Na zimnym końcu świata

Na zimnym końcu świata

Północna Syberia, Kołyma. Przemierzyłem ponad 3,5 tys. kilometrów, z czego 600 pieszo

Północna Syberia. Przede mną skuta lodem rzeka Kołyma. Niegdyś miejsce zesłań Polaków. Ciągnę stukilogramowe sanie z całym dobytkiem. Z trudem oddycham. Przede mną piesza przeprawa przez syberyjską lodówkę.
Znalazłem się za pasmem Gór Czerskiego, w niewielkiej osadzie jakuckiej Sasyr. Nocuję w chacie myśliwskiej. Na zewnątrz temperatura minus 42 stopnie. Uszczelniona mchem chata jest idealnym miejscem, aby wysuszyć przepoconą odzież. W trakcie przeprawy największym zagrożeniem oprócz mrozu jest mój pot. Ciągnąc sanie, pocę się, mimo że mam na sobie tylko bieliznę siatkowaną, polar, bluzę windstoperową i cienką kurtkę z kapturem z futra jenota.
Próbuję przegryźć baton. Jest tak zmrożony, że mało co nie zostawiam w nim zębów. Ledwo otwieram termos. Zakrętka przymarzła. Po wcześniejszym piciu zostało kilka kropli. Wytrzymuję w bezruchu tylko cztery minuty. Podskakuję. Na dłoniach mam cienkie rękawiczki oraz grube polarowe. Żeby rozgrzać ręce, zakładam długie do łokci puchowe rękawice. Nie mogę utrzymać kijków, bo nie czuję palców. Kciuk zamykam w garści. Idąc, ciągnę jednocześnie sanie. Uderzam dłońmi o kolana. Pocieram rękawicą o rękawicę. Wkładam ręce pod pachy i między uda. Wszystko po to, żeby przywrócić krążenie krwi w zgrabiałych dłoniach. Taka akcja po każdym posiłku trwa do 20 minut.
Rejon Kołymy to najzimniejsze miejsce na Ziemi. W styczniu temperatury sięgają tu do minus 60 stopni. Myślenie w takich warunkach jest uśpione. Miejscowi żyją na granicy ludzkich możliwości, zwłaszcza gdy zapada noc. Mroźna i czarna. W styczniu trwa 22 godziny. W Jakucji znajduje się najzimniejsze miejsce świata – wioska Tomtor. W styczniu 2004 r. temperatura spadła tam do minus 72,2 stopnia. Tu nie ma globalnego ocieplenia.

Białe krematorium

Docieram nad Kołymę do niewielkiej osady Zyrianka. Niespełna dwa tygodnie temu, kiedy jechałem koleją transsyberyjską z Moskwy do Chabarowska, wyjaśniałem rozmówcom, że jadę na Kołymę. Wszyscy odpowiadali jednym zdaniem: – Oczień straszno.
Tutaj przyroda brata się z oprawcą. Na ogromnej przestrzeni dorzecza Kołymy, przekraczającej 2,5 mln km kw., rozlokowane były najokrutniejsze i największe łagry sowieckie. Nawet kiedy skończyła się II wojna światowa, informacja ta dotarła tu z opóźnieniem. Trzaskający mróz, lodowate wichry, piętrowe śniegi – dla wielu przymusowych więźniów praca w tych warunkach była zabójcza. Kto przeżył tu zimę był uważany za bohatera.
Kiedy na Kołymie odkryto złoto, Stalin zesłał tam byłych żołnierzy Armii Czerwonej, którzy jako jeńcy wojenni byli internowani w obozach hitlerowskich. Sowieci potraktowali ich jako zdrajców ojczyzny. Wysyłano ich do kopalń, aby wydobywali złoto. Pracowali po 12 godzin dziennie, w mrozie do minus 50 stopni. Norma na każdego więźnia wynosiła 15 kg złota. Za niewykonanie jej obniżano głodowe porcje chleba. O przetrwaniu w tych warunkach decydowały cechy psychofizyczne. Najlepiej wytrzymywali takie warunki niscy i szczupli. Dostawali tyle samo posiłku, a wymagano od nich mniej niż od rosłych i silnych mężczyzn.
Gdy w 1953 r. zmarł Stalin i powołano nowe kierownictwo partii, zaczęto stopniowo likwidować kołymskie obozy, zwalniano więźniów. Szacuje się, że łagry pochłonęły 2 mln istnień, w tym wielu Polaków.
Przewracam się, zahaczając o drut kolczasty. Świat poza drutami łagru właściwie nie istniał. Druty kolczaste obozów Kołymy mogły ogrodzić całą Polskę wzdłuż granic.
– Patrz pod nogi. Możesz nadepnąć na człowieka – mówi spod mocno naciągniętej na głowę kominiarki Krzysztof Szafran, współorganizator ekspedycji.
Wieczna zmarzlina Kołymy tak konserwuje zwłoki, że twarze pogrzebanych zachowują swój wyraz. Mimo upływu czasu można jeszcze się natknąć na taką ofiarę. Chociaż łagry są bolesnym wspomnieniem dla każdego, kto przeżył, Krzysztof ma również romantyczne skojarzenia z Kołymą. W 1991 r. odbył swoją pierwszą podróż w ten rejon Rosji i przywiózł dziewczynę, obecnie żonę. Tatiana przeżyła na Kołymie 30 lat! Przed naszym wyjazdem powiedziała, że nigdy tam nie wróci. – Dlaczego? – zapytałem podczas kolacji, gdy toczyliśmy nocne rozmowy o ekspedycji.
– Bo tam jest zimno! Zimno, które przeszywa, którego nie potrafi wyobrazić sobie nikt, kto tego nie doświadczył, tnące jak ostrze noża, niesłabnące przez wiele miesięcy w roku.

W bezkresnej bieli

W Zyriance jestem już czwarty dzień. Na kaloryferach suszę przepoconą odzież.
– Nie wiem, jak ty poradzisz sobie z potem i mrozem – Krzysztof jest przerażony moim wysiłkiem w tym mrozie. Marina Archipowa, która nas gości, wyjmuje mięso wsadzone między okna.
– Zamarzło na kość. Mało kto w zimie używa tu lodówki. Cała Kołyma to wielka lodówa – śmieje się.
Do kieszeni chowam baterie typu saft. Są zaprojektowane do pracy jako niskoprądowe. Podtrzymują zasilanie głównej baterii w telefonie satelitarnym oraz w latarce czołówce. Działają do minus 60 stopni i są odpowiednikiem sześciu baterii R20.
Do 10 półtoralitrowych butelek wlewam benzynę. Tyle powinno mi wystarczyć na trzy tygodnie. Będzie mi służyła w kuchence.
Docinam gumkę w rurkach stelażu namiotu. Mróz rozciąga wszystko. Łamią się plastikowe zapięcia w sankach, urywają się suwaki w zamkach od kurtek, pękają mocno naprężone stelaże w namiocie.
Ośmiotysięczna Zyrianka tonie w egipskich ciemnościach. To ośrodek wydobycia węgla kamiennego. W powietrzu wisi jasna, świecąca mgła. Kiedy człowiek przechodzi przez taką mgłę, robi się korytarz. W ten sposób można dostrzec, że ktoś wychodzi z domu i idzie drogą. Dzisiaj dzieci nie idą do szkoły. Kiedy temperatura spada poniżej minus 50 stopni, klasy I, II i III nie mają zajęć. Za zimno. Dzieci siedzą w domu.
Para z ust bucha jak z lokomotywy.
– Skąd idziesz? – Jakut, który wyskoczył z rozgrzanego urala, przygląda mi się, jakby zobaczył kosmitę. Mimo minus 47 stopni nie jest ubrany w kożuch jak większość mieszkańców Syberii. Na głowie czapa z soboli. Bez rękawic. Drelichowe ubranie zbielało od osadzającego się mrozu.
– Idę tam, gdzie kończy się rzeka.
– Do Czerskiego?
– Tak!
Nie może zrozumieć, po co to robię.
– Ciężko? Tutaj nie, ale na rzece nie jest łatwo. Głęboki śnieg – dodaje. – Idź szlakiem skutera śnieżnego.
– My nie jeździmy w takich mrozach nawet za miasto skuterami. Ręce przymarzają do kierownicy.
– Idź zimnikiem. To droga zrobiona na rzece – wyjaśnia. – Stamtąd jest 800 km do Czerskiego.
Posuwam się ciężko. Śnieg jest tak zmrożony, że czuję się, jakbym ciągnął dwie duże opony od tira, tyle że po piasku.
Lód na rzece jęczy jak stare wrota na wietrze. Olbrzymie zwały lodu nie ułatwiają przeprawy. Nogi się plączą, jakbym ciągnął sanie pod górę, a nie po płaskim terenie. Oczy i brwi bieleją od mrozu. W nosie pojawią się bryłki lodu.
Zasypane śniegiem brzegi wtapiają się w przestrzeń olbrzymiej rzeki. Tutaj Kołyma jest trzykrotnie szersza niż Wisła pod Warszawą. Rzekę dzielą liczne wyspy. Czasami trudno odróżnić, czy to wyspa, czy brzeg. Zatrzymuję się po czterech godzinach. Mroźny podmuch wiatru zapiera dech w piersiach. Wdychane powietrze kłuje w gardło jak żądło osy.
Zaczynam mieć problemy z palcami. Nie czuję kciuków. Robię częstsze postoje. Zazwyczaj co 30 minut. Opadam z sił.
– Daj, pociągnę ci sanie, jeszcze zdążysz się zmęczyć – namawia Krzysztof. Po 15 minutach ma dosyć. Pomaga Marcin Osman – fotograf ekspedycji. Po dziecięciu minutach odpada. Zaciskam zęby, ponownie napieram. Śnieg coraz głębszy. Przywiązujemy linę do siebie i w trzech ciągniemy stukilogramowe sanie. Po ośmiu godzinach i przejściu 18 km o zmroku dochodzimy do chaty myśliwskiej. W każdej chacie na Syberii jest piec. Ten piec to zbawienie, szansa przetrwania w mrozach Syberii. Rozgrzewa się po godzinie. Omal nie wkładam rąk do środka między rozgrzane kawałki drewna.
Taki piec uratował niejedno życie na Syberii.

