Przychodzą opowiedzieć

Przychodzą opowiedzieć

39. Festiwal Teatrów Jednego Aktora we Wrocławiu

To najbardziej ryzykowna forma dla aktora – w teatrze jednoosobowym znikąd ratunku, aktor musi się obronić sam, bez wspomagania rekwizytem, inscenizacją czy partnerem. Wszystko zależy od niego. Można nawet sformułować swoiste prawo teatru jednego aktora: im mniej środków, tym większy sukces artystyczny.
Tak było i w tym roku we Wrocławiu, dokąd tradycyjnie zjechali mistrzowie sceny jednoosobowej z Polski i zagranicy. Jan Peszek, który przyjechał na festiwal z wiolonczelą (bo nie był pewien, czy uda się instrument wypożyczyć), odniósł kolejny triumf „Scenariuszem dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” Bogusława Schaeffera. Premiera tego monodramu miała miejsce niemal 30 lat temu, ale przez te lata spektakl Peszka nic nie stracił ze swej siły – to nadal pełna energii, przewrotności i gorzkiego absurdu opowieść o upadku artysty we współczesnym świecie. Istota scenicznego pomysłu na ten nieśmiertelny monodram, stale poprawiany i doskonalony, tkwi w nieprzystawalności tego, co się mówi, do tego, co się pokazuje. Peszek wypowiada wzniosłe banały o sztuce i jednocześnie paprze się w brudach (dosłownie), myjąc podłogę szmatą.
O ile Peszek wzbudził owacje na stojąco, o tyle Michał Żebrowski, który przybył do Wrocławia z całą ciężarówką dekoracji (kanapa, fotele, przyrząd gimnastyczny itp.) i wieloosobową ekipą wspomagającą, rozczarował publiczność. Jego bohater, alkoholik psychoterapeuta, sumujący swe nieudane życie, nie zainteresował właściwie nikogo.
A jednak od reguły eliminacji środków wyrazu w monodramie bywają, jak w każdej innej dziedzinie, wyjątki. Świadczy o tym spektakl Ewy Kasprzyk, która nie poskąpiła środków inscenizacyjnych, a mimo to zwyciężyła. Jej „Patty Diphusa”, oparte na felietonach Pedra Almodóvara zwierzenia międzynarodowej gwiazdy filmów porno, zawierające przewrotne komentarze do naszych czasów, wzbudził prawdziwy entuzjazm. Aktorka, wystylizowana na seksbombę, jak nakazuje tekst, z rzęsami do podłogi i pstrokatą peruką do sufitu, rozdająca powłóczyste spojrzenia i zaczepiająca widzów, na koniec pokazała dramat kobiety tęskniącej za miłością. Może było to nazbyt sentymentalne, ale i wzruszające.
Zasadę skromności środków współgrających z imponującym wynikiem artystycznym potwierdzili swoimi spektaklami goście zagraniczni. Prawdziwą furorę zrobił Félix Kama z Niemiec, a tak naprawdę z Kamerunu (w prostej linii z rodu królewskiego), Afroeuropejczyk, który przedstawił własny tekst „Gdzie jest lepiej”. Ta prosta, inteligentna opowieść ukazuje Afrykańczyka w europejskiej dżungli miejskiej, inaczej niż rdzenni mieszkańcy Europy odczytującego najprostsze zdarzenia. Kama, obdarzony wielkim darem obserwacji, pokazał Europę trochę na opak, w duchu słynnych „Listów perskich” Monteskiusza. Swoim przedstawieniem – bez apeli i gromkich przemówień – przekonywał do zrozumienia odrębności, inności, uczył tolerancji. Jego spektakl był najbliższy tradycji teatru jednego aktora jako opowieści gawędziarza.
W tym samym klimacie utrzymany był spektakl Oleksija Wertyńskiego z Ukrainy, „Błękitny samochód”, rodzaj poszukiwania sensu w utraconym życiu, którego bez mała mitycznym znakiem staje się zabawka z dzieciństwa, tytułowy samochodzik. Wszystkim zaimponowała Zuzana Kronerová ze Słowacji, która przedstawiła tzw. samograj, czyli „Shirley Valentine” Willy’ego Russella. Kronerová pokazała Shirley po swojemu, ale przede wszystkim ujawniła niepospolite umiejętności scenicznej metamorfozy, zdolność nawiązywania kontaktu z publicznością od pierwszego wejrzenia – w jej monodramie cała widownia stawała się partnerem, hipnotyzowanym i wodzonym za nos przez nieurodziwą, fatalnie ubraną, zaniedbaną kobietą, która wbrew licznym wadom uwodziła widzów.
Z tradycji dell’arte wywodził się spektakl Georga Kasera z Włoch (a właściwie południowego Tyrolu), który dał brawurowy popis w „Powrocie Keitla z wojny”. Tekst z początków XVI w., przez mało kogo rozumiany (nawet germaniści mają kłopoty z południowotyrolskim), dzięki niezwykłej sugestywności aktora okazał się powszechnie zrozumiały. Kto wie, czy to nie Georg Kaser najpełniej spośród tegorocznych uczestników festiwalu ukazał istotę i magię teatru jednoosobowego. Kaser posłużył się tylko jednym rekwizytem – krzesłem, które stawało się polem walki, fortecą, koniem, oberżą. Grał, siedząc, poruszał tylko rękoma i nogami (na siedząco) i wywoływał obrazy bez mała kosmiczne, powołując na malutkiej scenie do życia całe armie, bogów i dziesiątki postaci.
Tak, to jest najważniejsze w tym teatrze – powód, dla którego solista pojawia się przed nami i opowiada swoją historię. Tak jak to kiedyś najtrafniej ujął Janusz Gajos: „Zanim wejdę na scenę, muszę wiedzieć, po co przychodzę i zajmuję czas tym wszystkim ludziom, którzy kupili bilety, żeby mnie oglądać”. Takie to proste i takie trudne. Soliści we Wrocławiu z reguły tę trudność pokonują.

 

 

Wydanie: 49/2005

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy