Po prostu śpiewamy piosenki

Po prostu śpiewamy piosenki

Staramy się, żeby to nasze piosenki były obiektem zainteresowania słuchaczy, a nie my sami i plotki o nas

Rozmowa z zespołem Wolna Grupa Bukowina

– Waszą muzykę określa się bardzo różnie: piosenka studencka, piosenka turystyczna, poezja śpiewana, muzyka z „krainy łagodności”. Które z tych określeń, waszym zdaniem, najbardziej pasuje do tej twórczości?
Wacław Juszczyszyn: – Nie ukierunkowujemy swojego stylu w żaden sposób. Świadomie nie celujemy w jakiś gatunek. To wypadkowa tego, co umiemy i lubimy robić.
Wojciech Jarociński: – Wojtek Bellon na podobne pytanie odpowiedział kiedyś: „My śpiewamy piosenki”. Wydaje mi się, że dzisiaj to jest bardzo oryginalna i precyzyjna odpowiedź.
– Wacław Juszczyszyn: Tak, bo dziś ludzie nagrywają utwory, numery, projekty albo materiał.
Grażyna Kulawik: – W zależności od tego, gdzie występowaliśmy, byliśmy traktowani jako reprezentanci danego nurtu. Tak naprawdę jednak granica między tymi pojęciami jest bardzo nieostra, to sztuczne twory. Co innego, gdy ktoś śpiewa pop, rock czy jazz – te terminy coś mówią.
– Nie przeszkadza wam to, że dla wielu ludzi, którzy znają na pamięć wasze piosenki, pozostajecie anonimowi?
Wacław Juszczyszyn: – To jest piękne. Kiedyś widzieliśmy śpiewnik harcerski, w którym były nasze piosenki. Jedną z nich opatrzono przypiskiem „piosenka staroharcerska”. To dowodzi, że nasze pieśni zawędrowały pod strzechy. Tak na dobrą sprawę nie jest ważne, kto to zrobił. W odróżnieniu od współczesnych wykonawców staramy się, żeby to nasze piosenki były obiektem zainteresowania słuchaczy, a nie my sami i plotki o nas. Jest mi przyjemnie, gdy słyszę, że ktoś śpiewa moją piosenkę, ale śpiewający nie musi wiedzieć, że to ja ją napisałem.
Grażyna Kulawik: – Nie jesteśmy osobami znanymi w tym sensie, że rzadko występowaliśmy w telewizji i ludzie nie znają naszych twarzy. Miałam kiedyś taką przygodę: zdarzyło mi się pracować w szkole i któregoś dnia moja koleżanka, młoda polonistka, mówi: „Słuchaj, wybieram się dzisiaj do Rotundy, bo gra mój ulubiony zespół – Wolna Grupa Bukowina, może byś się ze mną wybrała?”. Ja mówię: „Tak się składa, że też się wybieram na ten koncert, to się umówmy”. Dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że śpiewam w tym zespole.
– Pewnie często dziennikarze pytają was o Wojtka Bellona. Czy jego legenda nie ciąży wam czasami?
Wacław Juszczyszyn: – Wręcz odwrotnie – ta legenda nas dźwiga i każdy z nas ma tego świadomość.
Grażyna Kulawik: – Jak każda legenda, tak i ta ma swój mechanizm. Niewykluczone, że może nawet troszkę niezasłużenie splendor tej legendy na nas spłynął.
Wojciech Jarociński: – Na nasze usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że my tej legendy nigdy nie nadużywaliśmy. Właściwie nawet trochę od niej uciekaliśmy. Po śmierci Wojtka zwiesiliśmy działalność. W ogóle nie było mowy, żeby wrócić do zespołu. Uważaliśmy, że bez Wojtka Bukowiny nie ma. Reaktywacja grupy nastąpiła dlatego, że okazało się, iż jesteśmy potrzebni.
Wacław Juszczyszyn: – Ale to, jaki obraz Wojtka ludzie sobie zbudowali, jak Bukowina była postrzegana, to – zachowując wszelkie proporcje – jest w jakiejś części także naszą zasługą. Piosenki były autorstwa Wojtka, ale my mieliśmy znaczący wpływ na ich formę i na wykonanie. Tak więc coś, co było naszym wspólnym dziełem, kreowało legendę Wojtka. Stąd nasze przeświadczenie, że mamy prawo to dzieło kontynuować.
– Wydaliście podwójny album: jedna płyta zawiera nowe piosenki, a druga to zbiór starych, ale nigdzie niepublikowanych utworów. Czy czujecie, że wasza muzyka przez 30 lat istnienia zespołu zmieniła się?
Grażyna Kulawik: – Myślę, że na pewno trochę się zmieniła, ale nie jest to zupełnie inna muzyka. Naturalnie, że chcemy utrzymać ten sam klimat. Ale my się zmieniliśmy i byłoby niedobrze, gdyby okazało się, że wszystko pozostało tak samo i powielamy stare piosenki jeden do jednego.
Wacław Juszczyszyn: – Staraliśmy się nie być więźniami tego „idiomu bukowińskiego”. Bo to jest tak: ludzie przywiązują się do tych pierwszych piosenek, kodują sobie ich formę i wszelkie odstępstwa traktują potem jako wykroczenie przeciwko pewnej regule. Dlatego próbowaliśmy jakoś to przełamać, nie czyniąc rewolucyjnych zmian, ale starając się pokazać, że świat nie stoi w miejscu, my też ewoluujemy i chcemy dać temu wyraz.
– Gdzie jest najlepsze miejsce dla muzyki z „krainy łagodności”, w teatrze, na estradzie czy przy ognisku?
Grażyna Kulawik: – Dla takiej muzyki najlepsze są koncerty raczej w kameralnych warunkach. Ja na przykład źle wspominam amfiteatr w Opolu – tam po prostu nie da się wytworzyć kameralnej atmosfery.
Wojciech Jarociński: – Z natury rzeczy jesteśmy kameralni, bo mamy taki skład. Brzmienie jest kameralne: nie mamy perkusji, gramy na gitarach akustycznych. Nie mamy wielkich głosów na duże estrady.
– Czy obserwujecie młodych wykonawców tego nurtu, może ktoś naśladuje wasz styl?
Grażyna Kulawik: – W tym roku byłam na koncercie laureatów Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. Kilku zapamiętałam; to wszystko jest poprawne, dobrze zaśpiewane, są ciekawe teksty, ale od dłuższego czasu brakuje jakiejś wyraźnej osobowości. Kogoś, kto by sobą świadczył o swojej twórczości. Od strony technicznej, warsztatowej wszyscy laureaci takich festiwali są bez zarzutu. Ale czegoś ciągle brak… Czekamy na nowych Bellonów, Kleyffów, Wołków i im podobnych.

Wydanie: 49/2001

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy