Co się z nami dzieje?

Co się z nami dzieje?

Liberum veto

Po dłuższym milczeniu, mimo marnego samopoczucia, piszę ten tekst pod wrażeniem „eventu medialnego”, a w moim odczuciu tragedii, jaką był atak na łódzkie biuro PiS, śmierć jednego człowieka i walka o życie drugiego (z poderżniętym gardłem).
Przedtem była śmierć Jana Pawła II, globalny kryzys gospodarczy zawiniony przez amerykańskich bankierów, katastrofa smoleńska, zamordowanie małego dziecka przez nieznanych rodziców czy opiekunów, którzy zwłoki biedactwa utopili, śmierć 18 ubogich ludzi stłoczonych w busie mającym zawieźć ich do pracy, ojcobójstwo dla pieniędzy mających umożliwić ojcobójcy wyjazd do Stanów, tego kapitalistycznego raju…
Jak dotychczas żadne z tych wydarzeń nie wstrząsnęło tak naprawdę społeczeństwem, politykami u władzy, Kościołem i mediami sprawującymi „rząd dusz”. Po doraźnym wyciszeniu

powracała wojna polsko-polska,

toczona od pięciu lat przez dwie rywalizujące ze sobą partie prawicowe, obie mieniące się chrześcijańskimi.
Co jeszcze musi się zdarzyć, abyśmy oprzytomnieli? Aby większość Polaków, demokratycznie wybierających swe władze, zrozumiała, że nie wystarczy wolność polityczna, by zapewnić równość-i-braterstwo, bez którego nie ma prawdziwej równości, bo ludzie dzielą się na silniejszych i słabszych, którzy nie dają sobie rady bez bratniej pomocy silniejszych? Bez braterstwa, o które apelowano w pierwszej fazie Wielkiej Rewolucji Francuskiej 1789 r. Kiedy uświadomimy sobie, że o prawdziwe braterstwo chodziło Chrystusowi, nie Drugiej Osobie Trójcy Świętej, tylko Człowiekowi, Żydowi, tak wrażliwemu i obdarzonemu tak szczególną intuicją, że o setki lat wyprzedził innych ludzi, w tym także wielu mieniących się prawowiernymi Jego wyznawcami, modlących się o Królestwo Boże, to znaczy o świat braterskiej miłości, życzliwości, solidarności…
W 1989 r. decyzją pierwszego rządu spod znaku „Solidarności” doszło do transformacji w duchu neoliberalizmu gospodarczego, co skutkowało dzikim kapitalizmem z wszelkimi jego błędami-i-wypaczeniami. Z podziałem społeczeństwa na tych, którzy stali się beneficjentami owej transformacji oraz innych, poszkodowanych, a często wykluczonych. Jak półgębkiem donosiła „Gazeta Wyborcza”, mamy w rezultacie jedną z największych w Unii – czy wręcz największą – rozpiętość między dochodami: z jednej strony, na szczycie, multimilionerów (nie zawsze uczciwych), z drugiej – na dnie – bez własnej winy bezrobotnych i bezdomnych, a także niedożywione dzieci i seniorów o głodowej emeryturze.

Całą rzeszę frustratów.

Jak wiadomo, frustracja rodzi agresję. I nie ma się co dziwić, że z roku na rok rośnie u nas wskaźnik agresji, co wyraża się coraz okrutniejszymi zbrodniami (choćby takimi jak sprawa Olewnika), przemocą w rodzinie z dzieciobójstwami włącznie, zachowaniem uczniów znęcających się nad nauczycielami, patologicznymi wpisami w internecie, brutalizacją języka (także w mediach). I coraz brutalniejszą walką polityczną, zwłaszcza między tymi aktualnie u władzy oraz ich głównymi już nie przeciwnikami, tylko wrogami.
W 1992 r. na łamach „Nowej Europy” (nie pamiętam tego pisma, ale zachowałam wycinek), w numerze z 28-30 sierpnia prof. Karol Modzelewski – jeden z niewielu byłych czołowych „dysydentów”, którzy nie zyskali finansowo na transformacji – upomniał się o „trzecią drogę”, na jaką nie zdecydował się pierwszy rząd solidarnościowy. Prof. Modzelewski mówił, że stało się tak dlatego, że walczący z „komuną” opozycjoniści nie byli przygotowani do tak rychłego przejęcia władzy i nie mieli programu, jak zrealizować swe demokratyczne hasła. A nie miały one nic wspólnego z późniejszą sławetną transformacją, która (moim zdaniem, może mylnym) była praprzyczyną obecnego stanu rzeczy, w tym – wolny polsko-polskiej.
W moim przekonaniu

polską wersją „trzeciej drogi”

byłoby skojarzenie komunistycznego egalitaryzmu z chrześcijańską etyką miłości, jakie w swym personalizmie postulował Emmanuel Mounier.
Przypomnę, że redaktor naczelny dawnej „Więzi”, późniejszy premier, Tadeusz Mazowiecki (dziś pierwszy doradca prezydenta RP), do czasu opowiadał się właśnie za personalizmem.
Czy wolno mi dodać, że illo tempore blisko współpracowałam z „Więzią”, za co jestem wdzięczna, bo na jej łamach ukazały się teksty, które uważam za istotne (m.in. zdjęta wówczas przez „komuszą” cenzurę obszerna, entuzjastyczna recenzja Dejmkowskich „Dziadów” 1967/68). I nadal pozostaję wierna wizji personalistycznej…
Czy wreszcie znajdą się politycy, którzy mogliby ją zrealizować? Gdzie ich szukać?…
Są to pytania, nad którymi chyba warto się zastanowić.

20 października 2010 r.

Wydanie: 43/2010

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy