Eminem podbija Hollywood

Eminem podbija Hollywood

Najbardziej znienawidzony raper świata pokazał, że potrafi grać w filmie

Jego matka mieszka w przyczepie kempingowej, nie radzi sobie z życiem ani z alkoholem. On sam ma ogłupiającą pracę w fabryce samochodów. Kumple są nieuleczalnymi marzycielami, którzy włóczą się po ulicach slamsów Detroit, w okolicach 8 Mile Road, oddzielającej „białe” dzielnice od czarnej biedoty. Jimmy, alias Rabbit, ma jednak talent i ambicje zostania gwiazdą rapu. I zostanie, bo jego historia w filmie „8. mila” to ekranowa wersja losów Eminema, najpopularniejszego i jednocześnie najbardziej znienawidzonego rapera na świecie.
Nienawidzą go feministki, homoseksualiści, członkowie najsłynniejszych boysbandów i młode piosenkarki, które obśmiewa i

obraża nie tylko w tekstach piosenek.

Nienawidzą go także była żona, matka i bliscy współpracownicy. Jego teksty to spełniony koszmar obrońcy moralności – jest w nich wszystko: sadyzm, morderstwo, gwałt, pornografia, homofobia i pochwała narkotyków. Jedyny biały raper, którego w pełni zaakceptowali czarnoskórzy koledzy po fachu, w przeciwieństwie do nich nie bawi się nawet okazjonalnie w moralizatora.
„Chyba zjawiłem się na tym świecie, żeby wszystkich wkurzać i zniszczyć twoje czteroletnie dziecko”, śpiewa w jednej z piosenek. A nastolatki go uwielbiają – w ubiegłym roku album „The Eminem Show” był najlepiej sprzedającym się krążkiem, zaś raper zgarnął też kilka nagród MTV – i niestety biorą wszystko na serio. „Pal trawę, bierz piguły, wyleć ze szkoły, zabijaj ludzi i pij” – rapuje Eminem w „Role Model” („Przykład do naśladowania”). Muzyk krytyką się nie przejmuje. Powtarza, że trzeba mieć więcej niż 18 lat, żeby go słuchać, a poza tym wiele jego tekstów jest po to, aby wstrząsnąć ludźmi. – Każdy, kto ma choć pół mózgu, jest w stanie powiedzieć, kiedy żartuję, a kiedy mówię poważnie – twierdzi.
Jednak do kontrowersji wywoływanych przez bożyszcze nastolatków zdążyliśmy się przyzwyczaić. Toteż gdy w listopadzie ubiegłego roku na ekrany kin w USA wszedł jego debiutancki film „8. mila”,

czekano na skandal.

A tymczasem krytycy popadli w konsternację. W najpoważniejszych tytułach prasowych recenzowano na wyścigi zdolności Eminema aktora – a nie Eminema muzyka, któremu zdarzyło się zagrać w filmie. Rozgorzała nawet debata: przypomina w tej roli Jamesa Deana czy nie?
Scenariusz filmu to amerykański mit „od pucybuta do milionera” w czystej postaci, w którym przezwyciężanie słabości i talent prowadzą prostą drogą do sukcesu, niezależnie od koloru skóry. Wytwórnia filmowa nie mogła przecież liczyć tylko na miłośników hip-hopu. „Młody gniewny” zderzył się z machiną Hollywood, gotową połknąć wszystko i przerobić to na strawną papkę. W takiej konfrontacji nawet po artyście, który chwali się, że „mówi to, co myśli, do kogo chce, gdzie, kiedy i jak chce”, mógłby nie pozostać nawet ślad. Ale Eminem

wychodzi z niej obronną ręką.

Potrafi skupić na sobie uwagę widza, nie odsłaniając do końca tajemnicy swego bohatera. Stąd porównania z Deanem, który w podobny sposób łączył zewnętrzną agresywność z ukrytą wrażliwością.
Eminem odżegnuje się od analizowania filmu jako jego biografii, choć trudno traktować inaczej historię białego rapera z jego rodzinnych stron. Życiorys ten został tu dość poważnie wygładzony, a chwilami zakrawa na hagiografię. I tak, choć Eminem był znany z wymachiwania bronią na ulicach, Rabbit ostro beszta swego kolegę, gdy ten wyciąga broń. Eminem przeklina swoją matkę i twierdzi wręcz, że dla niego jest martwa, Rabbit staje w obronie rodzicielki, gdy atakuje ją jej były chłopak. Eminem często nie przebiera w homofobicznych epitetach, Rabbit staje w obronie homoseksualisty. Eminem się narkotyzuje, Rabbit ma nieźle poukładane w głowie.
Przewidywalna dosyć opowieść zasługuje na uwagę dzięki charyzmie odtwórcy głównej roli, reżyserii Curtisa Hansona (m.in. „Tajemnice Los Angeles”) i sugestywnym zdjęciom. Rytm i atmosferę opowieści wyznacza rap – żywa sztuka powstająca dosłownie na ulicy, bo rapują robotnicy w fabryce i kumple na imprezach.
Eminem zamieszał recenzentom w głowach do tego stopnia, że kilku z nich uznało go za czarnego konia oscarowych nominacji. Jednak w bibliach przemysłu rozrywkowego, takich jak pismo „Variety”, nikt nie bierze go poważnie pod uwagę. Akademia musiałaby znacznie odmłodnieć, a ponadto mogłaby nie zdzierżyć podziękowań Eminema. Nobliwi akademicy mają więc nadzieję, że śpiewając: „Żegnaj Hollywood, nie jestem żadną p… gwiazdą” rzeczywiście tak myśli. Czas pokaże, czy mówi poważnie, czy to kolejna poza.

Wydanie: 4/2003

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy