Muzyka żyletką cięta

Muzyka żyletką cięta

Nieznane nagranie Czesława Niemena

Rok 1974. W nowojorskim Bronksie rodzi się hip-hop, Amerykanie oglądają pierwsze odcinki „Kojaka”, na ekranach kin znaczące filmy: „Szczęki” Spielberga, „Chinatown” Polańskiego, „Widmo wolności” Buźuela i „Emmanuelle” Jaeckina. Ze Związku Radzieckiego wyrzucają Sołżenicyna, szwedzka Abba zdobywa światowe listy przebojów, umiera Duke Ellington. W Polsce ukazują się płyty Anny Jantar („Tyle słońca w całym mieście”), Breakoutu („Kamienie”) i Marka Grechuty („Magia obłoków”). Przestają istnieć Filipinki, znane m.in. z przeboju „Batumi”. Ukazują się „Emigranci” Mrożka, „Pan Cogito” Herberta oraz demaskująca nieludzkie praktyki koncernu Axela Springera książka Heinricha Bölla „Utracona cześć Katarzyny Blum”. Po raz pierwszy wychodzi amerykański magazyn „People”.
Ale nie tylko. W tym samym roku, 9 maja, na pierwszym piętrze warszawskiego klubu studenckiego Riviera zbiera się spory tłumek, by wysłuchać niezwykłego koncertu Czesława Niemena i młodych muzyków: Jana Błędowskiego (wybitnego skrzypka i lidera grupy Krzak), Piotra Dziemskiego (zmarłego w 1975 r. perkusisty, także grającego w Krzaku), Jacka Gazdy (gitara basowa) i Sławomira Piwowara (gitara). Wszyscy oni – dodatkowo z Andrzejem Nowakiem na fortepianie – tworzyli grupę Niemen Aerolit. Dopiero 33 lata później, właśnie teraz, zapis tego wydarzenia ujrzał światło dzienne pod postacią zapierającego dech w piersiach albumu zatytułowanego „41 potencjometrów pana Jana” (Polskie Radio). Dla tych, którzy kojarzą Czesława Niemena tylko jako wykonawcę przepięknych przebojów „Dziwny jest ten świat”, „Pod Papugami” czy „Sen o Warszawie”, będzie to szok, dla tych zaś, którzy widzieli w nim wizjonera muzycznego, płyta ta będzie kolejnym odkryciem. Gdyby Niemen nie robił kariery w Polsce, ten jego wyczyn A.D. 1974 byłby uwzględniony w kalendarium światowych osiągnięć muzycznych. Nie został uwzględniony…
Ów tytułowy „pan Jan” to Janusz „Kosa” Kosiński, znany dziennikarz muzyczny, dawniej związany z radiową Trójką, dziś z Antyradiem, którego Mistrz nazywał właśnie „Janem”. To on towarzyszył Niemenowi w przygotowywaniu tego nagrania, które w radiowych archiwaliach przeleżało trzy dekady. A było tak, jak relacjonuje „Kosa”: „Po nagraniu koncertu Czesław zadzwonił do mnie z pytaniem, jak wypadł jego występ, i zaproponował przesłuchanie taśm. W pokoju NO44 przy ul. Myśliwieckiej 3/5/7 zasiedliśmy przy stole mikserskim (o ograniczonych wtedy możliwościach technicznych) i zaczęliśmy słuchać. Muzyki było sporo, ale nie wszystko podobało się artyście. Jak wiadomo – bardzo wymagającemu, szczególnie w stosunku do siebie samego. Po kilkakrotnych przesłuchaniach (…) postanowiliśmy (…) pociąć ten materiał, skracając go o rzeczy, według nas, zbędne. Trzeba podkreślić fakt, że nie było wówczas komputerów i wszystkie montaże odbywały się „na żywym organizmie”. A więc żyletka lub nożyczki do cięcia taśmy we wskazanych miejscach oraz tzw. przylepiec, czyli taśma sklejająca dwa kawałki z muzyką. Pracowaliśmy w spokoju przez cały dzień, do 3.00 nad ranem, robiąc przerwy na obiad i kolację”… A tytuł wziął się stąd, że Niemen zapatrzył się na konsolę z kilkoma potencjometrami, stwierdził, że nagranie trwa 41 minut, a Jan, czyli „Kosa”, mocno się nad tym napracował. Potem na pudełku od taśmy odręcznie napisał: „41 potencjometrów pana Jana”.
W ’74 Czesław Niemen był w znakomitej formie artystycznej. Właśnie wrócił ze Stanów Zjednoczonych, gdzie dla CBS nagrał płytę „Mourner’s Rapsody”, która najpierw ukazała się w Niemczech, potem w Wielkiej Brytanii, a dopiero w 1976 r. trafiła na rynek amerykański. Kogóż tam nie było! Michał Urbaniak na skrzypcach, John Abercrombie na gitarze, Jan Hammer na bębnach, Rick Baird z legendarnej Mahavishnu Orchestra na gitarze basowej – wówczas czołówka światowego jazzu. Te wpływy słychać na „41 potencjometrów pana Jana”: improwizacja, pozamuzyczne porozumienie, dźwiękowe fuzje, to „coś”. Śmiem twierdzić, że jest na tej płycie niesamowita energia rodem z „Bitches Brew” Milesa Davisa (1969), wcale bym się też nie zdziwił, gdyby jakimś cudem wysłuchał tego Charles Mingus przed nagraniem słynnego albumu „Cumbia and Jazz Fusion” (1978). Niemen tu nie śpiewa, choć używa głosu (śpiewa scatem), przede wszystkim zaś gra na instrumentach klawiszowych – mellotron, moog czy klawinet pod jego palcami brzmią niezwykle.
„Kosa” w latach 90., podczas jednej ze swoich audycji, zaprezentował całość „41 potencjometrów” słuchaczom Trójki, ale tylko raz. Dopiero po latach dowiedział się od Małgorzaty Niemen, że z tej sesji nie zostało nic więcej – wszystkie obcięte żyletką fragmenty zostały wyrzucone na śmietnik. „Cięliśmy kawałek po kawałku – wspominał Kosiński – bywały to milimetry taśmy, czasami nawet z jednym dźwiękiem! I potem zgraliśmy poklejony materiał na nową, czystą taśmę. Te resztki spadały na podłogę, którą potem pozamiatano”… Dziś, po tych wszystkich latach, dzieło Niemena brzmi tak, jakby powstało wczoraj. Wyprzedziło epokę i – oby! – jeszcze zamiesza…

Czesław Niemen, 41 potencjometrów pana Jana, Polskie Radio SA 2007

 

Wydanie: 46/2007

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy