Kapitalizm zbudowany w zasadzie

Kapitalizm zbudowany w zasadzie

Polityka finansowa musi sobie poradzić z godzeniem kryterium efektywności ze sprawiedliwym podziałem efektów rosnącej wydajności pracy Chociaż wielu wierzy w to, że w Polsce kiedyś istniał komunizm, a niektórzy nawet próbują słuszności takiej hipotezy dowodzić, to patrząc ex post na nie tak przecież dawną rzeczywistość, warto ponowić pytanie, czy zdołaliśmy chociaż zbudować do końca porządny socjalizm, zanim koło historii się odwróciło i wkroczyliśmy w fazę tworzenia innej formacji społeczno-ekonomicznej i politycznej. To na pozór paradoksalne pytanie bierze się stąd, że ćwierć wieku temu rozgorzała tak naprawdę nigdy do końca nie zwieńczona jednoznacznymi konkluzjami debata, czy w ówczesnej Polsce był już “socjalizm”, czy też – w odróżnieniu od innych krajów regionu – byliśmy opóźnieni, wciąż tkwiąc w “okresie przejściowym od kapitalizmu do socjalizmu”. Za tą drugą interpretacją przemawiać miało kilka znaczących faktów, zwłaszcza utrzymywanie się prywatnego sektora w rolnictwie oraz pewien pluralizm polityczny. Jakby nie wydawał się on z dzisiejszej perspektywy rachityczny, przez sąsiadów postrzegany był wtedy jako właściwy krajowi, który do socjalizmu jeszcze nie dojrzał. Od okresu przejściowego do okresu przejściowego Gdy zatem pojawiła się w połowie lat 70. koncepcja “rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego”, które wtedy zostało już – oczywiście – zbudowane w Związku Radzieckim oraz, jak się szybko okazało, do jego budowy przystąpiły wszystkie europejskie kraje RWPG łącznie z Rumunią, ale nie Polska, to powstał problem. Dyżurni ideolodzy szybko jednakże znaleźli rozwiązanie. Obeszło się bez uspołecznienia rolnictwa i upaństwowienia wąskiego sektora prywatnego, utrzymującego się w drobnym przemyśle i usługach, a także bez burzenia ładu instytucjonalnego, funkcjonującego w sferze polityki, który zezwalał na ograniczony pluralizm i relatywnie szerszy zakres swobód. Wystarczyło dodanie do słowa “socjalizm” magicznego sformułowania “zbudowany w zasadzie” i Polska także mogła zostać zaliczona do grupy krajów, w których zakończył się już okres przejściowy, powstał socjalizm i wkroczono w etap budowy jego rozwiniętej formy. I chociaż takim to sposobem nie daliśmy się zostawić w tyle, to zanim ta rozwinięta faza formacji została zbudowana, tak szerokie rzesze społeczne zwątpiły w sens całego przedsięwzięcia, że system upadł wcześniej, niż rozkwitł. Metamorfoza się nie dopełniła – z larwy poczęła się poczwarka, ale piękny motyl już nie zdążył się zrodzić. Rozpoczęła się transformacja, po której – jak się teraz okazuje – każdy spodziewał się czegoś trochę innego, w innym tempie, nie w takich proporcjach, w odmiennej sekwencji, przy innych kosztach, z zupełnie innymi korzyściami, a nawet nie w takim kierunku. Mało kto (jeśli ktokolwiek) wyobrażał sobie, że po dekadzie wielkich społecznych wysiłków powstać może sytuacja, w której za pieniądze podatnika jedna część “budżetówki” – postawna i dobrze wyposażona policja – zostanie wysłana przez władze na ulice, aby spacyfikować tamże inną jej część – mniej postawne i gorzej tak wyposażone, jak i uposażone pielęgniarki. Co ciekawe, dzieje się to w czasie, kiedy niektórzy gotowi są zadekretować zwieńczenie tym razem “okresu przejściowego od socjalizmu do kapitalizmu”. Skoro jednak tyle wciąż na nim pęknięć i rys, może lepiej ten twór określić jako “kapitalizm zbudowany w zasadzie”? No bo motyl przecież to bynajmniej nie jest. Larwa też już nie. Mamy do czynienia z poczwarką, ze stanem pośrednim, który jak najbardziej uzasadnia pogląd, że nadal trwa systemowa transformacja, która obejmuje daleko więcej niż tylko sferę ekonomiczną. A i na tym obszarze daleka jest ona od zakończenia. Gdy cztery i pół roku temu – w lipcu 1996 r. – podpisywałem w Paryżu, w imieniu Rzeczypospolitej, historyczny akt przystąpienia do OECD, ostro stanęła kwestia kryteriów przeistoczenia się w nową jakość, jaką bezsprzecznie w wypadku kraju posocjalistycznego jest gospodarka rynkowa. Pomimo że z zasady OECD skupia jedynie rozwinięte od strony instytucjonalnej gospodarki rynkowe, twierdziłem, iż nam do osiągnięcia tej formy w procesie złożonej metamorfozy – choć już dużo bliżej niż kiedyś – wciąż jeszcze bardzo daleko. Daleka droga To samo można powtórzyć dwa tysiące dni później, na koniec 2000 r. Daleko nam wciąż do instytucjonalnie dojrzałej gospodarki rynkowej. Daleko nam również do zintegrowanego prawdziwą solidarnością społeczną społeczeństwa obywatelskiego. Daleko nam też do prawdziwej demokracji, która przecież nie polega na głosowaniu od czasu do czasu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2000, 52/2000

Kategorie: Opinie