Szczepienia dla zamożnych

Szczepienia dla zamożnych

Komplet szczepień obowiązkowych i zalecanych tylko w pierwszym roku życia dziecka kosztuje kilka tysięcy złotych

Szczepienia stały się przedmiotem ideologicznej dysputy, w której zapomina się, że są one także sprawą praktyki życiowej i to, czy ludzie będą z nich korzystać, zależy nie tylko od ich światopoglądu, ale również od tego, jak zbudowany został system. Tymczasem praktyka życiowa pokazuje, że nie ma ochrony przed ryzykiem, a system skonstruowano w taki sposób, że trzeba płacić nawet za obowiązkowe szczepienia.

Poważne powikłania poszczepienne zdarzają się bardzo rzadko, zdecydowanie rzadziej niż poważne powikłania po chorobach, przed którymi szczepionki chronią. Ale się zdarzają. W wielu krajach europejskich funkcjonują programy wsparcia dla rodziców dzieci, u których się pojawiły. Logika stojąca za takim podejściem państwa jest prosta – szczepienia to kwestia nie tylko zdrowia indywidualnego, ale i publicznego. Ludzie, którzy podejmują nawet mikroskopijne ryzyko, by o nie zadbać, powinni móc liczyć na zabezpieczenie ze strony państwa, kiedy coś pójdzie nie tak. Na przykład w Wielkiej Brytanii funkcjonuje specjalny fundusz, który w takich sytuacjach wypłaca rodzicom jednorazowe wsparcie w wysokości 120 tys. funtów. Korzysta z niego kilka osób rocznie. Są też inne systemy. Dzięki temu minimalizuje się przynajmniej jedną obawę związaną ze szczepieniami – finansową.

Obecnie komplet szczepień obowiązkowych i zalecanych tylko w pierwszym roku życia dziecka kosztuje kilka tysięcy złotych. Dla tych, którzy decydują się postępować zgodnie z zaleceniami, jest to dziś jedna z najważniejszych pozycji w „dziecięcym” budżecie. Znajduje się znacznie wyżej niż np. pieluchy. Kosztują zarówno szczepienia zalecane, jak i te obowiązkowe. Państwo bowiem zapewnia szczepionki archaiczne i gorsze. Rodzice, którzy nie chcą z nich korzystać i wybierają preparaty nowoczesne, muszą sięgnąć do kieszeni. Pediatrzy zalecają, by to robić. Jeśli ktoś pieniądze ma, dopłaci. Jeśli nie ma, będzie miał poczucie, że naraża dziecko.

Być może najlepiej postawę państwa w kwestii szczepień ilustruje to, jak decydowano o refundacji szczepionek przeciwko pneumokokom. Od tego roku są one obowiązkowe. Na rynku mamy dwa preparaty. Tańszy, który chroni przed 10 szczepami bakterii, i droższy, chroniący przed 13. Różnica może się wydawać niewielka, ale te trzy dodatkowe należą do najczęściej występujących w naszym kraju. Ministerstwo Zdrowia zdecydowało się refundować tylko pierwszą szczepionkę, a w przetargu oficjalnie zdecydowała niższa cena. Zdecydowała, mimo że producent lepszego preparatu był gotów dostarczyć go za kwotę, którą przeznaczono na zakupy. Efekt jest taki, że płacimy 160 mln zł rocznie za szczepienia, które nie chronią przed powszechnie występującymi patogenami, choć wystarczyło dołożyć parę złotych, by otrzymać produkt zdecydowanie lepszy. Dla rodziców oznacza to tyle, że można zaszczepić dziecko preparatem, którego skuteczność jest ograniczona, lub zapłacić za skuteczniejszy. Koszt całej serii to ok. 1,5 tys. zł. Pediatrzy podpowiadają, że warto, więc jeżeli kogoś stać, to płaci. Ci, dla których ta kwota jest niedostępna, pozostają z poczuciem, że otrzymali coś gorszego.

Jeżeli chcemy utrzymać poziom wyszczepialności, który chroni przed pojawieniem się groźnych chorób, system wymaga rewizji i dofinansowania. Stara prawda mówi, że lepiej zapobiegać, niż leczyć – i tak jest w tym wypadku. Przypominam: chodzi tu o zdrowie nie tylko indywidualne, ale też publiczne i nie powinno być tak, że ciężar finansowy spada na rodziców, biedni muszą się zadowolić byle czym, a na nowoczesne preparaty stać jedynie ludzi zamożnych.

Wydanie: 42/2017

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy