Chłodny wiatr z Berlina

Chłodny wiatr z Berlina

Zgrzyty w relacjach niemiecko-izraelskich

Korespondencja z Berlina

Kiedy w marcu jako powód przesunięcia wizyty Angeli Merkel w Waszyngtonie podano złą pogodę, obserwatorzy nad Sprewą zwietrzyli w tym znaki kryzysu dyplomatycznego. Do „zmian klimatycznych” dochodzi z reguły przed spotkaniami z przywódcami, którzy wcześniej obrzucali niemiecką kanclerz stekiem wyzwisk. Tymczasem podobne gesty pojawiają się ostatnio także w stosunkach z Izraelem, których pielęgnowanie Merkel nazwała w 2008 r. w Knesecie „niemiecką racją stanu”. 25 kwietnia szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel spotkał się w Izraelu z organizacjami pozarządowymi B’Tselem i Breaking the Silence, krytykującymi politykę osadnictwa na Zachodnim Brzegu (patrz ramka), co spowodowało odwołanie jego rozmowy z Benjaminem Netanjahu. W Niemczech reakcja premiera Izraela wywołała prasową burzę. Wyleczyła ona ze złudzeń tych, którzy wierzyli w lukrowaną wizję niemiecko-izraelskiego pojednania.

Kosz kanclerki

„Rząd federalny zbyt długo przyglądał się biernie procesowi przekształcania się Izraela w państwo autorytarne. Netanjahu stworzył w tym kraju klimat, w którym słowo pokój uznawane jest za obelgę. Gabriel zachował się poprawnie, był po temu najwyższy czas”, pisze Peter Münch, komentator „Süddeutsche Zeitung”. Z żarliwą obroną premiera Izraela wystąpił natomiast Nikolas Busse z „FAZ”, zwracając uwagę na „arogancki i nieprzyjazny gest” niemieckiego ministra. „Gabriel wykazał się brakiem wyczucia dyplomatycznego. Relacje niemiecko-izraelskie są czymś szczególnym, o tym wie każdy polityk w naszym kraju. W kwestii osiedli żydowskich między niemieckim i izraelskim rządem istnieje różnica zdań, ale chodzi o sposób, w jaki się ją akcentuje. Gabriel wybrał podejście konfrontacyjne”, ocenia Busse. Jego zdaniem spotkanie z przeciwnikami polityki osiedleńczej rządu kraju, który nie uchodzi za dyktaturę, jest publicznym afrontem.

Czy Niemcy w istocie straciły resztki swojej wrażliwości historycznej i – jak utrzymuje dwumiesięcznik „Foreign Policy” – pretendują do miana światowej stolicy arogancji? Warto przypomnieć, że w lutym Netanjahu w podobnej atmosferze odwołał spotkanie z premierem Belgii Charles’em Michelem. Sytuacja ta pokazuje, że napięcia na linii Berlin-Jerozolima narastają już od miesięcy, a gest Gabriela nie wynika jedynie z wyniosłości niemieckiego rządu. Wprawdzie impulsywny wicekanclerz zapowiedział, że będzie prowadził w MSZ ostrzejszy kurs niż jego poprzednik Frank-Walter Steinmeier, ale i znana z umiaru Angela Merkel zaostrzyła ton w sporze z Izraelem. Kanclerka do tej pory unikała każdego słowa, które mogłoby zostać przez Żydów odebrane jako prowokacja. A jeśli takie padło, niezwłocznie dążyła do poprawy relacji między krajem „sprawców” a ojczyzną „ofiar”.

Z reguły raz do roku przedstawiciele obu rządów spotykają się w Berlinie lub Jerozolimie na rozmowy bilateralne. W tym roku takie spotkanie miało się odbyć w połowie maja nad Morzem Martwym. W lutym jednak Merkel niespodziewanie odmówiła, zasłaniając się nadmiarem obowiązków w ramach niemieckiego przewodnictwa G20. Niemieckie i izraelskie media („Die Zeit” i „Haaretz”) zgodnie zaznaczyły, że „kanclerski kosz” był raczej aktem protestu przeciwko nielegalnej działalności osiedleńczej rządu Netanjahu na Zachodnim Brzegu.

Izrael jak Turcja?

Odpowiedź na pytanie, jakie reakcje pociąga za sobą krytykowanie izraelskiego rządu przez kraj, który dopuścił się Holokaustu, nie nastręcza większych trudności. – Załóżmy, że to, co się dzieje w Izraelu, wydarzyłoby się np. w Afryce, gdzie Niemcy nie mają żadnych wymiernych korzyści ani poczucia winy. Wtedy nasz rząd nie posiadałby się z oburzenia, ale w przypadku Izraela nam tego robić nie wypada. Ten zaś zręcznie niemiecką potulność wykorzystuje – twierdzi Leo Fischer, były redaktor naczelny pisma satyrycznego „Titanic”. Według niego w Niemczech dotychczas obowiązywała zasada, że wszystkie poczynania izraelskiego rządu mają być popierane, a w każdym razie tolerowane. – Netanjahu sądził, że jeśli trochę Niemcom pogrozi, to Gabriel zrezygnuje ze spotkania z antyrządowymi organizacjami. I też trudno odmówić tu logiki. Na szczęście się przeliczył – mówi Fischer. Trudno porównywać Izrael z Turcją Erdoğana, lecz niektórzy niemieccy dziennikarze już z lubością posługują się prześmiewczym określeniem „Recep Netanjahu”.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 20/2017, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 20/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy