Moskala chlebem i solą

Z GADZIEJ PERSPEKTYWY

Czy Moskal może przemawiać w imieniu Polaków? – taki fundamentalny problem wyskoczył tuż przed krajowym kongresem Polaków mieszkających za granicą. Tym razem nie chodziło o narodowość moskalską, ale o skrytykowanie przez pana Moskala, prezesa największej w USA organizacji polonijnej, innego, zasłużonego działacza polonijnego – Jana Nowaka-Jeziorańskiego. No i o kwestie reprezentacji. Prezes Moskal ma otwierać swym przemówieniem zaplanowany od dawna Kongres Polonii. W obecności najwyższych władz państwowych, partyjnych i kościelnych. Po moskalowych słowach na temat Nowaka-Jeziorańskiego wiele opiniotwórczych mediów wezwało najwyższe władze RP do zbojkotowania Kongresu, jeśli Moskal wystąpi zgodnie z przyjętym programem.
Jan Nowak-Jeziorański uchodzi za autorytet patriotyczno-moralny wielu środowisk opiniotwórczych w naszym kraju. Ale nie wszystkich. Nie dlatego, że konkurujące z nim środowiska emigracyjne od lat oskarżają go o kolaborację z nazistami za to, że był zarządcą mienia pożydowskiego w czasie okupacji. Można przyjąć wyjaśnienia pana Nowaka-Jeziorańskiego, iż taka funkcja była “przykrywką” dla bojownika AK, można też w to nie wierzyć. Pan Edward Moskal uchodzi za przywódcę Polaków mieszkających w USA. Można jego mandat kwestionować, jak czynią to zwolennicy pana Nowaka-Jeziorańskiego, ale Moskal nadal jest najważniejszym prezesem Polaków zamieszkujących w USA.
Za czasów PRL-u organizacje polonijne skupiały rodaków zwykle wrogich wobec promoskiewskiego państwa i władz komunistycznych. Po 1989 r. obce tym organizacjom państwo upadło. Polacy z zagranicy raptem utracili wroga. Sens swego istnienia. Teraz nowego sensu dopiero szukają.
Tak jak w kraju, tak i na emigracji – gdzie trzech Polaków, tam cztery organizacje i sześć zdań odrębnych. Po dziesięciu latach od upadku “wrażej komuny” organizacjom polonijnym nadal trudno się zjednoczyć, przemawiać wspólnym głosem. Nie tylko wobec kraju, przede wszystkim wobec władz miejsca zamieszkania. Dodatkowo w ostatnich latach prawicowe, czyli – wydawałoby się – niezwykle propolonijne władze RP, alergicznie reagują na poczynania liderów Polaków mieszkających za granicą. W zeszłym roku media krajowe gremialnie skrytykowały przywódcę Polaków w Ameryce Południowej, pana Kobalyńskiego. Za jego krytykę kilku polskich ambasadorów. W odwecie pan marszałek Płażyński demonstracyjnie nie przyjął prezesa Kobalyńskiego w czasie swojej wizyty w Ameryce Południowej. Teraz media naciskają na polityków, aby ci zbojkotowali prezesa Moskala.
Dziwią mnie takie nadzwyczajne wrażliwości wśród naszych polityków. Pan Nowak-Jeziorański nieraz krytykował prezydenta Kwaśniewskiego i szefa SLD, Millera, a ci nie bojkotują go, nawet odwzajemniają się ciepłymi słowami. W Sejmie prawa strona regularnie oskarża lewą o kolaborację z Moskalami (d. ZSRR), a przecież premier nie bojkotuje Leszka Millera, a wręcz zabiega o jego względy. Dlaczego mamy stosować wobec Polaków mieszkających za granicą inne zasady?
Prezes Moskal ma mandat do reprezentowania Polaków w USA, pomimo iż reprezentuje nie akceptowane przeze mnie poglądy. Prezes Kobalyński też taki mandat posiada, pomimo iż chętnie mnie, jako “postkomucha”, by przeczołgał. Pan prezydent, pan premier i inni urzędnicy państwowi reprezentują wszystkich obywateli RP. Tych, którzy z Moskalem się nie zgadzają i tych, którzy nie uważają pana Nowaka-Jeziorańskiego za autorytet moralny. Nawoływanie do bojkotu obu prezesów przez władze niepodległej RP jest działaniem cenzorskim. Obowiązkiem prezydenta, premiera jest obu prezesów w kraju przyjąć chlebem i solą. Zaś w kwestii sporu pan Moskal – pan Nowak-Jeziorański, czy Kobalyński – ambasadorowie RP, pan prezydent i pan premier mogą wyrazić swoje zdanie. Przecież żyjemy już w wolnym kraju, gdzie każdy ma prawo do własnej opinii.

Wydanie: 18/2001

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy