Nadmuchiwacze balonów

Nadmuchiwacze balonów

Nie interesowała mnie, nie interesuje i interesować nie będzie funkcja zastępcy szefa „Wiadomości”, a nawet ich szefa – pisze Andrzej Kwiatkowski

Od kilkunastu dni codziennie czytam, jak zdecydowanie i skutecznie prezes TVP broni się przed wizją Andrzeja Kwiatkowskiego jako wiceszefa „Wiadomości”. Jestem mu za to wdzięczny. Zapewniam jednak, że niepotrzebnie traci energię na obronę przede mną, bo nigdy nie miałem, nie mam i mieć nie będę ani ambicji, ani ochoty, by zostać saperem. Nie tylko nie interesowała mnie, nie interesuje i interesować nie będzie funkcja zastępcy szefa „Wiadomości”, ale także nie interesuje i interesować nie będzie funkcja szefa. Nawet gdyby taką propozycję składał mi sam prezes TVP. Po prostu. Są dziedziny, które mnie nie interesują. Śmieszą mnie te pytania do prezesa, bo przecież wystarczyłoby zapytać mnie i nadmuchiwacze balonów nie musieliby się martwić o telewizję publiczną z Andrzejem Kwiatkowskim jako wiceszefem „Wiadomości”. Dopóki nikt nie zna prawdy, można balony nadmuchiwać.
Gdyby redaktor Piotr Lisiewicz zatelefonował do byłego „AWS-owskiego wiceministra spraw wewnętrznych Krzysztofa Budnika” i zapytał: „Czy jest prawdą, że Kwiatkowski nie wpuścił pana do studia?” – bredni by nie pisał („Gazeta Polska” z 26.06). Wiedziałby i on, i inni nadmuchiwacze balonów, że taki fakt

nigdy nie miał miejsca.

Gdyby chciał pisać prawdę, nie pisałby głupstw w rodzaju: „w 1994 r. Kwiatkowski zasłynął pomysłem zorganizowania talk-show z udziałem Mieczysława Wachowskiego”, bo wiedziałby, że na antenie Jedynki chodził cykliczny talk-show „Kariery-bariery”, a Wachowski, wtedy jedna z pierwszoplanowych postaci życia politycznego, wracający teraz po 11 latach do polityki, miał być jednym z kolejnych gości tego programu, do czego ówczesne kierownictwo Jedynki nie dopuściło.
Gdyby Lisiewicz zapytał autora programu „Opinie”, nie kłamałby swoim czytelnikom, że „w 1998 r. to Kwiatkowski podjął decyzję o zdjęciu z anteny programu Adama Pawłowicza”. Ale to kłamstwo pasuje mu do strategii opluwania, więc go nie weryfikuje.
Piotrowi Zarembie i Amelii Łukasik potrzebny jest do wyprowadzenia tezy, że Kwiatkowski po prezydenckiej debacie w 1995 r. dostał program, następujący skrót myślowy: („Newsweek” 02.07) „W 1995 r. podczas prezydenckiej debaty reprezentował interesy Aleksandra Kwaśniewskiego. Nieco później prowadził Tygodnik polityczny Jedynki, sztandarowy wykwit SLD-owskiej propagandy. Nawet wyrozumiała dla lewicy Gazeta Wyborcza uznała go za człowieka skompromitowanego. Zgodnie z prawdą, że na wędlinach zna się najlepiej masarz, na bułkach piekarz, a na cegłach murarz, wczorajszy Tygodnik polityczny Jedynki o nieuczciwości w życiu politycznym prowadził Andrzej Kwiatkowski – szydziła w 2000 r. komentatorka GW”.
Cudowna manipulacja. Owo „nieco później” to pięć lat. Pięć lat to szmat czasu. Ten komentarz „wyrozumiałej” dla lewicy „GW” pani Kublik napisała nie w związku z prezydencką debatą, lecz z toczącą się w tamtym czasie sprawą odszkodowań, jakie

telewizja musiała wypłacić

członkom zarządu, w tym mnie, za przerwaną bez powodu kadencję. Nawiasem mówiąc, sąd przyznał rację odwołanym, a nie telewizji, o czym „GW” nigdy swoich czytelników nie poinformowała.
Metoda zastosowana przez parę autorską w artykule „Bezład korporacyjny” jest obrzydliwa, ale czy można kopać się z koniem? Czy można polemizować z ludźmi, którzy prawdę mają w pogardzie?
Zastanawiam się często, jak to możliwe, że coś, co w innych krajach o większych niż nasza młoda demokracja tradycjach byłoby absurdem, u nas absurdem nie jest. Zarzut, że w 1995 r. brałem udział w debacie prezydenckiej Wałęsa-Kwaśniewski i to

przekreśla moją karierę

zawodową, w naszej rzeczywistości jest faktem. Nie obchodzi mnie, kto i jaki stosunek miał wtedy do Aleksandra Kwaśniewskiego. To prywatna sprawa każdego. Mnie, dziennikarzowi z zewnątrz, prezes telewizji Wiesław Walendziak zaproponował udział w najważniejszym, nie tylko medialnym, wydarzeniu 1995 r. Obok Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Andrzeja Urbańskiego, Jerzego Marka Nowakowskiego, Tomasza Wołka i Sławomira Zielińskiego.
Zaproponował mi udział w debacie prezydenckiej, którą sam prowadził. W tej debacie nie reprezentowałem „interesów” Kwaśniewskiego. Reprezentowałem wyborców. Trudno bowiem byłoby mi reprezentować interesy Aleksandra Kwaśniewskiego, którego – może to brzmi niewiarygodnie – poznałem osobiście dopiero po zaproszeniu mnie do udziału w debacie.
Czy jako dziennikarz, uczestnik debaty uchybiłem zawodowi,

skompromitowałem telewizję? Nie.

Pisanie dziś, że nie mogę zajmować takiego czy innego stanowiska, bo brałem udział w debacie, dowodzi tylko jakiejś paranoi obecnej w naszej rzeczywistości.
Zawsze uznawałem prawo szefa do doboru pracowników. Dziwiłem się, że Jan Dworak wyrzuca na śmietnik 2,5 mln widzów, oglądających co czwartek „Tygodnik”, ale przyznawałem mu rację, że w pierwszej fazie nie był to program dobry. Ciążył na nim fakt, że stworzono go – przypomnę – z trzech serwilistycznych („Sejmograf”, „Diariusz rządowy” i „Tydzień prezydenta”) programów.

Po dwóch latach ewolucji

był to mój program autorski, pod którym i dziś bym się podpisał. Było, minęło, ale nie zaproponowano od tamtej pory nic lepszego. Żaden program nie miał na „zejściu” takiej średniej.
Dziś, kiedy czytam, że grzechem Beaty Jakoniuk-Wojcieszak była kilkumiesięczna praca w „Tygodniku”, upewniam się, że świat zwariował. To był program na żywo, przygotowywany co tydzień od wtorku do czwartku przez pięcioosobowy zespół ludzi. Praca w „Tygodniku” świadczy tylko o tym, że Jakoniuk była sprawna i dobrze przygotowana. Ale taka wiedza o niej nadmuchiwaczom nie pasuje. Jest im niepotrzebna, bo utrudnia dmuchanie zamówionych balonów.

Wydanie: 28/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy