentowanego aktora i prowadzić go tak, że kiedyś będzie pana następcą?
– W tym tylko sezonie zgłosiło się do mnie ponad 30 absolwentów szkół teatralnych. Nie zaangażowałem nikogo, bo nie mam pieniędzy. Szczupłość dotacji sprawia, że teatr co miesiąc stoi przed wizją bankructwa.
– Może wśród tych 30 osób jest ktoś równie uzdolniony jak np. Michał Żebrowski? Myślę, że gdyby grał w teatrze, byłby interesującym aktorem, a niestety nie jest, bo wchłonął go świat medialny. Zagrał kilka ról filmowych, które niczego istotnego do jego rozwoju zawodowego nie wniosły. Nie uważa pan, że byłoby dobrze, gdyby uzdolniony absolwent szkoły teatralnej miał szansę zmierzyć się na deskach scenicznych z Hamletem czy Kordianem?
– Teatr niezmiernie rzadko może spełnić tego typu marzenia i ambicje młodych ludzi. W zamian proponuje im coś innego, co będzie wprawdzie mniej ważne, ale zapewni kształcenie. Bo grając małe role, też można się uczyć zawodu. Na to oni się nie godzą. Zachwycamy się Anthonym Hopkinsem. Ten wielki aktor po ukończeniu szkoły dramatycznej zaczynał w teatrze i przez połowę życia grał na scenie. To, że był znakomitym aktorem teatralnym, dało mu szansę zaistnieć na ekranie w pełnym blasku artysty. Zresztą nie tylko on, inne gwiazdy filmowe z Hollywood też zaczynały od teatru.
– Słyszałam, że w Polsce co roku kończy studia aktorskie ok. 130 osób. Z tego ledwie 10 może liczyć na etaty. Co mają robić pozostali?
– No właśnie! Byłem na dyplomowym przedstawieniu „Snu nocy letniej”. Młodzi, którzy wstępują w zawód, zaimponowali mi entuzjazmem i spontaniczną radością z wykonywania zadań. Siedząc na widowni, myślałem: „Boże święty! Co zrobić, żeby ich talent i entuzjazm do uprawiania zawodu nie zmarnowały się?”.
– Nie trzeba być jasnowidzem, aby przewidzieć, że szybko wchłonie ich świat medialny. Pójdą do seriali, filmów i telenowel.
– I na to nie ma rady, bo przecież z czegoś muszą żyć.
– Kiedy moje pokolenie wchodziło do teatru, naszym marzeniem było spełnianie się w pracy. Liczyły się tylko role. Teraz umysłem młodych aktorów rządzi marzenie o sławie.
– To prawda. Chcą natychmiast zaistnieć w wersji najbardziej popularnej. Ale myślę, że nie rezygnują z jakości. Zdają sobie doskonale sprawę z tego, co wartościowe, a co jest chałturą. Jednakże pieniądz to zachęta nie do odrzucenia.
– Znam dokładnie pana biografię artystyczną. Od początku dokonywał pan tylko takich wyborów, które zapewniały czystość w uprawianiu sztuki.
– Przykład mojego życia nie może służyć jako żaden argument. Myśmy dorastali, kiedy nie było telewizji, telefonów komórkowych ani wszystkiego, co nazywamy techniką życia. Spełnieniem była ciężka praca, a jedynym dążeniem zdobywanie coraz wyższej pozycji w zawodzie i co za tym szło coraz wyższej gaży, która pozwalała swobodnie żyć. W tej chwili takiej szansy nie ma. Dziś czołowy aktor ma gażę, z której nie jest w stanie utrzymać rodziny i siebie. Dlatego rezygnuje z etatu i ze spektaklem impresaryjnym jeździ po Polsce.
– Podobno znany aktor za jedno przedstawienie „w trasie” dostaje tyle, ile wynosi jego miesięczna gaża w teatrze. Nie bulwersuje to pana?
– Nie. Gdyby artyści teatru byli opłacani godziwie, nie rezygnowaliby z etatów.
– Czy ma pan jakąś optymistyczną dewizę na „dzień dzisiejszy”?
– Opowiem anegdotę. Przepełniony tramwaj, wszystkie miejsca zajęte. Młody człowiek siedzi, nad nim stoi starsza kobieta. W końcu mówi: „Młodzi siedzą, a starsi muszą stać. Nie ma kultury w narodzie”. Młody człowiek na to: „Kultura jest, tylko miejsc nie ma”. Moją dewizą jest odwrotność tej anegdoty. Twierdzę, że są miejsca. Pierwsze miejsce to obowiązek wobec ogromnej, tysiącletniej tradycji kulturalnej naszego kraju. Mam na myśli nie tylko sztukę, ale również obyczajowość, czyli to, co z naszego społeczeństwa uczyniło całość niepodobną do innych, oryginalną i własną. Drugie miejsce to obowiązek kształtowania gustów ludzi od zarania. Tym powinna się zająć oświata. Należy wpajać młodzieży poczucie piękna i potrzebę konsumpcji dzieł kultury: literatury, teatru, filmu, malarstwa i muzyki. Nie chodzi o to, żeby robić z nich koneserów sztuki. Chodzi o podstawowe wiadomości, dzięki którym będą mogli odróżnić Jana Sebastiana Bacha od Maryli Rodowicz, na przykład. Odróżnić, nie kwestionując wartości tych twórców. Ale to jednak różnica. I na koniec: mamy wielu artystów, którzy chcą tworzyć sztukę, i mamy publiczność, która oczekuje na prawdziwe wartości i chętnie będzie je konsumować. A więc trzeba tylko wypełnić te miejsca, a kultura się znajdzie.
– Oby! Bardzo dziękuję panu za rozmowę.

 

Wydanie: 5/2002

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy