Konflikt USA-Chiny jest nieunikniony

Konflikt USA-Chiny jest nieunikniony

I jedni, i drudzy do niego się szykują, rozgrywka o Tajwan już się rozpoczęła


Prof. zw. dr hab. Bogdan Góralczyk – politolog i sinolog, były ambasador w państwach Azji, wykładowca w Centrum Europejskim UW i jego były dyrektor. Autor tryptyku o Chinach: „Chiński feniks. Paradoksy wschodzącego mocarstwa”, „Wielki Renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje”, „Nowy Długi Marsz. Chiny ery Xi Jinpinga”.


Mamy świat, który wychodzi z pandemii, i Chiny, które wychodzą z niej zwycięsko. Zresztą to zwycięstwo, ponad rok temu, ogłosiły.
– W pierwszych dniach września 2020 r. Chiny ogłosiły zwycięstwo nad pandemią. Oficjalne dane mówią o 7,8 tys. ofiar śmiertelnych. A w Stanach Zjednoczonych, w chwili kiedy rozmawiamy, mamy 750 tys. ofiar COVID-19, czyli więcej, niż zabrały Ameryce I wojna światowa, II wojna światowa i wojna wietnamska razem wzięte. To niebywałe osłabienie.

Zwłaszcza na tle Chin.
– Poradzono tam sobie z pandemią kosztem izolacji, działań dla nas niewyobrażalnych. Chiny są zamknięte, bardzo brutalne są metody wpuszczania czy kwarantanny. Xi Jinping od 19 miesięcy nie wyjechał za granicę. Niewątpliwie sposób wyprowadzenia Chin z pandemii ośmielił władze. I drugi element, który jeszcze bardziej je ośmielił – Chiny w tym czasie poradziły sobie z kryzysem wokół Hongkongu, został po ich myśli rozwiązany, Zachód coś tam kwilił, ale nic poważniejszego nie zrobił. Dlatego mamy coraz pewniejsze siebie Chiny, coraz bardziej asertywne. I coraz częściej mówiące wprost: dotychczas wy nas pouczaliście, a teraz my pouczymy was.

Myśli pan, że niedawna zdalna rozmowa Joego Bidena i Xi Jinpinga też tak twardo przebiegała? Trwała trzy i pół godziny!
– Dobrze, że do tej rozmowy doszło, bo napięcie narastało. Tak długa, niespotykana rozmowa nieco je osłabiła, ale protokół rozbieżności pozostał, zderzenie bowiem jest trwałe, strukturalne. Amerykanom coraz trudniej przychodzi przełknąć fakt, że Chinom tak dobrze idzie, że rosną jako wyzwanie.

Skąd się bierze dzisiejsza asertywność Chin? Deng Xiaoping zalecał inny sposób postępowania.
– Kiedy Deng Xiaoping doszedł do władzy, Chiny dawały 4,5% światowego PKB, były słabe, biedne, zapyziałe, agrarne i komunistyczne. Ten sam Deng, po dziesięciu latach reform, gdy zwracał kraj ku globalizacji, kapitalistycznym rynkom, uważał, że nie może działać z otwartą przyłbicą. Natomiast gdy do władzy doszedł Xi Jinping, pod koniec 2012 r., gospodarka chińska pracowała już pełną parą. Chiny gospodarczo wyprzedziły Japonię. A w mentalności Chińczyka wyprzedzenie Japończyka gospodarczo to tak jak dla nas wyprzedzenie Niemiec. Czyli asertywność bierze się z pamięci, że Chiny to wielka cywilizacja, która popadła w sto lat narodowego poniżenia i dopiero ostatnie 40 lat wyniosło je na należne im miejsce, wyprowadziło na pozycję drugiego gospodarczego mocarstwa świata, a pierwszego handlowego. I coraz częściej mówiącego, że już niedługo będzie wiodącym państwem innowacyjnym świata.

Trzy marzenia na stulecie

Chiny zwiększają nakłady na badania.
– Bezustannie. To model wypracowany najpierw w Japonii, a potem przejęty przez cztery gospodarcze tygrysy – Koreę Południową, Tajwan, Hongkong i Singapur. Chińczycy podpatrzyli to z Singapuru i zaadaptowali.

Tak jak system selekcji od najmłodszych lat.
– Ten system był stosowany w Singapurze. Chiny go przejęły. Chodzi o to, żeby wyłapywać już w przedszkolu dzieci zdolne, ukierunkowane, a potem je prowadzić. Tak jak wyszukiwano sportowców w NRD. Trudne to dla nas do przyjęcia. Dlatego mówię, że chińska cywilizacja nigdy nie będzie uniwersalna, bo za dużo jest w niej tamtejszego uniwersum, tamtejszej specyfiki.

Jaki jest plan Chin na świat?
– Najpierw jest plan na Chiny. Ma go w myślach Xi Jinping – jako socjalizm o chińskiej specyfice w nowej erze. Docelowo ma być Wielki Renesans chińskiej cywilizacji. Ten plan to także kwestia Hongkongu, powiedzmy, że już załatwiona w czasie pandemii. Zostaje więc do rozwiązania kwestia Tajwanu, której Xi nie odpuści. Gdy Xi Jinping doszedł do władzy, powiedział, że chce chińskiego snu, chińskiego marzenia. Tylko wtedy nie wyjaśnił, o co konkretnie chodzi. Dwa lata później, w listopadzie 2014 r., przekuł te marzenia na dwa już konkretne cele na stulecie KPCh i ChRL. Przed pięcioma laty dołączył do tego jeszcze trzeci. Pierwszy cel zakładał, że do lipca 2021 r. Chiny zbudują społeczeństwo umiarkowanego dobrobytu. Przed paroma dniami ogłoszono, że to zostało osiągnięte.

Czyli zbudowano klasę średnią i liczy ona 600 mln ludzi.
– Teraz liczy 400 mln, ale za pięć lat ma być 600 mln. W Chinach nie ma dziś skrajnej biedy, takiej, że ludzie umierają z głodu. To niewątpliwy sukces władz. Drugi cel wyznaczony przez Xi Jinpinga – do roku 2035 Chiny staną się społeczeństwem innowacyjnym. Dziś są już mocarstwem gospodarczym i handlowym, a teraz chcą być technologicznym. Chodzi o sztuczną inteligencję, biotechnologię i systemy informatyczne. A także badania kosmosu.

Dla narodowej dumy?
– Nie! Dla metali ziem rzadkich (REE – rare-earth elements). To 17 pierwiastków, bez których nie ma rewolucji naukowo-technicznej. Chiny do niedawna miały niemal monopol na ich wydobycie, pozyskiwano tam ponad 90% metali ziem rzadkich. W tej chwili spadło to do 70%. Chiny przestały więc je sprzedawać. A teraz ruszają w kosmos, ich rakiety lądują na Księżycu, na Marsie. Idą merkantylnie – w poszukiwaniu ziem rzadkich. I jest jeszcze trzeci cel, na rok 2049, na stulecie ChRL – wtedy Chiny mają być kwitnącą cywilizacją, o socjalistycznym charakterze. Plan ten obejmuje jeszcze jedną kwestię, która dla mandarynów w Pekinie jest wewnątrzchińska – to Tajwan.

Oznacza to zderzenie z USA.
– Dla Amerykanów kwestia Tajwanu nie jest wewnątrzchińska, bo już podczas wojny koreańskiej zdefiniowali wyspę jako swój najbardziej wysunięty lotniskowiec na zachodnim Pacyfiku. Czyli mamy natychmiastowe zderzenie pretendenta z obecnym hegemonem. Na dodatek jeszcze przed pandemią weszliśmy w wojnę handlową USA-Chiny, wywołał ją w marcu 2018 r. prezydent Trump. Pandemia dodała do tego dwie wojny – medialno-propagandową i technologiczną, czyli Huawei i 5G. Amerykanie zrozumieli, że przegrywają z Chinami gospodarczo i handlowo, a jak przegrają technologicznie, to staną się mocarstwem drugiego rzędu. A nigdy w dziejach, to jest ta pułapka Tukidydesa, dotychczasowy hegemon bez walki pola nie oddawał.

Czyli wojna.
– Plan dalszy Chin pociąga za sobą konieczność ułożenia się, oby dyplomatycznego, a nie przez konflikt, z dotychczasowym mocarzem. Czy to się uda poprzez jakiś nowy kongres wersalski, czy będzie to wojna, nie wiemy. Papierkiem lakmusowym będzie sposób rozwiązania kwestii Tajwanu.

Pekin, Szanghaj czy Manhattan?

Czy Chiny mają plan na świat? Z pana książki wynika, że rozważane są rozmaite warianty.
– Nie mogą mieć do końca planu na świat, bo jest wiele znaków zapytania związanych z planem na Chiny, z zadaniami wewnętrznymi. Oprócz tych, o których mówiłem, przed krajem stoją wielkie zagrożenia. Pierwszym jest koniec dywidendy demograficznej. Japonia się zmodernizowała, zanim się zestarzała, a Chiny się starzeją, a jeszcze swoich celów na stulecie nie zrealizowały.

Odeszły od polityki jednego dziecka. Można mieć więcej.
– Już jest polityka trojga dzieci, a młodzi Chińczycy nawet jednego nie chcą. Równocześnie oficjalne dane mówią, że na 100 dziewczynek jest 116 chłopaków. Czyli 16 chłopaków po urodzeniu z definicji nie będzie miało żony. Trzeba albo pojechać do Kraju Zabajkalskiego i wziąć za żonę Rosjankę, albo wysłać gang do Laosu czy Birmy i porwać stamtąd dziewczynę. Drugie zagrożenie – mimo wszystko jest nim rozwarstwienie społeczne. Różnica między wsią a miastem. Trzecie, akurat o tym jest głośno – bańka na rynku deweloperskim.

Może to wszystko zatopić bankructwo Evergrande.
– Rynek deweloperski daje jedną trzecią PKB kraju! To jest taka bania! Proszę sobie wyobrazić, że ceny luksusowego apartamentu w centrum Pekinu lub Szanghaju sięgają 80 tys. zł za metr kwadratowy. Czyli są wyższe niż na Manhattanie. I jeszcze jeden element – barierą wzrostu są wielkie konglomeraty państwowe, często deficytowe. A Xi Jinping nie ufa sektorowi prywatnemu i pompuje pieniądze w sektor państwowy. Jak to się zakończy? A i tak nie wymieniłem wszystkich zagrożeń, bo jeszcze jest kwestia środowiska naturalnego.

Albo zadłużenia wewnętrznego, wynoszącego od 270% do 330% PKB.
– Ono jest związane z sektorem deweloperskim. Bo ręka rękę myje. Lokalne władze chętnie oddawały działki pod zabudowę. I powstały osiedla, w których nikt nie mieszka. Po złożeniu tego wszystkiego razem okazuje się, że wewnątrz Chin jest dużo do zrobienia.

Śpią w jednym łóżku, mają różne sny

A w polityce zagranicznej? Tu obserwujemy wiele działań Chin. Jest umowa 16+1, koncepcja dwóch jedwabnych szlaków (BRI).
– Historia mówi, że jeśli mocarstwo jest w fazie ekspansji, to potrzebuje zewnętrznych rynków. Ale Chińczycy wyszli z tymi planami, szczególnie z jedwabnymi szlakami, przedwcześnie. Obudzili Amerykanów, którzy zrozumieli, że zabawa się skończyła, że ekspansja Chin idzie dalej.

Indie, Japonia… Tam też zagrały dzwonki alarmowe?
– Indie wyłoniły się, tak jak Chiny, po kryzysie 2008 r. jako drugi najważniejszy wschodzący rynek. Narendra Modi i Xi Jinping, charyzmatyczni liderzy, obejmowali się, mówili, że będą chińskie inwestycje, współpraca itd. I mamy ostatnie dwa, trzy lata i walki na pograniczu z Sikkimem, a w czerwcu 2020 r. bitwę w dolinie rzeki Galwan, na pałki i kamienie. Zginęło 20 żołnierzy indyjskich i powróciły wspomnienia wojny z 1962 r. Efekt jest taki, że Indie wyłączyły się z forsowanej przez Chiny gospodarczej umowy współpracy regionalnej (RCEP). Równocześnie mówią, że jest nowa zimna wojna, i raczej skłaniają się ku Amerykanom. Z zainteresowaniem patrzą też na amerykańskie koncepcje – Indo-Pacyfiku, a przede wszystkim Quad.

Quad to sojusz wojskowy.
– To czterostronna współpraca o charakterze militarnym – Ameryka, Japonia, Indie i Australia. Jeszcze w latach 50. Mao i Nehru deklarowali, że Hindusi i Chińczycy będą razem. A potem mieliśmy konflikty zbrojne: Tybet w 1959 r., Kaszmir i chińskie mocne uderzenie w 1962 r. Nehru przez to szybciej zmarł, bo bardzo się przejmował tym, że go Chińczycy tak oszukali. Do dziś spory terytorialne między Chinami a Indiami obejmują obszar 130 tys. km kw.! Niemal połowa Polski! Dlatego Indiami trzeba się bardziej zainteresować, jak będą grały. Bo dotychczas grały rolę swing state, państwa obrotowego, co to raz z jednym, raz z drugim…

Zmienia się więc otoczenie Chin. Na niekorzyść dla Pekinu.
– Jedyny przyjaciel, jakiego mają Chiny, to Pakistan.

Indochiny też się boją wielkiego brata z północy?
– W Indochinach Pekin ma wasali – Laos czy Kambodżę. Wietnam za to jest w sojuszu z Amerykanami. I po co była wojna wietnamska?

A Rosja? Jak ona to rozgrywa?
– Drugim kluczem do otoczenia Chin, oprócz Indii, jest Rosja. Od traktatu w Nerczyńsku w 1689 r. do końca Związku Radzieckiego to Rosja, a potem ZSRR były wielkim bratem dla Chin. Jak Związek Radziecki się rozpadał, PKB jego i Chin były porównywalne. Dzisiaj PKB Chin jest osiem-dziesięć razy większe niż Rosji. I teraz pojawia się pytanie: jak długo Rosja chce być rezerwuarem zasobów surowcowych dla Chin? Ropy, gazu, drewna i tych dziewczyn z Kraju Zabajkalskiego? Moim zdaniem za Putina, wielkorusa, nic się nie stanie. Ale każdy, kto po nim przyjdzie, będzie musiał sobie to pytanie zadać: czy Rosja chce być młodszym bratem Chin i dostawcą surowców? I wtedy może nastąpić odwrócenie sojuszy. To, co Kissinger i Nixon zrobili z Chinami podczas rewolucji kulturalnej, tylko na odwrót.

Wydaje mi się, że w tej chwili Rosjanom nie opłaca się zajmować w sporze Chiny-USA stanowiska. Lepiej czekać na licytację, kto da więcej.
– I na czyją stronę wygrana się przechyli. Jak widzimy, Rosja jest w tej rozgrywce kluczowa.

W chińskiej polityce stałym elementem jest próba budowania świata wielobiegunowego. Europa miała być jednym z biegunów, bo to zmniejszało siłę USA, zmieniało sytuację.
– Szczególnie że z Indiami nie wychodzi, więc Chiny szukały trzeciego partnera. Teoretycznie mogłaby być nim Rosja, ale z Rosją jest jak w znanym chińskim przysłowiu: śpią w jednym łóżku, ale mają różne sny. W Pekinie zatem wyszło, że potrzebna jest Europa. Stąd te jedwabne szlaki.

Jedwabne szlaki są dobre dla Chin, ale dla Europy chyba mniej.
– Były już dwa szczyty jedwabnych szlaków w Pekinie, w 2017 i 2019 r., i miał być następny, ale przyszła pandemia. Z tego, co wiem, ten trzeci już nie będzie taki jak poprzednie, skupione na infrastrukturze, wielkich inwestycjach, tylko będzie cyfrowy, elektroniczny, coraz więcej będzie elementów ochrony środowiska, spraw klimatycznych. Oni uważają, że tym nas kupią.

Sznur pereł i pięcioro oczu

Na świecie z jednej strony są Chiny aspirujące do głównej roli, z drugiej USA, które się denerwują, bo świat, w którym były hegemonem, rozpada się na ich oczach. Jedni i drudzy szukają sojuszników.
– Ten proces budowania przez Stany Zjednoczone sojuszy o charakterze bezpieczeństwa jest w Polsce zupełnie niedostrzegany. Są trzy amerykańskie pomysły. Najbardziej luźny – Indo-Pacyfiku. Kiedyś mówiliśmy: region Azji i Pacyfiku, teraz pojawiło się pojęcie Indo-Pacyfiku. Chodzi oczywiście o to, żeby wkomponować Indie.

W co wkomponować?
– W sznur pereł wokół terytorium Chin. Z tym że na północy jest Rosja i Putin. Na razie ten sznur się nie domyka. Drugi pomysł sojuszu przeciwko Chinom to Five Eyes, pięcioro oczu, czyli współpraca o charakterze wywiadowczym liberalnych demokracji – USA, Kanady, Wielkiej Brytanii, Australii, Nowej Zelandii. Z tego wykuł się na naszych oczach AUKUS. Czyli zalążek sojuszu o charakterze wojskowym, pod egidą amerykańską, który automatycznie robi z Australii państwo jądrowe, bo daje jej pociski i napęd do okrętów podwodnych o charakterze atomowym. No i jest trzecia koncepcja, najciekawsza – Quad – czterostronnej współpracy: Stanów Zjednoczonych, Indii, Japonii i Australii. Pierwsze fizyczne spotkanie Quad odbyło się niedawno, 24 września, w Białym Domu.

Jak na te amerykańskie działania reagują Chiny?
– Chiny wyszły z dwiema kontrpropozycjami. Pierwsza to wniosek o przyjęcie do TPP, Transpacyficznego Partnerstwa. Tam jest 11 państw, m.in. Japonia, Chile, Singapur; Trump z tego wyłączył Amerykę, więc USA tam nie ma. Teraz zobaczymy, co się stanie z wnioskiem Chin. Druga propozycja związana jest z organizacją ASEAN. Potem skonstruowano ASEAN+3, czyli do dziesiątki tworzącej organizację doszły Japonia, Korea Południowa i Chiny lądowe, a potem zrobiono ASEAN+6, czyli poszerzono o Indie, Nową Zelandię i Australię. Na bazie tej struktury Chińczycy zaproponowali nową formułę – Regionalne Wszechstronne Partnerstwo Gospodarcze (RCEP).

Na wzór Unii Europejskiej, przynajmniej jej początków.
– Umowę podpisano w listopadzie 2020 r., webinar był w Hanoi. Indie się z tego wyłączyły, wyjaśniłem dlaczego. Ale i tak 15 państw, bez udziału Stanów Zjednoczonych, tworzy rozwinięte partnerstwo. Można rzec, Amerykanie budują sojusze strategiczno-militarne, a Chińczycy w odpowiedzi budują sojusze gospodarczo-handlowe.

Umowa RCEP zakłada współpracę w dziedzinie wysokich technologii, badań naukowych i szkolnictwa wyższego.
– Jak dobitnie pokazała pandemia, o przyszłości świata zadecydują nie handel i gospodarka, ale wysokie technologie. Tajwan daje 63% światowej produkcji półprzewodników. Gdyby Chiny z Tajwanem się połączyły, byłyby numerem 1 pod każdym względem.

Uda się Xi Jinpingowi?
– Nie wiem, czy on sam do końca to wie. Choć wiem, że chce to przeprowadzić. Widzi też, bo sam o tym  mówił, że czas gra na rzecz Chin. Ich problemem jest to, że mają wąskie możliwości sojusznicze. Indie idą w inną stronę, Rosja ma inne sny, inni mogą być tylko podporządkowani, a wasal to nigdy nie jest wiarygodny sojusznik. Równocześnie jest sprawa Tajwanu. Jak to zostanie rozegrane – nie wiem. Poza jednym, że ta zagrywka się rozpoczęła i jest w toku.

Fot. Reuters/Forum

Wydanie: 48/2021

Kategorie: Świat, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy