Wypaczony liberalizm

Wypaczony liberalizm

Tym, co realnie istnieje w Polsce, jest redukcja demokracji do konkurencji między elitami politycznymi

Niniejszy tekst, napisany „pod wpływem debaty politycznej w sprawie podniesienia wieku emerytalnego”, jak stwierdza autor, jest fragmentem przedostatniego rozdziału „Ofensywa prawicy i dekonstrukcja tradycji liberalnej pod hasłem »neoliberalizmu«”, pochodzącego ze studium „Czy możliwy jest liberalizm lewicowy”. Całość ukaże się w przygotowywanym do druku kolejnym tomie prac prof. Andrzeja Walickiego, publikowanych przez Wydawnictwo Universitas.

Andrzej Walicki

W krajach rozwiniętych najbardziej wyrazistym skutkiem procesów zapoczątkowanych przez neoliberalną rewolucję jest kurczenie się klasy średniej, najwyraźniej chyba widoczne w USA. Jeśli proces ten nie zostanie powstrzymany, najpotężniejszej gospodarce świata grozi brzemienna w skutki destabilizacja.
I wreszcie Polska. Jak dotąd ominęły nas głębokie skutki ogólnoświatowego kryzysu, co w dużej mierze przypisać należy swoistemu „przywilejowi zacofania” (wyrażenie Alexandra Gerschenkrona), który uchronił polski system finansowy od degeneracji „rynków finansowych” w przodujących krajach świata. Mimo to fakt, że polska transformacja ustrojowa przypadła na okres największych triumfów wolnorynkowego dogmatyzmu neoliberalnej prawicy, był okolicznością bardzo niekorzystną, eliminującą bowiem w praktyce rolę lewicy i paraliżującą myślenie intelektualistów głównego nurtu solidarnościowej opozycji. Dzięki temu właśnie głęboko uzasadniona odraza do absurdów gospodarczych „realnego socjalizmu” wzmocniona została u nas bezkrytycznym stosunkiem do modnej apologetyki „wolnego rynku”, a nawet przekonaniem (wyrażonym wprost przez Leszka Balcerowicza), że rozbudowane państwo socjalne jest czymś „złym i niemoralnym”. Było to oczywiście nienaturalnym spotęgowaniem alergii na wszelkie formy gospodarki mieszanej oraz tendencji do szukania uniwersalnego remedium w urynkowieniu wszystkich funkcji życia społecznego, ze służbą zdrowia i systemem emerytalnym włącznie. Znalazło to odbicie w języku debat publicznych. Powoływanie się na podstawowe uprawnienia społeczne nazwane zostało pejoratywnym słowem „roszczeniowość”, chociaż nie używało się tego terminu w odniesieniu do ekstrawaganckich nieraz żądań reprywatyzacyjnych. Wszelkie formy solidaryzowania się z postulatami pracobiorców wciąż narażone są na napiętnowanie słowem „populizm”, kojarzonym mechanicznie z demagogią lub wręcz sowietyzacją. A słowo „liberalizm” zawłaszczone zostało przez zwolenników (lub przeciwników) neoliberalnej marketyzacji.
Jednym z paradoksów tej sytuacji jest to, że zwolennicy radykalnej marketyzacji bywają jednocześnie rzecznikami rozszerzania prerogatyw rządu, zbliżając się niekiedy do pomysłów w duchu biurokratycznego kolektywizmu. Widać to np. w energicznie wdrażanej przez rząd Donalda Tuska reformie nauki, radykalnie podważającej tradycyjną autonomię środowisk naukowych, a także w koncepcjach podniesienia wieku emerytalnego, uzasadnianych w sposób kojarzący się nie z ograniczeniem czasowym prawa do pracy, lecz z przymusem pracy aż do osiągnięcia określonego wieku. Zakłada się, innymi słowy, że władza państwowa ma prawo odgórnie organizować pracę uczelni, narzucając im biurokratyczne, wyłącznie ilościowe kryteria oceny, że może nie uwzględniać prawa ludzi do własnego wyboru, a więc indywidualnego planowania życia. Zdumiewające jest to, że przekonania takie, będące ewidentnie nieprzezwyciężoną spuścizną „realnego socjalizmu”, znajdują nadspodziewanie licznych zwolenników zarówno wśród rządzących elit, jak i w szerokich kręgach społecznych. Liberalna idea nieprzekraczalnych granic władzy państwowej – w tym również władzy prawomocnej, wybranej demokratycznie – nie jest więc u nas niestety czymś samo przez się zrozumiałym i niekwestionowalnym. Tym samym demokracja prawdziwie liberalna jest w Polsce wciąż postulatem raczej niż społeczną rzeczywistością.
To, co realnie istnieje w Polsce, ma w politologii określoną nazwę: „konkurencyjny elityzm”(competitive elitism). Jest to redukcja demokracji do konkurencji między politycznymi elitami, poddającymi się co pewien czas formalnym sprawdzianom wyborczym, ale na co dzień nieprzejmującymi się zbytnio ani prawem (traktowanym instrumentalnie), ani poglądami większości społeczeństwa.
Nie zamierzam przeczyć, że system taki lepszy jest od władzy monopolistycznej. Niektórzy wybitni teoretycy, np. Max Weber i Józef Schumpeter, dowodzili nawet, że wobec emocjonalności i politycznego infantylizmu mas jest on jedyną realnie funkcjonującą formą demokracji politycznej. Ciekawe, że w latach 90. XX w. elitaryzm tego typu głoszony był bez żenady przez wielu „postsolidarnościowych” polityków polskich, uważających się za liberałów – mimo że kłóciło się to z entuzjazmem tych samych osób wobec ewidentnie populistycznych idei robotniczej „Solidarności”.
W niniejszym kontekście nie ma uzasadnienia wracanie do tych spraw. Warto jednak podkreślić, że „konkurencyjny elityzm” ukazuje swe potencjalne zalety tylko wtedy, gdy elity, o których mowa, reprezentują wysoki poziom kultury politycznej, umiejętność samoograniczania się, rozumiejącą tolerancję wobec przeciwników wraz ze zdolnością do kompromisu, a przede wszystkim poczucie odpowiedzialności, nakazujące wyłączać pewne sprawy z bieżącej walki politycznej. Bez spełnienia tych warunków władza ich łatwo przekształca się w karykaturę demokracji – nie mówiąc już o demokracji liberalnej.

Autor jest historykiem idei, członkiem rzeczywistym PAN i emerytowanym profesorem Uniwersytetu Notre Dame w Indianie w USA

Za tydzień opublikujemy ostatni rozdział, odnoszący się do polskiej lewicy.

Wydanie: 22/2012

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy