Muzyka na kwarantannie

Muzyka na kwarantannie

Muzycy przywykli do niepewności. Musimy być elastyczni. To nas ratuje.

Z producentem, twórcą festiwalu producentów muzycznych Soundedit, Maciejem Werkiem, spotkałem się kilka tygodni przed wydarzeniem, które okroiła epidemia. – Pod koniec lutego wracałem z Londynu ze spotkania branżowego. Przygotowywałem się do wyjazdu na największe targi muzyczne na świecie w Los Angeles. Miałem być jedynym polskim delegatem. Mnóstwo spotkań dotyczących organizacji festiwalu Soundedit było już umówionych, m.in. z Hansem Zimmerem. I wszystko zostało brutalnie przerwane. Ta sytuacja jest dla całej branży fatalna – Werk nie kryje rozżalenia.

Muzyk, producent i menedżer Hubert Kozera, który współpracuje z Tymonem Tymańskim i Johnem Porterem, też dobrze zapamiętał początek lockdownu. – Graliśmy z Johnem koncert pod Szczecinem. Następnym przystankiem miała być Warszawa. Zaczęły spływać mejle i wiadomości o przełożeniu lub odwoływaniu tras.

Inaczej było w przypadku Piotra Kolasy, muzyka sesyjnego i perkusisty Samokhin Bandu. – 11 marca graliśmy jam session w klubie Pop’n’art w Łodzi. Potem u naszego pianisty zdiagnozowano koronawirusa. Wszyscy muzycy udali się na dobrowolną kwarantannę. Przez trzy dni usiłowaliśmy zatelefonować do sanepidu. Nikomu się nie udało – opowiada.

Wysoka, zabytkowa kamienica przy ulicy Rewolucji w Łodzi. Odwiedzam muzyka i performera Sławomira „Słonia” Maciasa, który współpracował z Mirą Kubasińską. Stara się reaktywować w nowym składzie zespół Rambo Jet. Na podłodze leżą kable, mikrofony, pokrowce od gitar i wzmacniacze. W kącie perkusja. – To moja sypialnia, tu wczoraj graliśmy próbę. Szczęście, że nie mam obecnie sąsiadów i możemy w miarę cicho podgrywać, powoli przygotowując materiał, i czekać na lepsze czasy. Sala prób tak jak wiele innych rzeczy kosztuje. Część znajomych bez poduszki finansowej musiała się przebranżawiać. Niektórzy zaczęli rozwozić pizzę. Szybko wszyscy uświadomili sobie, że nie będzie fajnie. Zarabiać przestali muzycy weselni i sesyjni, angażujący się w ambitne projekty. O wielkich koncertach nie wspominam – mówi.

Megaproblem

Wielkie koncerty odbywały się w łódzkiej Atlas Arenie. To trzecia (nie licząc Stadionu Narodowego) po krakowskiej Tauron Arenie i gdańskiej Ergo Arenie hala widowiskowo-koncertowa w Polsce. Po obiekcie oprowadzają mnie pracownicy. Szatnie świecą pustkami. Na płycie głównej stoją w rzędach jednoosobowe stoliki. – Mieliśmy w tym roku ambitne plany koncertowe. Zdążyliśmy zorganizować występ Agnieszki Chylińskiej, a na horyzoncie był koncert Céline Dion. Chwilę po Chylińskiej wszystko zamarło – wspomina dyrektor marketingowy spółki Mikołaj Habit. – Co w tym miejscu robią stoliki? – pytam. Habit: – Przede wszystkim musieliśmy błyskawicznie skupić się na cięciu kosztów, co odbiło się na pracownikach. Musieliśmy pożegnać się z co piątym. Zaczęliśmy przestawiać działalność. W tych kilkuset ławkach zasiądą studenci przystępujący do egzaminów lekarskich. Mieliśmy mieć wielotysięczne występy gwiazd, a mamy egzaminy.

Karol Sakosik, rzecznik prasowy Atlas Areny: – Tylko koncert Céline Dion miał pięć potencjalnych dat, w których mógł się odbyć. Ostatecznie został przeniesiony na przyszły rok. Organizacyjnie wiąże się to z olbrzymimi problemami. W przypadku Céline Dion konieczne jest znalezienie dogodnych terminów w krakowskiej Tauron Arenie i zgranie jej z następnym występem w łódzkiej Atlas Arenie. Dość powiedzieć, że wszystkie bilety na te wydarzenia wyprzedały się na pniu.

Branża muzyczna w Polsce generuje każdego roku przychody rzędu 3,5% PKB, więcej niż górnictwo i rolnictwo. Maciej Werk: – Pamiętajmy, że koncert to nie tylko czterech, pięciu gości, którzy wchodzą na scenę. Na event składa się obsługa techniczna i sceny, ludzie odpowiedzialni za światła, widownię. Do tego management i ochrona. Część ludzi już jest stracona dla branży. To będzie mieć konsekwencje. Kolega próbował poskładać do kupy festiwal w Opolu. Okazało się, że wielu techników zmieniło profesję.

Z realizatorem Maciejem Mularczykiem spotykam się w hali klubu Wytwórnia. – Problem jest ogromny. W Wytwórni ostatni duży koncert był 12 marca. Jestem odpowiedzialny za dźwięk. Realizuję wydarzenia w całym kraju, ale przez kwartał miałem zero dochodów. Zero imprez, zero koncertów, nic się nie działo.

Od muzyków, z którymi rozmawiam, słyszę, że poważnym problemem są pobrane kredyty, leasingi  i pożyczki na sprzęt, który miesiącami stoi w magazynach.

Maciej Mularczyk potwierdza: – Chyba w najgorszej sytuacji znalazły się firmy, które stawiają na technikę. Od kilku dobrych lat mamy parcie na jakość. Sprzęt ma być najnowszej generacji. Nie tylko sam występ artystów ma być satysfakcjonujący, parametry techniczne także. Dramat polega na tym, że sezon letni, który przynosi dochody poprzez duże eventy plenerowe, sponsorów, został wycięty.

W rozmowę włącza się Piotr, realizator i grafik: – Współpracuję z człowiekiem, który ma dużą firmę eventową w Bydgoszczy. Chwilę przed epidemią wziął kredyt i kupił ciężarówkę. Co teraz robi? Sprowadza materace ze Słowenii.

– Ludzie liczyli, że dzięki letnim żniwom spłacą kredyty. W wakacje miasta angażują większe pule środków na kulturę. W tym roku cała branża została brutalnie pozbawiona zarobku – Maciej Mularczyk kiwa głową.

Jak orkiestra na „Titanicu”

W okrojonym wydaniu zorganizowano tegoroczny Light Move Festival, podczas którego w Łodzi zwyczajowo budynki ożywają i stają się animacjami. Magistrat zdecydował się tylko na pokazy laserów i szperaczy. Jedyną stacjonarną konstrukcję złożoną z lampionów i świateł zainstalowano na rynku Manufaktury. Tam spotkałem się z producentem wydarzeń, Wojciechem Adamczykiem. – Branża eventowa jest specyficzna. Ludzie mają unikatowe umiejętności. Dlatego decyzje o przebranżowieniu bywają bardzo dramatyczne.

– Grałem jak orkiestra na „Titanicu”. Do końca – przekonuje performer i muzyk Krzysztof Skiba. Współzałożyciel Big Cyca jeździł wtedy z solowym spektaklem komediowym „Skiba ciągle na wolności”. – Jak się okazało, nie ciągle, bo mnie „zamknęli” w środku weekendowej trasy – wspomina. – Zamknęli prywatny klub działający przy lokalnym domu kultury. Mimo wyprzedanych biletów. Zaczął się lockdown, który z perspektywy czasu okazał się absurdem. Właściciele i pracownicy klubów muzycznych to kolejna grupa, która nie ma lekko. Mój kolega prowadzi Zgrzyt w Ciechanowie. Ze względu na obostrzenia mógł wpuścić na salę połowę ludzi, a koszty prowadzenia biznesu pozostają te same.

Walczymy o przetrwanie

Pytam o przyszłość branży muzycznej w dobie epidemii. Maciej Werk: – Cierpimy z powodu światowej histerii. W branży rozwijają się tylko nagrywanie i wydawanie płyt. Sam jestem tego przykładem. Po dłuższej przerwie zacząłem przygotowywać nowy materiał zespołu Hedone. Gdyby nie zamknięcie świata, prawdopodobnie nie miałbym czasu.

Krzysztof Skiba: – W tym roku nasza branża nie zarobi, walczymy o przetrwanie. Musimy postawić na elastyczność. Dotychczas imprezy były o ograniczonym zasięgu, ale dozwolone. Jakiś czas temu gościłem w Szklarskiej Porębie. Organizator zadbał o dystans i odpowiednie rozstawienie krzeseł.

Hubert Kozera: – W takich przypadkach imprezy często nie spinały się budżetowo. Na początku był bum na koncerty online. Pojawiły się występy darmowe, my zrobiliśmy normalnie biletowany w systemie pay per view. Możliwe, że branża otrzyma jakąś dodatkową pomoc od rządu. Na przykład zwolnienie z ZUS. Z Ministerstwa Kultury miały się pojawić dotacje. Konkretów brak.

Maciej Mularczyk: – Wszyscy chcieli robić koncerty, ale trudno je rozkręcić. Przychodzili tylko najwierniejsi fani. Poza tym ograniczenia miejsc. W Wytwórni mamy ok. 500, a wpuścić mogliśmy 150 osób. Jedni godzą się na niższe stawki, drudzy zaczynają wyprzedawać sprzęt. Problem dopiero się zaczyna.

Piotr Kolasa: – Muzycy przywykli do niepewności. Musimy być elastyczni. To nas ratuje. Potrafimy uprawiać partyzantkę.

Sławomir Macias: – Nadal nie ma imprez w halach widowiskowych, nie ma imprez miejskich. Czekamy.

Karol Sakosik: – Branża jest optymistycznie nastawiona do tego, co przyniesie 2021 r. Nam oprócz gwiazd typu Céline Dion, André Rieu czy Deep Purple udało się pozyskać nowe koncerty i widowiska multimedialne. Cieszymy się choćby na zespół Kiss mający odwiedzić Łódź w czerwcu.

Wojciech Adamczyk: – Też jestem optymistą. Myślę, że wszystko wróci do normy, a nawet będzie lepiej niż przed pandemią, że będzie odbicie. Mam nadzieję, że pozostaną z nami formy eventów rozwijane w trakcie lockdownu. Chodzi o wykorzystanie organizacji koncertów, targów i wydarzeń w formule online. Ale tylko jako dodatek. To sprawi, że niektóre lokalne eventy nabiorą międzynarodowego charakteru. A na razie wspierajmy pracowników branży muzycznej. Wielu z nich nie widać w kamerach.

Fot. Maciej Łuczniewski/REPORTER

Wydanie: 47/2020

Kategorie: Kultura