Morze to skórzany fotel

Morze to skórzany fotel

Kontrowersyjny „Kieł” zaczyna się jak kino familijne: dzieci się bawią, a tata wraca do domu po pracy. Dalej mamy jeden z najoryginalniejszych filmów ostatnich lat

Informacja, że „Kieł” dostał nominację do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny, znacznie wykracza poza granice świata kina, sztuki i kultury. Wiąże się ona z całym naszym krajem, z jego nowym pokoleniem artystów, którzy mimo ciężkich czasów postępują zgodnie z mottem, że wszystko może się udać. (…) Sukces Giorgosa Lanthimosa jest oparty na ciężkiej pracy, talencie i na niczym nieograniczonym potencjale. Te właśnie cechy charakteryzują nowe kreatywne siły, które prowadzą Grecję w nową erę – siły, które wymagają naszego wsparcia – takimi słowami premier Papandreu zakończył posiedzenie rządu 25 stycznia br. Entuzjazmowi szefa rządu trudno się dziwić – oscarowa nominacja na krótko odciągnęła uwagę od problemów gospodarczych kraju. I skierowała ją na tamtejszą kinematografię, w której w ostatnich latach nie działo się nic szczególnego, co wykraczałoby poza komercję. Nie licząc dokonań Theo Angelopoulosa.
Statuetka Amerykańskiej Akademii Filmowej nie trafiła na Peloponez (tylko do Dunki Susanne Bier), ale „Kieł” już od ponad roku żył własnym festiwalowym życiem, wielce zresztą bujnym, z czego największym osiągnięciem była Nagroda Krytyki i Prix de la Jeunesse dla Lanthimosa na festiwalu w Cannes w 2009 r. W tym samym roku „Kieł” był pokazywany na Warszawskim Festiwalu Filmowym w sekcji „Odkrycia” i od tego czasu wielu widzów czekało na tę premierę.
Dla urodzonego w 1973 r. w Atenach Giorgosa Lanthimosa był to drugi film pełnometrażowy po debiutanckim tytule „Kinetta” z 1995 r. A między debiutem wczesnym a tym późniejszym reżyser realizował reklamy, teledyski i spektakle teatralne. Znalazł się też w ekipie przygotowującej otwarcie igrzysk olimpijskich w Atenach w 2004 r.

Powrót taty
Zaczyna się zwyczajnie, prawie jak kino familijne: dzieci wymyślają nową zabawę, a tata wraca do domu po pracy. I to tyle w kwestii normalności. Bo dzieci – choć trudno o nich myśleć inaczej – to już mocno zaawansowane nastolatki, a może nawet 20-latki, zabawa podszyta jest perwersją, a tata… Tata wymyślił o wiele bardziej przewrotną zabawę, i to długoterminową – niepodobne do niczego laboratorium kształtowania pociech. Wraz z mamą wychowuje dwie córki i syna w izolacji od świata zewnętrznego, w posiadłości otoczonej wysokim płotem, prawie bez kontaktu z innymi ludźmi. Pod prawie kryje się Christina, pracownica fabryki, w której dyrektoruje ojciec, przywożona do domu, żeby zaspokajać seksualne potrzeby syna. Tylko ona zresztą w tej greckiej tragedii ma imię i ona mimowolnie stanie się zarzewiem buntu, ale do tego jeszcze daleko. Tymczasem rodzeństwo nigdy nie wyszło poza wielki ogród z basenem, a ojciec wmówił dzieciom, że na zewnątrz czai się mnóstwo zagrożeń, np. zwierzę zwane kotem, że bezpieczne są tylko w samochodzie, a dom można opuścić dopiero wtedy, gdy wypadnie kieł – wszystko jedno, lewy albo prawy. Rodzice nadają też nowe znaczenie rzeczom, z którymi dzieci nie mają szansy się zetknąć, np. autostrada to silny wiatr, morze – skórzany fotel. Dziwnie? Oj tak, a to zaledwie początek łańcucha specyficznej edukacji, kontroli, systemu skromnych nagród i wyrafinowanych kar. Jednak te wszystkie środki „bezpieczeństwa” nie zabiją w zinfantylizowanej trójce zwyczajnej ludzkiej ciekawości świata.

Wszystkie szczęśliwe rodziny…
I tu odzywa się mistrz Tołstoj: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój własny sposób”. Tylko że do tej rodziny trudno przypisać kategorie szczęścia bądź nieszczęścia, dzieci nie znają tych pojęć, nie wyrażają uczuć słowami, dają im upust w zaskakujących zachowaniach, takich jak kanciaste tańce imitujące sceny z „Flashdance”. Zostaje więc „na swój własny sposób” – dziwaczne i perwersyjne metody, za pomocą których rodzice realizują to, co wydaje im się najlepsze dla dzieci. Dlaczego tak jest? To wielka tajemnica „Kła” – poznajemy skutki, ale nie znamy przyczyn, nie dowiadujemy się niczego o genezie założenia domowej sekty. Czy to chęć ochronienia dzieci przed całym złem świata, czy uzależnienia ich od siebie?
Lanthimosowi przypisywano inspirację słynną kilka lat temu sprawą Josepha Fritzla, który w piwnicy swojego domu w austriackim miasteczku przez lata więził córkę wraz z ich dziećmi z kazirodczego związku. Otóż to nie ten trop. Reżyser, a zarazem autor scenariusza, odżegnuje się od takich analogii – dzieci w „Kle” mają zapewnioną atrakcyjną przestrzeń i warunki do rozwoju, ale w granicach narzuconych przez rodziców. Sam Lanthimos w jednym z wywiadów przyznał, że najbardziej interesowało go, jak wielki wpływ można mieć na czyjś umysł i jak bardzo można kierować kimś, jeśli się go kontroluje od bardzo młodego wieku.
Dzięki niedopowiedzeniom oraz wieloznacznemu finałowi „Kieł” – zgodnie z intencją reżysera – otwiera liczne furtki interpretacyjne. Jedną z najbardziej kuszących, ale zarazem łatwych jest alegoria systemów totalitarnych. Film może być też satyrą na spokojne i dostatnie życie przedmieść, bo mimo całego zwichrowania i okrucieństwa nie brakuje w nim czarnego humoru. Może też być satyrą na modne koncepcje wychowania dzieci. Na naszym gruncie to prztyczek w nos zaciekłych obrońców wartości rodzinnych. Bez względu jednak na to, czego w „Kle” się dopatrzymy, to specyficzne kino, świeże i – mimo że narzuca skojarzenia chociażby z „Truman Show” Weira czy „Opowieściami podręcznej” Schlöndorffa – zupełnie inne. I albo fascynuje, albo odpycha.

Wydanie: 23/2011

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy