MON-u wiosenne porządki

MON-u wiosenne porządki

Gdzie Lipka nie może, tam babę poślą, żartują pracownicy MON, komentując decyzję o nominowaniu na podsekretarza stanu Jadwigi Zakrzewskiej. W koszarach malują na wiosnę krawężniki na biało, a u nas przemeblowania, mówią też MON-owcy.
Nominacja Zakrzewskiej wzbudza – rzecz ciekawa – relatywnie mało emocji, choć kobieta, która ma “rządzić” armią, to w polskiej tradycji ewenement. Ale nikt nie żałuje Roberta Lipki, którego miejsce zajmuje pani wiceminister. Jej poprzednik zasłynął jako birbant na długo przed kompromitującym występem w Grudziądzu, a także jako człowiek, który chwalił się, że przeczytał jedną socjologiczną książkę i to mu wystarcza, by kierować społeczną częścią MON.
Zakrzewska, która była wiceprzewodniczącą komisji obrony, nie zna się lepiej niż Lipka na wojsku (sama mówi, że wojsko zna, bo w Nowym Dworze Mazowieckim, gdzie jest burmistrzem, mieszka wielu wojskowych). Wtajemniczeni sugerują, że skierowana została do MON właściwie z łapanki. W Sejmie posłanka Zakrzewska musi zrezygnować z mandatu, czego nie chcieli zrobić inni potencjalni kandydaci. W AWS uznano na dodatek, że warto powtórzyć manewr SLD sprzed kilku lat, który nominował na to stanowisko Danutę Waniek, a potem mógł się chwalić, że ma w wojsku ministra-kobietę. Opinia publiczna przyjęła to świetnie, więc może i teraz tak będzie, kalkulują stratedzy AWS. Tym bardziej że Jadwiga Zakrzewska wchodzi do MON w stylu Lecha Kaczyńskiego, bo zapowiada, że doprowadzi do zaostrzenia ustawy o dyscyplinie wojskowej.
Czy pani wiceminister ma słuszne zamiary, mało się dyskutuje, bo wiadomo, że do wyborów i odejścia całego rządu nic zrobić nie zdąży. Korytarze MON pytają raczej, czy na rezygnację zdecyduje się szef resortu, Bronisław Komorowski. Naciska na to Marian Krzaklewski, a podobno i sam Komorowski boi się, że pozostając na stanowisku, może nie przejść prawyborów w Platformie Obywatelskiej i stracić szansę na mandat posła, a niewiele innego (niż posłować i politykować) potrafi w życiu robić.
Przygląda się temu z niepokojem wiceminister Tadeusz Diem. Podczas gdy pracownicy MON od dawna czekają na dymisję Diema, ten stara się doprowadzić do odwołania naszego przedstawiciela przy NATO, ambasadora
(i wybitnego fachowca) Towpika i załapać się na jego miejsce, zanim klęska AWS nie odeśle Diema do politycznej rezerwy. Wiosenne przetasowania w MON komplikują tę strategię.
Po cichu obserwuje to formalny pierwszy zastępca Komorowskiego, Romuald Szeremietiew, znany m.in. z tego, że chodzi na ćwiczeniach wojskowych w mundurze porucznika i równocześnie wymaga, by salutowali mu pierwsi generałowie, co robi z regulaminu armii kompletny groch z kapustą. Szeremietiew cieszy się, że tym razem nie on jest na tzw. widelcu, interpretują to podwładni. Powód do znalezienia się “na widelcu” zresztą jest. Szeremietiew zdobył właśnie habilitację w Akademii Obrony Narodowej. Potrzebna do tego rozprawa, napisana w stylu wypracowania, nie zawiera żadnych rewelacji czy oryginalnych myśli (dotyczy “Bezpieczeństwa Polski w XX wieku”), ale spośród 41 członków Rady Naukowej AON tylko (i aż) sześciu zdecydowało się głosować przeciw ministrowi, a dziesięciu na wszelki wypadek wstrzymało się od głosu.
I cóż z tego? Cytować jego dzieła nikt i tak nie będzie, a habilitacja da mu prawo do tytułu profesora i pracy w AON. Panie, strzeż nas od naszych strategów.

Wydanie: 15/2001

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy