Polacy czytają Czechów

Polacy czytają Czechów

Mariusz Szczygieł: Nie możemy pokazywać literatury czeskiej tylko w wersji piwnej i pociesznej – Polacy szukają humoru, pocieszenia, lekkości i refleksji nad życiem, która nie jest dołująca, a jeśli już jest przykra, to wentylowana dowcipem. Mnie się podoba, że literatura czeska jest szczera na temat Czechów. Potrafią opisywać życiowy czy historyczny konformizm i jednocześnie z niego i z siebie się śmiać – tak popularność literatury czeskiej w Polsce tłumaczy Mariusz Szczygieł, dziennikarz odpowiedzialny za ogromny wybuch naszego zainteresowania Czechami. Podobne wyjaśnienie podaje dziennikarz i tłumacz Aleksander Kaczorowski: – Myślę, że wielu z nas dogadza ta sielska wizja życia, zgoda na życie, takie, jakim ono jest, która w czeskiej kulturze ma niezwykle bogatą tradycję. Przy czym ta sielanka jest kontrapunktem dla poczucia totalnego absurdu: własnego losu, historii i współczesnego świata. Marta Rajchel pracowała jako dziennikarka, korektorka i bibliotekarka. Teraz wychowuje syna i pod pseudonimem Julia Orzech prowadzi popularny blog, na którym recenzuje książki, w tym napisane przez Czechów. Blogerka zauważa wzrost zainteresowania w Polsce literaturą czeską, która nie kojarzy się już wyłącznie z Hrabalem, Kunderą i Havlem. – Literatura czeska zaczyna być coraz bardziej doceniana przez polskich czytelników. Jeszcze do niedawna znałam niewiele osób, które potrafiły przytoczyć tytuł książki lub nazwisko pisarza z Czech. Na blogu teksty o literaturze czeskiej miały najmniej komentarzy, a jeżeli już, były to wpisy w stylu: „nie czytałam/łem nic z czeskiej literatury, może spróbuję?” – opowiada. Według niej, za zmianę tego stanu rzeczy odpowiadają małe wydawnictwa specjalizujące się w promocji nowych czeskich autorów. – Od pewnego czasu zauważam na blogach książkowych ruch wokół czeskich autorów. To zjawisko można już nazwać modą. Coraz więcej ludzi sięga po literaturę naszych sąsiadów i połyka bakcyla. Jeszcze do niedawna w zasadzie nie miałam z kim porównać wrażeń po lekturze, o dyskusji nie wspominając. Teraz mam grono stałych blogerów, na których zawsze mogę liczyć – mówi Marta Rajchel. A Šabach na to: „Dobra” Nie licząc kilku wyjątków, w największych polskich wydawnictwach na próżno szukać czeskich książek. Oficyna W.A.B. wznawia powieści Milana Kundery, a w maju polskiemu czytelnikowi zaprezentowała najnowszą powieść tego czesko-francuskiego już dziś pisarza zatytułowaną „Święto nieistotności” (w tłumaczeniu z francuskiego Marka Bieńczyka). Wkrótce, także nakładem W.A.B., ukaże się nowa książka Mariusza Surosza poświęcona Czeszkom. Popularność młodej czeskiej prozy w Polsce faktycznie więc zawdzięczamy niewielkim wydawnictwom prowadzonym przez pasjonatów. – W mainstreamowych wydawnictwach o programie decydują redaktor Excel i światowe listy bestsellerów. Byłem kiedyś dyrektorem w jednym z największych polskich wydawnictw i zapewniam, że nie jest to praca dla zapaleńców. Zresztą książki polskich autorów również wychodzą za granicą w niszowych wydawnictwach, w niewielkich nakładach. Pisarze z naszego regionu zaistnieli w światowym obiegu w latach 80. z przyczyn pozaartystycznych. Można powiedzieć, że zaczęło się od Kundery i na nim się kończy – stwierdza Aleksander Kaczorowski. Niedawno nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się napisana przez niego biografia „Havel. Zemsta bezsilnych”, w przyszłym roku – także nakładem oficyny z Wołowca – planowane jest wydanie biografii Bohumila Hrabala, nad którą Kaczorowski obecnie pracuje. Julia Różewicz – wnuczka Tadeusza Różewicza – od 2010 r. prowadzi wydawnictwo Afera specjalizujące się w publikacjach czeskiej prozy. Redaktorka studiowała bohemistykę we Wrocławiu, na ostatni rok przeniosła się do Pragi, gdzie grała w klubach jako didżejka. Tak poznała muzyków, znajomych popularnego pisarza Petra Šabacha. – A to był wtedy mój ulubiony czeski autor. Wzięłam więc numer jego telefonu, pomyślałam, że może kiedyś mi się przyda. Potem wróciłam do Polski, kilka lat pracowałam w firmie handlowej, gdzie codziennie użerałam się z czeskimi i słowackimi kontrahentami. W 2009 r. urodziłam synka i stwierdziłam, że nie chcę już pracować u kogoś. Przypomniało mi się, że mam gdzieś numer do Šabacha. Zadzwoniłam i mówię: „Jeśli mi pan pozwoli przetłumaczyć którąś ze swoich książek na polski, to specjalnie po to, żeby się ukazała, założę wydawnictwo”. A Šabach na to: „Dobra” – wspomina Julia Różewicz. Zanim tłumaczka zadzwoniła do Šabacha, próbowała bezskutecznie namówić na wydanie jego książki innych

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2015, 34/2015

Kategorie: Kultura