Najważniejsze to napierać

Jestem sam na zimniku. Koledzy wrócili na skuterze do Zyrianki. Wracają do Polski. Zawiózł ich tutejszy myśliwy. Nasze drogi się rozeszły. Podążam dalej samotnie.
Każdy dzień to walka z samym sobą. Najgorsze jest wstawanie po nocy. Minus 45 stopni. Trzeba rozpalić kuchenkę. Zazwyczaj robię tak, że dwie noce spędzam w namiocie, a na trzecią staram się dotrzeć do jakiejś izbuszki, czyli domku rybaków lub tutejszych myśliwych, którzy zakładają wnyki na sobole.
Dzisiaj jest najzimniejszy dzień – minus 53 stopnie. Drzewa strzelają od mrozu.
Założyłem kurtkę puchową wraz z kamizelką. Moja maska na twarz co chwilę zamarza i czuję się jak w skorupie. Idąc, wentyluję się, żeby się nie zapocić. Wtedy w trakcie trzyminutowego postoju szybko mogę wyziębić organizm. Buty z pięciocentymetrowymi filcowymi wkładkami sprawdzają się dobrze, choć czasami marzną w nich palce. To za sprawą potu, który przedostaje się do najgrubszej skarpety. Wtedy wkładam chemiczne ogrzewacze między palce.
Zimnik ułatwia mi znacznie przeprawę. Lżej ciągnie się sanie po wygładzonym lodzie.
Zimą tą drogą podążają niezmordowane kamazy i urale. Zaopatrują w żywność oddalone od cywilizacji osady w całej Syberii. Niektóre z nich docierają na skrawek Czukotki, Przylądek Dieżniowa.
Robi się ciemno. Za sobą mam siedem godzin wędrówki, jakieś 23 km w nogach. Próbuję rozstawić namiot w głębokim śniegu. Wbijam śledzie w rzekę. Lód na Kołymie ma grubość do 4 m. Utrzymuje dwutonowe ciężarówki. Śledzie pękają. Namiot stoi tylko na rozciągniętych dwóch odciągaczach. Słabnę, robi mi się ciemno przed oczami. Czuję apatię. Mróz próbuje mnie otulić sennością. Benzyna w kuchence nie może się rozpalić. Podczas spalania wydziela się parafina, co przy tej temperaturze – a cały czas jest minus 45 stopni – od razu powoduje zatykanie dysz. Śpiwory zmrożone. Mam trzy. Jeden puchowy, dwa syntetyczne firmy Roberts. Syntetyczne sprawdzają się w warunkach północnych. Puchowy zbyt szybko nasiąka i traci właściwości termiczne. Po 10 minutach namiot się przewraca. Znowu próbuję wbić dwumetrowe śledzie. Nieostrożnie łapię przez cienkie rękawiczki metalowy śledź. Palec przymarza. Odrywam go i widzę, że jest biały! To moje pierwsze odmrożenie! Tym razem mam więcej szczęścia. Zza zakrętu rzeki migoczą światła. To kamaz na łańcuchach przekopuje się przez zwały lodu.
– Pomożecie? Zabierzecie mnie do pobliskiej chaty? Jest jakieś 10 km stąd.
Życzliwość ludzi na Syberii jest olbrzymia. Nikt nie pyta o zapłatę. Każdy się zatrzymuje, widząc mnie idącego przez te pustkowia. Wszyscy chcą pomóc, podwieźć. Tym razem korzystam z pomocy.
Aleksander opowiada, jak na Czukotce złapała go purga – syberyjska burza śnieżna.
– Śnieg w takiej zamieci uderza, tak jakby ktoś rzucał lotkami w twarz. Nie było widać nic nawet na pół metra. Wszystko tonęło w bieli. Kiedy skończyła się zamieć, zorientowałem się, że bak w kamazie jest niemal pusty. Na Syberii, kiedy jesienią zapala się silnik kamaza, tak może chodzić bez przerwy przez cztery miesiące. W trakcie przeprawy przez zaspy zgubiłem zapasowe kanistry z paliwem, które zazwyczaj trzyma każdy kierowca. Na zimniku na Czukotce są co 500 m postawione kije z odblaskową taśmą. Przez dwa dni zbierałem kije, żeby palić ognisko. Grzać się. Po trzech dniach dostrzegł mnie inny kamaz i zaholował do najbliższej osady – kończy kierowca.
– Marcin, weź szklankę z wódką i chleb – Jakut wlewa alkohol do ognia. – Wlej do ognia. Trzeba dbać o płomień. To jakucki zwyczaj.
Jakut mieszkający w tajdze zastawia sidła na sobola. – Żeby zrobić jedną czapkę, muszę złapać cztery sobole. To już nie te czasy, kiedy za sobole dobrze płacono. Teraz dostaniemy za sztukę marne 1,5 tys. rubli. Za to w Sankt Petersburgu dostaje się 5 tys.
Zajadam się stroganiną, surowym zmrożonym mięsem ryby. Jakut olbrzymim nożem ścina płaty ryby z grzbietu. Bez stroganiny i słoniny daleko nie zajdziesz na Syberii.
Na północy najważniejsza jest energia. Słonina ogrzewa, a ryba wypełnia. Myśliwi jadący na polowanie oprócz cebuli zabierają tylko rybę, słoninę i wódkę. Stroganina to podstawowy składnik pożywienia. Zajadają się nią nawet niemowlęta. Surowe mięso ryby zawiera wszystkie składniki mineralne i witaminy niezbędne dla organizmu. Jakuci twierdzą, że dostają po niej nową siłę.
Naprawiam sanie. Przetarły się płozy. Dużym problemem na zimniku są kamienie. Raz na dwa tygodnie przejeżdża tędy tutejsza drogówka. Sypie grawer, czyli żwir z kamieniami. Płozy sań przecierają się na nich. Rozpalam w izbie pieczkę i nagrzewam do 40 stopni. W tych warunkach mogę żywicą epoksydową, zabraną jeszcze z Polski, naprawić sanie.

Zapach cywilizacji

Do pięciotysięcznego Sriedniekołymska docieram po 16 dniach przeprawy. Miasteczko zostało założone przez Kozaków w 1644 r. Leży 1,3 tys. km na północny wschód od Jakucka. Latem można tu dotrzeć tylko barką lub samolotem. Ludzie chodzą z ręką przyciśniętą do ust. Chronią twarz przed zimnym powietrzem. W sklepie o nazwie Kołyma kupuję pomarańcze. Dla tutejszych mieszkańców to wciąż owoc delikatesowy. – Jabłka są na wagę złota, a co mówić o pomarańczach – wzdycha Liliana, Rosjanka ucząca matematyki w jedynej tu szkole.
Dzisiaj miasteczko się ożywia. Zbliża się Święto Niepodległości. Dzień Zwycięstwa nad Polską to w Rosji święto narodowe. W państwowej telewizji emitowany jest film ,,1612″.
– Marcin, to wasz? – Jakut wskazuje palcem na ekran. Michał Żebrowski gra główną rolę w filmie. Mój gospodarz wyschniętą myszą smaruje wodą płozy sań. – Lżej ci będzie ciągnąć – śmieje się. W parę sekund mróz szkli sanie. Postanawiam, że skorzystam z pomocy rosyjskich baptystów, którzy zmierzają Uralem do osady Kołymskoje.

W delcie Kołymy

Od Kołymskoje znowu ciągnę sanie. Przez ostatnie dwa dni mam doskonałe warunki pogodowe. Wędruję jednym z dopływów Kołymy, potokiem Staduchiną. W ciągu siedmiu dni przechodzę 180 km. Od miejscowego myśliwego dostałem skórę renifera. Zawsze ją kładę pod kolana, kiedy rozpalam kuchenkę i przygotowuję śnieg do stopienia. Tuż przed Czerskim zatrzymuje się kamaz.
– Podwieźć? – zagaduje Jakut. Jest tak pijany, że ledwo trzyma się na nogach. Namawia mnie, żebym przywiązał sanie do kamaza. Chce podciągnąć je do Czerskiego. Nieuważnie staje na rurki wykonane z włókna szklanego. Pękają.
– Co zrobiłeś?! – krzyczę.
– Ja zrobiłem? – bierze kij i rzuca się na mnie. Dostał białej gorączki. Jakuci tak jak Indianie z Ameryki Północnej dostają po alkoholu małpiego rozumu. Stają się nerwowi, nadpobudliwi i agresywni. Każdy rwie się wtedy do bijatyki. Bywają przypadki, że strzelają do siebie z karabinów.
– Spokojnie, spokojnie – mówię do Jakuta. Mało co nie dostałbym prosto w szczękę na środku Kołymy. Jakut wypija drugą butelkę wódki. Zasypia na tapicerce grzejącego się auta. Nie pozostaje mi nic innego, jak dojechać ostatnie 30 km kamazem z upitą ekipą kierowców.
W Czerskim od razu wchodzę do pierwszego napotkanego sklepu. Kupuję litr soku, kiełbasę i boczek, żeby nagromadzić trochę tłuszczu. W przedsionku sklepu zagaduje mnie Lena, urocza blondynka o niebieskich oczach.
– To ty idziesz pieszkom po Kołymie?
Potwierdzam. – Skąd wiecie?
– Ludzie mówią w całym miasteczku. Wiedzą z telewizji.
Będąc jeszcze w Zyriance, udzieliłem dla tamtejszej telewizji krótkiego wywiadu o mojej ekspedycji. Wiadomość o wyprawie Polaka poszła po całej Jakucji.
Lena wciska mi w ręce porcelanowego słonika: – To będzie twój amulet. Niech cię strzeże w dalszej drodze.
Na dodatek dostałem jeszcze buziaka. Życzliwość rosyjskich serc jest olbrzymia. Ludzie pomagają sobie, cieszą się każdym dniem. Nie zaobserwowałem czegoś takiego, wędrując przez ostatnie pięć lat po północnej Kanadzie. Tam pieniądze zaślepiły ludzką wrażliwość. Tu ludzie mają po prostu inną mentalność.
Spoglądam na senne miasteczko. Zastanawiam się, jak oni żyją: są tu cztery sklepy, które zaopatruje transport lotniczy i samochodowy, czyli niezniszczalne kamazy z Jakucka. Latem po Kołymie pływają barki, które z Magadanu dostarczają żywność. Lato zaczyna się w lipcu i w lipcu się kończy.
Zostaję zgarnięty z ulicy. Wojskowi doprowadzają mnie na posterunek straży granicznej. Ruscy pogranicznicy w mundurach stwierdzają, że przyszedłem na zimny koniec świata, aby sprawdzić, czy tutaj są jeszcze granice.
– Masz pozwolenie na przebywanie w strefie nadgranicznej?
– Nadgranicznej?
– Tak! Zdziwiony? – pyta kolejny pogranicznik.
Pokazuję swoje pismo z Intouristu, pozwolenie z Moskwy i kartę migracyjną do poruszania się na terytorium Rosji. To jednak nie wystarcza. Na szczęście naczelnik jest wyrozumiały i nakłada na mnie tylko karę w wysokości 500 rubli (ok. 50 zł). Mimo to muszę czekać na stosowne przepustki do poruszania się po tym terenie. Ponieważ właśnie przypadł Dzień Kobiet, pozwolenie dostanę dopiero po 10 marca.
– U was w Polsce również piją.
Uśmiecham się, zaczynam się tłumaczyć: – Ja sportsmien i nie piju. Nikt jednak nie słucha tych bredni.
– Pij, bo u was chleją tak samo jak u nas – dodaje kolejny pogranicznik.

W stronę Czukotki

Znowu mam przerwę w maszerowaniu. Do pierwszego miasta Czuktoki, Bilibino, dostaję się ponownie kamazem. To oaza Czukotki. Miasto jest zdecydowanie ładniejsze od wszystkich osad, jakie widziałem nad Kołymą. Jak mi powiedział jeden z miejscowych, Roman Abramowicz, gubernator Czukotki od 2000 r. do 2008 r., a teraz właściciel Chelsea Londyn, zrobił bardzo dużo dla tego regionu Rosji. Wybudował dom kultury, pałac sportów zimowych i Muzeum Czukotki, nieoficjalnie zwane muzeum Abramowicza. Nawet Magadan nie jest tak zadbany i kolorowy jak ta osada położona między górami. Firmy Abramowicza wzbogaciły Czukotkę. Zostaję zaproszony do tutejszej redakcji ,,Złota Czukotka”. Naczelna gazety prowadzi mnie do jedynej szklarni na półwyspie.
– Tutaj można się ogrzać nawet zimą. To jedyne takie miejsce na Czukotce. Spójrz na te pomidory.
– Czy dobrze wam się żyło za rządów Abramowicza?
– Czy dobrze? – zdumiona kobieta mruży oczy. – Co za pytanie – odpowiada z lekkim zdenerwowaniem. – Dzieci co roku wyjeżdżały z Czukotki nad Morze Czarne. Wszystkie miały dotacje. W większości sponsorowały to firmy Abramowicza.
– Kiedy po raz pierwszy Abramowicz przyjechał do nas już jako gubernator, miejscowe władze urządziły duży festyn na cześć głównego zarządcy Półwyspu Czukockiego. Abramowicz, mimo że zasiadł przy suto zastawionym stole, wziął tylko kawę. Przy pożegnaniu zwrócił się do władz: “Ja wam bardzo dziękuję. Płacę za kawę, a kto zapłaci za całe to przyjęcie?”. Nikt nie potrafił odpowiedzieć. Każdy wpatrywał się w swoje buty – opowiada redaktor Tamara. Od tamtego czasu Czukotka stanęła na nogi.
Teraz czeka mnie ostatni etap – bardzo ważny. Dla mnie w całej tej ekspedycji najważniejszy. Według wyliczeń ok. 300 km do przejścia śnieżną pustynią Czukotki. Niestety wszędzie szaleją purgi. Marzec to okres dużych zamieci. Ludzie w osadzie Mys Shmidta nad Oceanem Lodowatym czekają na samolot już miesiąc! Słaba widoczność uniemożliwia loty w tamten rejon. Czukotka jest wtedy odcięta od Rosji. Staje się końcem świata.
– To pustynia arktyczna – dodaje Irena Borisowna Pugacz współpracująca z redakcją.

Ostatni etap

Przemierzam Zatokę Czauńską. Mijam samochody, olbrzymie ciężarówki. Zmierzają do tutejszej kopalni złota. Wiozą ciężki sprzęt wydobywczy aż z Magadanu. W ciągu 12,5 godz. pokonuję 45 km po lodzie. Rekord. Śnieg jest tutaj jak w typowej Arktyce. Bardziej zbity, mniej szorstki. Lżej się ciągnie sanie. Docieram o 22.00 z latarką na głowie do jednego z oddziałów kopalni złota Kupał. To amerykańsko-kanadyjsko-rosyjska firma na dalekiej północy Rosji. Trudni się wydobyciem złota. Aktualnie zajmuje drugą pozycję w Rosji pod względem wydobycia tego kruszcu. Ledwo żyję, czuję kłucie w okolicy serca. To oznaki przemęczenia. Robotnicy dają mi zupę. Pierogi z mięsem dodają siły.
Następnego dnia docieram do Peweka, najdalej wysuniętego na północ miasteczka Rosji. Na przedmieściach poznaję Wiktora, jedynego zawodowego myśliwego, który jechał skuterem. Ma izbuszki nad brzegiem Morza Wschodniosyberyjskiego i w tundrze, poluje na rosomaki i dzikie renifery. Na swoim koncie ma upolowane trzy białe niedźwiedzie i parę brunatnych. Rocznie odstrzeliwuje 200 sztuk jeleni!
– Skąd idziesz? Sasyr to koło Gór Czerskiego – kręci głową. Nie może uwierzyć.
– Chodź do mnie, ogrzejesz się – zaprasza, mimo że miał jechać na tydzień w tundrę.
Kiedy rano wstałem, zobaczyłem w swoich butach grzałki. Takie jak kiedyś wkładano do kubków z wodą, żeby ją zagotować. Pytam, co się stało. On na to z żoną, że miałem mokre wkładki, dlatego mi suszą. Tacy są Rosjanie, życzliwi, niekalkulujący.
Jeszcze pięć dni temu była tu olbrzyma burza śnieżna. Wiatr wiejący z prędkością 50 m na sekundę wybijał szyby w oknach i zerwał dwie anteny satelitarne z poczty. W miasteczku jest jeszcze zamieć śnieżna i ogłoszono zakaz wychodzenia na wyspę Ajon, która jest końcem i celem mojej ekspedycji. Jutro mam spotkanie w biurze meteorologicznym, mają mi powiedzieć, kiedy pogoda się poprawi.

Mały biegun

Wyspa Ajon leży w zachodniej części wejścia do Zatoki Czauńskiej. Od stałego lądu dzieli ją zaledwie 30 km.
Ostatnia burza śnieżna zasypała całkowicie zimnik. Droga po morzu została zrobiona po to, żeby miejscowi kierowcy mogli dowozić węgiel do tamtejszej kotłowni. Ponieważ drogi nie ma, idę po paku lodowym. Zastanawiam się, czy w dobrym kierunku. Wszystko się zlewa ze śnieżnym otoczeniem. Nie ma żadnych wzniesień. Jak okiem sięgnąć wszędzie biel. W niektórych miejscach lód popękał, pojawiają się szczeliny. Widzę czarną wodę.
Wdrapuję się na wyspę Mały Rajman. Poczułem się jak polarnik z ubiegłego stulecia. Z radości wystrzeliłem dwie flary. Napotkani Czukcze wskazują mi drogę. Oddaliłem się od prowadzącego na wyspę zimnika jakieś 7 km w głąb morza. Czuję się osłabiony.
Ostatniej nocy musiałem połknąć parę kapsułek antybiotyku, gdyż w Peweku dopadła mnie po blisko trzech miesiącach przeprawy grypa. Rezygnuję z dalszej pieszej przeprawy. Opatulam się w skóry renifera i wsiadam na sanie. Swój dobytek doczepiam do sań Czukczów.
Na wyspie koło stacji polarnej stawiam polską flagę. Powiewa na wietrze w stronę bieguna północnego. Na fladze mam wpisy wszystkich ludzi, których poznałem w trakcie tej ekspedycji, od Magadanu aż po Morze Wschodniosyberyjskie. To ludzie są esencją syberyjskiej ziemi. Oni pomogli mi zrozumieć, co znaczy mieć otwarte serca dla innych.
– Za dwa dni nadejdzie burza. Wszystko wskazuje, że będzie bardzo silna – mówi Afiorow, naczelnik stacji. – Lepiej, jak szybko opuścisz wyspę, bo możesz tu koczować nawet kilkanaście dni. Parę lat temu burza trwała nieprzerwanie dwa tygodnie – dodaje badacz.
Wyspa Ajon była dla mnie małym biegunem północnym. Tak samo odległym od wszystkiego. Przemierzyłem ponad 3,5 tys. km, z czego 600 pieszo. Tutaj czas nadal stoi w miejscu, a śnieg zatarł wszelkie granice. Nawet ludzkie.

Wydanie: 42/2009

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy