Na ratunek eurolandu

Na ratunek eurolandu

Europejski rząd gospodarczy, którego chcą liderzy Francji i Niemiec, nie zażegna kryzysu

Niemcy zarabiają coraz więcej, ale z obawy przed kryzysem ograniczają konsumpcję. Zamiast tego inwestują w nieruchomości i złoto. W następstwie tego niemiecka gospodarka niespodziewanie zwolniła. To złe wiadomości dla eurolandu, a także dla Polski, dla której zachodni sąsiad jest najważniejszym partnerem handlowym.
Jedna czwarta naszego eksportu trafia przecież do RFN. Nie trzeba przypominać, że jeśli Niemcy ograniczą zamówienia, polskie firmy stracą kontrakty i zostaną zmuszone do zwalniania pracowników. Republika Federalna jest lokomotywą europejskiej ekonomii i największym płatnikiem Unii Europejskiej. Gdy lokomotywa traci rozpęd, dygnitarze w Berlinie, a przede wszystkim zwykli obywatele, stają się znacznie mniej skłonni do dalszych miliardowych świadczeń na rzecz ratowania eurolandu.
Według danych, które 16 sierpnia opublikował europejski urząd statystyczny Eurostat, gospodarka RFN wzrosła w drugim kwartale tego roku o zaledwie 0,1%, znalazła się więc na krawędzi stagnacji (w pierwszym kwartale wzrost ten wyniósł 1,3%). Eksport niemiecki wprawdzie wciąż kwitnie, jednak zaniepokojeni zaburzeniami ekonomicznymi obywatele kupują mniej, ponadto doszło do ograniczenia inwestycji na rynku budowlanym. „To wielkie rozczarowanie”, ocenia analityk Jörg Lüschow z banku WestLB. Podkreśla też, że konsekwencje dla strefy euro mogą być tylko negatywne, można tu oczekiwać ekonomicznej stagnacji. Rzeczywiście, wzrost gospodarczy eurolandu w drugim kwartale wyniósł ledwie 0,2%.
Wzrost gospodarki Francji był bliski zeru.

Hiobowe wieści napłynęły

również ze Stanów Zjednoczonych, zmagających się z ogromnym zadłużeniem. W USA w wyższym stopniu, niż oczekiwano, wzrosła inflacja, ponadto znacznie zwiększyła się liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, zgłaszanych po raz pierwszy. W konsekwencji 18 sierpnia stał się kolejnym czarnym dniem na światowych giełdach. Niemiecki indeks giełdowy DAX poniósł największe straty od listopada 2008 r., załamał się także amerykański Down Jones. Ucierpiała giełda warszawska. Zdaniem ekspertów, nie było realnych powodów do aż tak dramatycznych spadków, jednak giełda to w znacznej mierze psychologia. Inwestorów na próżno oczekujących na dobre wiadomości ogarnia panika.
Eksperci amerykańskiego banku inwestycyjnego Morgan Stanley doszli do wniosku, że gospodarka światowa zmierza do recesji – obniżyli prognozy globalnego wzrostu w 2011 r. z 4,2% do 3,9%. Według dziennika „Wall Street Journal”, eksperci Banku Centralnego Stanów Zjednoczonych (Fed), są „bardzo zatroskani”, że kryzys w eurolandzie wpędzi w tarapaty banki europejskie, a potem w trudnej sytuacji znajdą się także ich filie w USA. Kryzys finansowy z 2008 r. może się powtórzyć.
Europejski Bank Centralny docenia powagę sytuacji. W ciągu zaledwie tygodnia kupił obligacje za 22 mld euro. Prawdopodobnie to papiery wartościowe Włoch i Hiszpanii, rozległych i ludnych krajów eurolandu, które także może dosięgnąć „grecka zaraza”. Wcześniej Europejski Bank Centralny zakupił państwowe obligacje za 96 mld euro – to także emisje rządów Grecji, Portugalii i Irlandii. W prasie można przeczytać złośliwe komentarze, że obligacje tych państw, obciążonych ogromnym długiem, to śmieci, których poza EBC nikt nie chce. EBC przyznał także nieograniczone kredyty bankom komercyjnym, aby uchronić je przed kłopotami. Pytanie, jak długo tej instytucji wystarczy środków na dalszą działalność ratunkową.
Burzę w eurolandzie próbują uspokoić kanclerka Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Oba te kraje słusznie są uważane za motor Europy.
Berlin i Paryż nie chcą dopuścić do tego, by wspólna waluta, najważniejszy projekt polityczny integracji europejskiej, została

porzucona i pogrzebana.

16 sierpnia po spotkaniu na szczycie w Pałacu Elizejskim Merkel i Sarkozy przedstawili swoje propozycje. Przewidują one powołanie europejskiego rządu gospodarczego, złożonego z szefów państw i rządów 17 państw eurolandu. Grupa ta będzie się spotykać dwa razy w roku, jego przewodniczącym zaś zostanie Belg Herman Van Rompuy, obecny przewodniczący Rady Europejskiej. Rząd europejski zajmie się koordynacją polityki ekonomicznej i finansowej. Kraje strefy euro powinny do jesieni 2012 r. uzgodnić wspólną dopuszczalną granicę zadłużenia, a potem zapisać ją w ustawach zasadniczych. Państwa eurolandu wprowadzą wspólny podatek od transakcji finansowych.
Berlin i Paryż zamierzają ściślej współpracować, rządy obu państw mają obradować razem nad budżetem. Od 2013 r. oba kraje wprowadzą taki sam podatek dla firm.
Szczyt nie dodał jednak otuchy inwestorom. Na giełdach doszło do szokujących spadków. Także komentatorzy nie kryją sceptycyzmu. Francuski dziennik gospodarczy „Les échos” stwierdził, że spotkanie przywódców Francji i Niemiec rozczarowało. Zdaniem komentatora gazety, Berlin i Paryż odrzuciły wzmocnienie Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej (EFSF) oraz stworzenie euroobligacji, czyli rozwiązań bardzo oczekiwanych przez rynki. EFSF może pożyczyć 440 mld euro, ale jeśli konieczne okaże się ratowanie przed bankructwem także Hiszpanii i Włoch, ta kwota nie wystarczy.
Dodajmy, że w sprawie euroobligacji (eurobonds), wspólnych dla wszystkich państw eurolandu, Sarkozy był mniej stanowczy niż Merkel, niemniej jednak w obawie o koszty dla niemieckiego podatnika szefowa niemieckiego rządu przeforsowała swoje nein. Chwali ją za to prasa w Niemczech. Dziennik „Leipziger Volkszeitung” napisał: „Tym razem nasza kanclerka nie ustąpiła. Nie będzie euroobligacji i dobrze. Niemcy, które przecież same są zadłużone i które niespodziewanie muszą uwzględnić słabnącą gospodarkę, nie mogą ponosić odpowiedzialności za długi całej Europy”.
Niemieccy publicyści zwracają uwagę, że europejski rząd gospodarczy, zbierający się tylko dwa razy w roku, pod przewodnictwem wprawdzie sympatycznego, ale bezbarwnego belgijskiego polityka, nie zdziała wiele. W europejskich stolicach poszła fama, że Sarkozy wystąpił z koncepcją przewodnictwa Van Rompuya przede wszystkim dlatego, by ograniczyć wpływy premiera Luksemburga Jeana-Claude’a Junckera, którego nie cierpi. Juncker jako przewodniczący grupy ministrów finansów państw eurolandu, nazywany jest „misterem euro”. Sarkozy chce, aby rolę tę przejął Van Rompuy, mający opinię polityka o ograniczonych wpływach.
Górne granice zadłużenia dla krajów eurolandu zostały wytyczone już w traktacie z Maastricht – i nie przestrzegał ich nikt. Trudno się spodziewać respektowania odpowiednich zapisów w ustawach zasadniczych, jeśli parlamenty w ogóle wyrażą na nie zgodę. Europejski

podatek od transakcji

finansowych możliwy jest tylko wtedy, gdy przyjmie go Wielka Brytania, nienależąca do eurolandu. W przeciwnym razie brytyjska gospodarka będzie uprzywilejowana. Londyn taki podatek zdecydowanie odrzuca. Można więc założyć, że i ta propozycja tandemu Merkel-Sarkozy się nie przyjmie.
Krytycy zwracają uwagę, że kluczowe decyzje dotyczące ratowania euro podejmowane są coraz częściej w instytucjach niemających legitymizacji w demokratycznych wyborach. Niemiecki wysokonakładowy tabloid „Bild”, skłonny do populizmu, ale wyczulony na nastroje społeczne, napisał dobitnie: „Czy ktoś w Niemczech głosował na Van Rompuya? Czy ktoś w naszym kraju dał mu prawo rozstrzygania kwestii na polu polityki gospodarczej, które mogą oznaczać dla niemieckich obywateli miliardowe obciążenia? Nie, żaden narodowy parlament nie dał mu legitymizacji. Człowiek, który w przyszłości ma określać europejską politykę gospodarczą, który przez to może mocno ingerować w nasze życie, jest funkcjonariuszem biurokracji UE, raczej wrogiej demokracji. Jeśli powstanie europejski rząd gospodarczy, oznacza to, że można w przyszłości zdobyć władzę polityczną bez demokratycznej legitymizacji. Demokracja działa inaczej!”.
Na brak demokratycznej legitymizacji działań na rzecz ratowania euro w łagodniejszych słowach zwraca także uwagę opiniotwórczy tygodnik „Der Spiegel”.
Wielu polityków, publicystów i ekspertów – w tym sławny (lub osławiony) inwestor (lub spekulant) giełdowy George Soros – wyraża pogląd, że euroland może ocalić tylko wprowadzenie euroobligacji wspólnych dla wszystkich krajów strefy euro, tak samo oprocentowanych. Tym samym kraje zadłużone, np. Grecja czy Portugalia, płaciłyby równie niskie procenty od swoich papierów wartościowych jak państwa o stabilnych finansach, Niemcy, Finlandia, Austria, oczywiście kosztem, i to niebagatelnym, tych drugich. Gabinet Merkel, a zwłaszcza liberałowie wchodzący w skład niemieckiej koalicji rządowej, jest temu zdecydowanie przeciwny. W ostateczności Berlin zrobi, co możliwe, aby ocalić euro, którego koniec może oznaczać przecież nawet nieobliczalny w konsekwencjach rozpad Unii Europejskiej. Można więc sobie wyobrazić, że Republika Federalna zgodzi się na eurobonds. Specjaliści podkreślają jednak, że euroobligacje można będzie wprowadzić dopiero po dokonaniu zmian w traktatach europejskich, po ratyfikowaniu ich przez parlamenty, a w niektórych krajach także przez obywateli w referendach. Zdaniem optymistów, ten proces prawny potrwa dwa lata, pesymiści twierdzą, że może nawet dziesięć. Jeśli nawet euroobligacje się pojawią, to za późno, aby ocalić wspólną walutę i ocalić Grecję, na której ratunek przeznaczono do tej pory dziesiątki miliardów, a która wciąż znajduje się tam, gdzie była przed rokiem – nad przepaścią. Bankructwo Grecji może zaś zapoczątkować efekt domina.
Czy więc rację miał amerykański ekonomista Milton Friedman, który już w 2002 r. twierdził, że euroland nie przetrwa pierwszego kryzysu, nie można bowiem wprowadzać jednej waluty dla różnych gospodarek bez wspólnych instytucji, kierujących polityką gospodarczą i finansową?
Niełatwo jest przewidzieć rozwój sytuacji. Być może rynki się uspokoją, rządy zadłużonych krajów zaś z sukcesem przeprowadzą radykalne programy oszczędnościowe. Paradoksalnie do ocalenia euro mogą walnie się przyczynić Chiny, które chcą zachowania europejskiej waluty jako alternatywy dla dolara i potajemnie kupują ją na rynkach finansowych.
Nie można jednak wykluczyć, że euroland pogrzebią jego obywatele. Wyborcy z zamożnych krajów – Niemiec, Austrii i Finlandii – mogą w końcu zdecydowanie odmówić dalszej pomocy finansowej państwom dłużnikom. Zwłaszcza jeśli Niemcom wypadnie uregulować greckie długi, które zagwarantowały. Z drugiej strony, oburzeni Grecy, Portugalczycy i Hiszpanie poprzez głosowania czy protesty społeczne mogą usunąć swoje rządy, narzucające im wciąż nowe drastyczne oszczędności. Tamtejsza młodzież, wśród której szaleje bezrobocie, raczej nie ma powodów, by kochać euroland.

Wydanie: 34/2011

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy