A mówiłem im, żeby nie szli

A mówiłem im, żeby nie szli

Noc spędzili na szczycie w wykopanej czekanem jamce śnieżnej. O wyprawie na Elbrus z prof. Romanem Kuźniarem i Jackiem Krantzem.

Jeszcze w kwietniu br. mój dobry znajomy Roman Kuźniar, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, z którym 12 lat temu przeszedłem bardzo trudną (IV stopień) Zmuttgratt na Matterhornie (4478 m) w Alpach szwajcarskich, prosił mnie o zorganizowanie wyjazdu w Kaukaz, na Elbrus. Byłem na nim sześć lat wcześniej. Miał z nami jechać Jacek Krantz, dobiegający do emerytury leśnik z Ustrzyk Górnych.
W agencji Aerofłotu w Warszawie udało nam się kupić bilety na samolot z Moskwy do Nalczyka, stolicy rosyjskiej autonomicznej republiki Kabardyno-Bałkarii, na terenie której znajduje się masyw Elbrusu. 17 czerwca, od spotkanego po słowackiej stronie Tatr tamtejszego przewodnika, dowiedziałem się jednak, że cały rejon doliny Bakszanu (tzw. Prielbrusie) jest już od kwietnia zamknięty dla jakiegokolwiek ruchu turystycznego, jako że w lutym miały tam miejsce jakieś zamieszki etniczne, podkładano bomby pod hotele, uszkodzono kolejkę linową, wywożącą narciarzy oraz turystów na wysokość 3500 tys. m, na skraj lodowca spływającego od południa z dwuwierzchołkowego szczytu tej najwyższej w Europie (5642 m) góry, a nawet zastrzelono trzech turystów.

Wyjście w ulewę
Ponieważ mieliśmy już bilety, zacząłem szukać sposobu na realizację naszej wyprawy. Znalazłem agencję Elbrus Travel Service, mieszczącą się w niedostępnym obecnie dla turystów Terskole pod Elbrusem. Za 862 euro agencja ta zapewniła naszej trójce nocleg w hotelu Intourist w Piatigorsku, niezbędne zezwolenie na tę eskapadę oraz transport UAZ-em w rejon Elbrusu, od prawie zupełnie dzikiej strony północnej, dostępnej dla turystów poprzez wyryte buldożerem na zboczach gór, rozmyte deszczem drogi i lodowcowe potoki.
Organizacja wyprawy przez internet poszła nam gładko, ale sprawa lotu Moskwa-Nalczyk była trudniejsza. Prywatna linia lotnicza RusLine okazała się mało odpowiedzialna, odlot naszego samolotu z lotniska Domodiedowo kilkakrotnie przesuwano, w rezultacie opóźnił się ponad 20 godzin. Nocowaliśmy w odległym o 20 km od lotniska hotelu, zorganizowanym w dawnym zakładzie dla psychicznie chorych, w którym podobno leczył się sam Włodzimierz Wysocki.
Po noclegu w Piatigorsku, gdzie nad zadbanym miejskim parkiem góruje posąg Lenina, o godzinie piątej rano ruszyliśmy nowo budowaną autostradą przez uzdrowisko Kisłowodsk na południe, aby po przebiciu się przez trzy bezludne i bezdrzewne masywy górskie dotrzeć do bazy pod Elbrusem na wysokości ok. 2550 m. By się aklimatyzować, jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy w górę. Na wysokości ok. 2850 m, na płaśni zwanej giermanski aeroport (ponoć w latach 1942-1943 r. lądowały tu samoloty hitlerowskie), spotkała nas iście tropikalna ulewa – do bezludnego obozowiska na wysokości 3100 m niektórzy z nas dotarli kompletnie przemoczeni. Po południu słońce jednak znowu się pojawiło i nocowaliśmy już w suchym w namiocie. Następnego dnia, przy doskonałej pogodzie, z ciężkim plecakami dotarliśmy na wysokość ok. 3750 m, do bazy usytuowanej wśród skał wulkanicznych na skraju lodowca.
Ku naszemu zdumieniu była ona bardzo zaludniona, mieszkało w niej – w namiotach oraz w prowizorycznym blaszanym schronie – co najmniej 100 osób. Przy czym bardzo istotna różnica w porównaniu z obozowiskiem Prijut 11 na podobnej wysokości po południowej stronie Elbrusa: w bazie północnej jest bardzo czysto, miejscowi przewodnicy dbają, aby nikt nie zostawiał śmieci.
Przez następne dwa dni wszystko szło zgodnie z planem, 19 lipca podeszliśmy do wysokości 4600 m na wycieczkę aklimatyzacyjną do tzw. Skał Lenza. Po dniu odpoczynku zaplanowaliśmy na 21 lipca, na godzinę drugą w nocy atak szczytowy.
Ja tej nocy jakoś nie mogłem w ogóle spać, dusił mnie kaszel – skutek lekkiego zapalenia gardła, którego się nabawiłem przed samym wyjazdem, pijąc w Zakopanem zbyt zimne piwo. O godzinie pierwszej w nocy, dokładnie wraz z naszą pobudką, zaczął lać deszcz. Wychodząc z namiotu, by w chacie służby ratowniczej zrobić sobie śniadanie, widzieliśmy, jak w tym deszczu ruszają w górę z przewodnikami zespoły, które wstały już o północy. Przez godzinę przygotowywaliśmy się do wyjścia, ale deszcz nie ustawał. Widząc to, zacząłem nalegać, byśmy dzisiaj odpuścili wyjście, mamy jeszcze jeden dzień w rezerwie, może pogoda będzie lepsza – zwłaszcza że ani ja, ani Romek Kuźniar nie mieliśmy nieprzemakalnych kurtek, podchodzenie zaś w plastikowym „kondomie” za 5 zł to nie jest sposób na rozpoczynanie naprawdę wymagającego wyjścia o przewyższeniu niemal 1900 m.

Ratujcie doradcę prezydenta!
Koledzy jednak się uparli, jeśli inni poszli, to i oni pójdą, a zamoknięta kurtka wyschnie, gdy nocny deszcz przejdzie i wstanie słońce. No i oni na Elbrusie jeszcze nie byli. W rezultacie ja poszedłem znowu spać, a koledzy w pośpiechu, nie wziąwszy ode mnie ani kompasu, ani wysokościomierza, pobiegli za zespołami, które wyszły wcześniej, i dogonili je gdzieś na wysokości Skał Lenza. Nie na darmo Romek Kuźniar regularnie bierze udział w warszawskich maratonach.
Deszcz padał do trzeciej nad ranem, a gdy ustał, wygrzebałem się z namiotu po raz wtóry, by próbować podejść na wysokość 4800 m i obejrzeć wrak rozbitego tam przed kilku laty helikoptera. Doszedłem jednak tylko do pierwszych skałek na wysokości 4300 m, gdy zaczęło świtać, i wtedy odkryłem, że zapomniałem lodowcowych okularów. Miałem zatem czas, by dłużej posiedzieć i pooglądać wyłaniającą się z mroku imponującą panoramę bezludnego i bezleśnego górzystego kraju, w tym ogromnego zamarzniętego jeziora na wschód od Elbrusu.
Wiedząc że, koledzy idą wraz z grupami, które prowadzą wyposażeni w GPS-y przewodnicy, nie martwiłem się, gdy już ok. 11 rano Elbrus znowu zasłoniły chmury. Gdy jednak o siódmej wieczorem wrócił ostatni zespół (70-letni maleńki Japończyk z przewodnikiem), oznaczało to, że Romek Kuźniar i Jacek Krantz zostali na górze. Od jednego z przewodników dowiedziałem się, że rozmawiał z nimi pod samym szczytem i odradzał wchodzenie we mgle. Przez telefon satelitarny powiadomiliśmy służbę ratowniczą. By przyspieszyć akcję ratowniczą, podałem, że jednym z zaginionych Polaków jest doradca prezydenta Polski. Koło 11 w nocy chmury zasłaniające Elbrus zniknęły i przewodnicy w bazie zobaczyli dwa światełka migocące pod szczytem. Motywowana tą (niepewną według mnie) wiadomością ruszyła w górę ochotnicza grupa, złożona z trzech przewodników oraz dwóch młodych alpinistów z Kisłowodska, Jewgenija Akilowa oraz Jurija Abakena, z którymi zaprzyjaźniliśmy się wcześniej, jako że ich namiot stał obok naszego.

Walka o przeżycie
Rankiem 22 lipca była wspaniała pogoda, jednak woda w lodowcowych jeziorkach koło bazy solidnie zamarzła, co oznaczało, że w rejonie wierzchołka Elbrusu musiało w nocy być dobrze poniżej minus 20 stopni Celsjusza. Od lokalnych przewodników, wyposażonych w telefon satelitarny, dowiedziałem się, że helikopter ratunkowy przyleci z Nalczyka dopiero o godzinie dziewiątej (w Alpach akcje ratunkowe zaczynają się już bladym świtem). Helikopter rzeczywiście przyleciał, pokrążył nad Elbrusem i odleciał. Dopiero mniej więcej godzinę później przyleciał znowu, by zabrać do szpitala moich kolegów, którzy, jak się okazało, rano zeszli z miejsca swojego biwaku aż na w miarę płaski fragment lodowca już całkiem blisko bazy wysuniętej. Bardzo pomocni w tym zejściu okazali się spotkani przez nich na wysokości ok. 5000 m młodzi alpiniści z Kisłowodska.
Dopiero dwa dni później, gdy spotkałem się z kolegami w Żeleznowodsku, dowiedziałem się, że nie mogąc odnaleźć we mgle i wichurze swoich śladów podejścia, spędzili noc na szczycie w wykopanej czekanem jamce śnieżnej. Płachtę NRC porwał im wiatr, od przemarznięcia uratowało ich znalezione w śniegu nakrycie chroniące przed deszczem, zerwane z jakiegoś plecaka. Roman poprzymrażał po dwa palce u rąk, bo szedł w przemokniętych pięciopalczastych rękawiczkach. Była to prawdziwa walka o przeżycie, noc, w trakcie której mobilizowali się, by nie zasnąć, bo to byłby dla nich koniec.

W baśniowym świecie
W szpitalu w Piatigorsku Romek Kuźniar poznał rosyjskiego biznesmena polskiego pochodzenia, Stanisława Komockiego, prezesa Federacji Sportów Balonowych Kraju Stawropolskiego, a jednocześnie działacza regionalnej organizacji polonijnej. Leczył on tam lekkie urazy po wypadku samochodowym. Wychodząc ze szpitala, Komocki zaprosił całą naszą ekipę do siebie. Jego mieszkanie w Żelieznowodsku znajdowało się w zwykłym, odrapanym bloku tego znanego uzdrowiska, w którym przed niemal wiekiem leczyły się zarówno żona, jak i siostra Lenina. Dopiero po przekroczeniu progu mieszkania wchodziło się w baśniowy świat rosyjskich nowobogackich, z ogromną ilością luster, lastryko, mebli na wysoki połysk i z plazmowym ekranem telewizyjnym o szerokości połowy ściany jednego z chyba więcej niż pięciu pokoi. Dzięki znajomościom w sferach „lotów powietrznych” pan Stanisław szybko przebukował nasze bilety powrotne z nierzetelnej linii RosLine z Nalczyka na solidne połączenie z luksusowego lotniska w Mineralnych Wodach do Moskwy. Tutaj moimi poszkodowanymi kolegami zaopiekowała się polska ambasada, organizując im wieczorny przelot do kraju.

Wracając samotnie pociągiem do Polski, zastanawiałem się, dlaczego ta najpopularniejsza turystycznie część północnego Kaukazu wciąż pozostaje zamknięta. W Żelieznowodsku słyszałem, że to rząd Rosji, odcinając możliwości zarobkowania przy obsłudze turystów prostym Kabardyńcom, chce w ten sposób zmusić ten ponoć krnąbrny kaukaski naród do posłuszeństwa wobec dyktatu moskiewskiej oligarchii.


Autor jest doktorem filozofii, taternikiem, instruktorem alpinizmu i narciarstwa wysokogórskiego

Wydanie: 32/2011

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy