Traktaty polsko-niemieckie z 1990 i 1991 roku – prawda i fałsz (część II)

Traktaty polsko-niemieckie z 1990 i 1991 roku – prawda i fałsz (część II)

Do obu traktatów z Niemcami doszliśmy po dwuletnich trudnych zmaganiach dyplomatycznych. Prowadziliśmy je zarówno z oboma państwami niemieckimi, a po zjednoczeniu Niemiec z samą RFN, jak i z czwórką „wielkich mocarstw”.
Obszerny i konkretny (choć wciąż niekompletny) opis ówczesnych zmagań dyplomatycznych zawarty jest w publikacji prof. Włodzimierza Borodzieja pt. „Polska wobec zjednoczenia Niemiec 1989-1991”.
Swego rodzaju prapoczątkiem były rozmowy podjęte jeszcze w 1988 r. na szczeblu MSZ przez trzy grupy robocze, a nieco później inicjatywa premiera Mieczysława F. Rakowskiego w kierunku „nowego otwarcia” w stosunkach z RFN. Wkrótce po jego wizycie w Bonn w styczniu 1989 r. ustanowieni zostali specjalni pełnomocnicy obu szefów rządów (E. Kucza i H. Teltschik). Niezwłocznie podjęli oni rozmowy w celu wypracowania dokumentu programowego, który miał być przyjęty w czasie przyszłej wizyty oficjalnej kanclerza Kohla w Polsce. Mimo sześciu rund nie przyniosły one przełomu w podstawowych kwestiach spornych i w czerwcu 1989 r. zostały zawieszone.
Bezpośrednio po czerwcowych wyborach parlamentarnych w Polsce premier Tadeusz Mazowiecki powołał Mieczysława Pszona na funkcję pełnomocnika, ja zaś jako przedstawiciel MSZ stałem się nieformalnie jego roboczym zastępcą. Tworzyliśmy zgraną parę: Pszon dysponował pełnym zaufaniem Mazowieckiego i „Solidarności”, a ja – niezbędnym doświadczeniem dyplomatycznym, umiejętnością uzgadniania i redagowania trudnych dokumentów politycznych. W ciągu zaledwie dwóch rund rozmów udało się nam przygotować obszerny tekst (78 punktów), który 14 listopada 1989 r. został podpisany jako „Wspólne Oświadczenie” Mazowieckiego i Kohla. Miało ono podstawowe znaczenie dla przełomu w stosunkach z Niemcami i negocjacji traktatowych. Można by je nazwać brudnopisem późniejszego traktatu dobrosąsiedzkiego, swoistym „rozkładem jazdy”: „Wspólne Oświadczenie” wytyczyło kooperacyjny kierunek rozwoju współpracy polsko-niemieckiej, wprowadziło do niej wiele nowatorskich rozwiązań (standardów europejskich), zapowiadało zawarcie licznych porozumień i umów, powołanie wielu nowych instytucji polsko-niemieckich itp.

Wizyta Kohla w Polsce
Ale w podstawowej sprawie granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej „Wspólne Oświadczenie” stanowiło jednoznaczne świadectwo istnienia nadal zasadniczej rozbieżności interesów i stanowisk Polski i RFN. Kohl zmierzał konsekwentnie do odłożenia decyzji granicznej „na później”. Najpierw nie pozwolił specjalnym pełnomocnikom na wpisanie do projektu „Wspólnego Oświadczenia” (zob. pkt 4) czegoś więcej niż tylko ogólnikowego stwierdzenia, iż układ normalizacyjny z 7 grudnia 1970 r. „stanowi trwały fundament stosunków” między PRL i RFN. A następnie, już w toku listopadowej wizyty w Polsce, nie wykazał w spawie granicy najmniejszej woli choćby zbliżenia się do pozycji polskich. Apelował do polskich rozmówców o wykazanie zaufania wobec Niemiec i jego osobiście, ale jednocześnie powoływał się na znane wcześniej „niemieckie pozycje prawne”: stosownie do nich jedynie zjednoczone Niemcy mogły podjąć ostateczne ustalenia co do granic niemieckich (także z Polską). To stanowisko Kohla znane już było przed wizytą, ale tę starą formułę polityczno-prawną powtórzył w zupełnie nowej sytuacji: jeszcze w toku wizyty kanclerza w Polsce 9 listopada padł mur w Berlinie, co powszechnie zostało uznane za symboliczny początek końca podziału Niemiec. Brałem udział we wszystkich oficjalnych rozmowach Kohla w Warszawie „w cztery oczy” (tj. w małym gronie). Pamiętam jego trzy rozmowy z Mazowieckim. Już na początku wizyty, 9 listopada, polski premier przypomniał Kohlowi: „Polacy muszą mieć pewność, że granica Odra-Nysa to sprawa ostatecznie uregulowana”. Proponował wprowadzenie istotnego uzupełnienia do „Wspólnego Oświadczenia” w punkcie dotyczącym granicy, a mianowicie zaproponował przejęcie fragmentu rezolucji Bundestagu przyjętej 8 listopada (a więc tuż przed odlotem Kohla do Warszawy). Kluczowe zdanie brzmiało: „Naród polski powinien wiedzieć, że jego prawo do życia w bezpiecznych granicach nie będzie kwestionowane przez Niemców, przez wysuwanie roszczeń terytorialnych ani teraz, ani w przyszłości”. Ale kanclerz odmówił i odpowiedział tak, że jeszcze tylko pogłębił polskie wątpliwości: „Żaden rząd niemiecki nie może dziś uznać granicy Odra-Nysa w imieniu całych Niemiec, które dopiero powstaną w przyszłości. Mój rząd przyznaje prawo do stron ojczystych ludności polskiej, która urodziła się na tych terenach po 1945 r. Ale nie wolno oczekiwać, że położy ostateczny stempel (rezygnacji z tych ziem), takie oczekiwanie byłoby fałszywe”.
Po wizycie w Polsce, 28 listopada 1989 r. kanclerz RFN wysunął „plan jedności Niemiec” (sławetne 10 punktów), w którym ani jednym słowem nie wspomniał o granicach niemieckich. O ile jego stanowisko zajęte w Warszawie wywołało głębokie rozczarowanie w polskich kołach politycznych, o tyle plan jedności niemieckiej stał się już przysłowiowym ostatnim dzwonkiem alarmowym dla polskiej dyplomacji. Na porządku dnia w całej ostrości znowu stanął stary problem „czy Polska może ufać Kohlowi i Niemcom?”. Realna zaczęła stawać się groźba, że może zostać zrealizowany najgorszy z możliwych scenariuszy: dojdzie do zjednoczenia Niemiec bez traktatowego potwierdzenia granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej jako ostatecznej. W takim wariancie mogło dojść wówczas do sytuacji, w której „odłożony na potem” spór o granicę stałby się przysłowiową kością niezgody między wolną i suwerenną Polską a zjednoczonymi Niemcami. Nasze nadzieje na przełom i pojednanie – bez uznania granicy polsko-niemieckiej – można byłoby wtedy między bajki włożyć! Ponadto bylibyśmy skazani na podjęcie negocjacji o traktacie granicznym „sam na sam” ze zjednoczonymi Niemcami, a już bez udziału czterech wielkich mocarstw. Przy asymetrii potencjałów Polski i Niemiec wynik negocjacji granicznych mógł być różny, także niezadowalający dla nas. Z perspektywy dnia dzisiejszego wypada stwierdzić, że trafnie wówczas oceniliśmy grożące nam ryzyko. Wnioski były też oczywiste: zaczęliśmy się przygotowywać do „wariantu maxi”, według którego polsko-niemiecki spór graniczny miał zostać definitywnie rozstrzygnięty jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec.

Negocjacje mocarstw z Niemcami
Po upadku muru w Berlinie rósł coraz bardziej niepokój o to, by kwestia niemiecka nie wyrwała się spod kontroli wielkich mocarstw; jedność niemiecka mogła zostać osiągnięta przez samych Niemców przy uwzględnieniu tylko interesów niemieckich. „Wielka czwórka” postanowiła zrobić użytek ze swoich uprawnień wobec Niemiec: przy okazji konferencji w Ottawie 13 lutego postanowiono, że cztery wielkie mocarstwa i dwa państwa niemieckie podejmą rozmowy „odnoszące się do zewnętrznych aspektów ustanowienia jedności niemieckiej, łącznie z kwestiami bezpieczeństwa państw sąsiedzkich”. Cel był jasny: zachować kontrolę zewnętrzną nad procesami jedności niemieckiej, by nie doszło do destabilizacji sytuacji europejskiej i zagrożenia interesów państw trzecich. Pozostaje niezaprzeczalną historyczną zasługą Tadeusza Mazowieckiego i Krzysztofa Skubiszewskiego, że dzięki ich osobistym aktywnym zabiegom dyplomatycznym doszło wówczas do przyjęcia szerszej „formuły Ottawy” (początkowo miała ograniczać się tylko do pierwszej części zdania). Taka decyzja wychodziła naprzeciw naszej argumentacji, żeby nie powtarzać błędu z Jałty – nie podejmować decyzji „o nas, ale bez nas”. Było charakterystyczne, że jedynie RFN zgłosiła sprzeciw wobec zgłoszonej przez Mazowieckiego propozycji udziału Polski w „2+4” (Kohl dopuszczał tylko zaproszenie nas do roboczych konsultacji). Jednakże pod naciskiem pozostałej piątki przyjęte zostało w końcu rozwiązanie kompromisowe o zaproszeniu Polski do tej części rozmów „2+4”, która miała dotyczyć naszego bezpieczeństwa i granic. Delegacja radziecka chciała się nam przypodobać i zaproponowała, by obrady „2+4” z udziałem polskiej delegacji odbyły się w Warszawie, co spotkało się z kolejną kontrą niemiecką („lepiej na ziemi niemieckiej”). I te targi skończyły się kompromisem: robocze spotkanie przedstawicieli MSZ według formuły „2+4” odbyło się 4 lipca w Berlinie (przewodniczyłem wówczas polskiej delegacji), a na szczeblu ministrów SZ – w Paryżu 17 lipca 1990 r. (z udziałem Krzysztofa Skubiszewskiego). W ten sposób uzyskaliśmy „parasol ochronny” wielkich mocarstw, a negocjacje traktatów mogły się toczyć paralelnie: w relacjach polsko-niemieckich i w ramach procesu „2+4”. Takie rozwiązanie okazało się bardzo korzystne dla Polski.

Spory o traktat graniczny
Główne efekty uzyskaliśmy jednak dzięki własnym wysiłkom. Przede wszystkim potrzebowaliśmy własnego projektu traktatu z Niemcami. Tuż po inicjatywie z Ottawy minister Skubiszewski powołał przy sobie mały, zaledwie kilkuosobowy zespół ekspertów MSZ, który pracował w warunkach całkowitej dyskrecji i po kilku tygodniach przygotował roboczy tekst – polską wersję traktatu. Uczestniczyłem w pracach tego zespołu i pamiętam, że prof. Skubiszewski osobiście nim kierował, a jednocześnie konsultował się na bieżąco z prezydentem Jaruzelskim i premierem Mazowieckim. Dziś zapomina się często o tym, że wtedy zamierzaliśmy zawrzeć z Niemcami jeden, a nie dwa traktaty! Nazwaliśmy go „Traktatem między RP a Niemcami o podstawach ich wzajemnych stosunków”. Projekt był średniej wielkości: miał rozbudowaną preambułę i dziewięć artykułów, wśród których na czołowym miejscu, już w art. 1, 2 i 3, rozwinięta została sprawa granicy polsko-niemieckiej. To właśnie ta część polskiego projektu stała się później podstawą roboczą do dyskusji z Niemcami i w procesie „2+4”; co więcej – po niewielkich zmianach weszła do tekstu traktatu granicznego podpisanego 14 listopada 1990 r. ze zjednoczonymi Niemcami. Fakt ten stanowi kolejny interesujący przyczynek do podnoszonych dziś czasem fałszywych zarzutów o polskiej „dyplomacji niemocy” w stosunkach z Niemcami.
Podobną wymowę miała wtedy również inna cecha polskiego projektu. Otóż kiedy przedstawiliśmy go oficjalną drogą dyplomatyczną rządowi RFN i NRD oraz „wielkiej czwórce”, zaznaczyliśmy jednoznacznie, że traktat RP z Niemcami powinien być parafowany jeszcze przed zjednoczeniem, a następnie podpisany już przez rząd ogólnoniemiecki. Wiedzieliśmy, że takie podejście doprowadzi do konfrontacji z „niemieckimi pozycjami prawnymi”. Tak też się stało. Wprawdzie już 3 maja 1990 r., a więc zaledwie po kilku dniach od zgłoszenia polskiego projektu traktatu, doszło w Warszawie do pierwszego spotkania delegacji RP, RFN i NRD, po którym jeszcze w maju nastąpiły dalsze w Bonn i Berlinie. Częstotliwość tych spotkań świadczyła o utrzymywaniu się rozbieżności stanowisk między Polską a RFN (NRD pozostawała między nimi): rząd Kohla był gotów jedynie do prowadzenia z nami „rozmów”, a nie formalnych „negocjacji międzypaństwowych”, a ich przedmiotem miała być jedynie treść rezolucji obu parlamentów niemieckich w sprawie stosunków z Polską, w tym granicy polsko-niemieckiej. Nasz pomysł wynegocjowania traktatu jeszcze przed zjednoczeniem Bonn odrzucało dość konsekwentnie. W praktyce jednak wyszło tak, że trzy delegacje przedyskutowały i uzgodniły jedno i drugie (rezolucję i traktat) w oparciu o nasz projekt oraz kontrprojekty RFN i NRD. Efektem tych spotkań „w trójkącie” był gotowy zarys regulacji granicznej, wypracowany oficjalną drogą dyplomatyczną z rządami RFN i NRD jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec, choć nie doszło do jego oficjalnego parafowania przed ustanowieniem jedności niemieckiej na skutek sprzeciwu Bonn.

Traktat „2+4”
Równolegle toczyły się negocjacje „2+4”, które również dotyczyły żywotnych interesów polskich. Z punktu widzenia obecnie prowadzonej w Polsce dyskusji nad stosunkami z RFN warto jednak nieco dokładniej przypomnieć choćby jedną sprawę, która nie wydaje się powszechnie znana, a w każdym razie często umyka uwadze naszych polityków i parlamentarzystów, nawet tych z pierwszych stron gazet.
Proces rokowań „2+4” zakończył się podpisaniem 12 września 1990 r. w Moskwie „Traktatu o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec”. Ta nazwa została zaproponowana przez dyplomację francuską. Jak to często jednak w dyplomacji bywa, „mała sprawa” – w tym przypadku nazwa traktatu – kryje w sobie „wielki problem”. Pozostaje bowiem pytanie, dlaczego „wielka czwórka” po 55 latach od zakończenia II wojny światowej i wbrew swym własnym postanowieniom przyjętym jeszcze w Umowie Poczdamskiej z 2 sierpnia 1945 r. nie wynegocjowała z dwoma państwami niemieckimi i nie podpisała ze zjednoczonymi Niemcami zwyczajowego traktatu pokojowego, ale ograniczyła się do „ostatecznej regulacji”? Są w nim zawarte niemal wszystkie podstawowe składniki typowe dla traktatu pokojowego zawieranego przez państwa po wojnie, a więc postanowienia dotyczące: zjednoczenia Niemiec, ich terytorium i granic, statusu prawno-międzynarodowego i polityczno-militarnego itd. Jednakże jedna poważna kwestia typowa dla traktatu pokojowego nie weszła do „ostatecznej regulacji”, a mianowicie reparacje wojenne od Niemiec. Pominięcie jej było rezultatem kategorycznego stanowiska RFN i braku większego zainteresowania „wielkiej czwórki”. Czy z powodu „reparacyjnego feleru” należałoby więc uznać również traktat „2+4” za „niepełny”? Niekoniecznie. Pozostawienie poza „ostateczną regulacją” sprawy reparacji wojennych w niczym nie umniejsza najwyższej rangi i znaczenia tej umowy dla kwestii niemieckiej po 1945 r. Powiedzmy wprost: traktat „2+4” stał się substytutem traktatu pokojowego z Niemcami, a „wielka czwórka” i Niemcy stwierdziły, że w przyszłości już nie będzie traktatu pokojowego z Niemcami.

Bez traktatu pokojowego z Niemcami
Decydujące znaczenie ma w tym zakresie tzw. protokół paryski przyjęty na spotkaniu „2+4” z udziałem Polski 17 lipca 1990 r., który zmienił postanowienia Umowy Poczdamskiej z 1945 r. Sens ustaleń paryskich, zatwierdzonych w traktacie „2+4”, polegał w skrócie na tym, że nie przewiduje się już w przyszłości zawarcia traktatu pokojowego z Niemcami, a granice Niemiec i istniejąca granica między RP a RFN – mają charakter ostateczny. Z braku miejsca nie rozwijam tego aspektu w przekonaniu, że odpowiedzialni w Polsce politycy i parlamentarzyści, lub przynajmniej ich otoczenie, zechcą się uważnie zapoznać z tą kwestią, ponieważ ma ona konkretne odniesienia do aktualnych stosunków polsko-niemieckich, w tym do problematyki granicznej i reparacyjno-odszkodowawczej. Może wtedy rzadziej będziemy odczuwać zażenowanie, związane z niektórymi wystąpieniami, przywołującymi w Sejmie i Senacie lub na konferencjach prasowych potrzebę zawarcia traktatu pokojowego z Niemcami.

Przeciwko sobie czy razem?
W kontekście dzisiejszych debat w Polsce nad tym, jak negocjować z Niemcami sprawy sporne czy otwarte, warto też przypomnieć, że traktatowe negocjacje polsko-niemieckie przebiegały wówczas w dwu odrębnych fazach. Za cezurę oddzielającą obie fazy należy uznać zjednoczenie Niemiec (3 października 1990 r.). Pierwsza faza (nazwijmy ją konfrontacyjną) nacechowana była kolizją interesów, głównie w relacji Polska-RFN; obfitowała w spory i kontrowersje, a styl negocjacji przypominał klasyczne wzorce znane z historii dyplomacji, kiedy to występują dwie zwalczające się strony. („przeciwko sobie nawzajem”). Z przeżyć osobistych dodam, że to właśnie z powodu postawy zajętej właśnie w pierwszej fazie czołówka polskich negocjatorów (Sułek, Barcz, Mickiewicz) – wbrew powszechnym zwyczajom dyplomatycznym – została skreślona z listy osób, którym po zawarciu traktatów przyznane zostały odznaczenia niemieckie.
Natomiast druga faza (nazwijmy ją kooperacyjną) nacechowana była daleko posuniętą współpracą, już tylko dwóch stron (bez NRD), dzięki czemu proces negocjacyjny przebiegał szybko i efektywnie. Ale w tej fazie również nie brak było poważnych rozbieżności jak np. wokół wycofania wojsk radzieckich, mniejszości narodowych czy sprawy przystąpienia RP do Wspólnot Europejskich. Obie strony miały jednak już inne zadanie. Chodziło głównie o uzgodnienie i zredagowanie w formie umów dwustronnych tych ustaleń, jakie zostały poczynione w toku majowych negocjacji RP-RFN-NRD, a przede wszystkim zaś w procesie „2+4”. Już latem 1990 r. Polska i Niemcy przyjęły sugestię z kręgu „wielkiej czwórki”, by podzielić substancję negocjacji i zawrzeć dwa odrębne traktaty – graniczny i dobrosąsiedzki. Obie strony kierowały się też nakazem zawartym w „protokole paryskim 2+4”, iż zawrą traktat graniczny „w możliwie najkrótszym terminie po zjednoczeniu Niemiec”. Tak też się stało. Wystarczyła jedna runda negocjacji w końcu października 1990 r., by można było „dopiąć do końca” traktat graniczny.

Niepełny traktat dobrosąsiedzki?
Nad drugim traktatem negocjacje trwały dłużej. Potrzebowaliśmy aż sześciu rund, bo przedmiot uzgodnień był bardzo obszerny, o czym świadczy treść traktatu dobrosąsiedzkiego (38 artykułów plus wymiana listów ministrów SZ dołączona do traktatu). A mimo to wiele ważnych spraw pozostało nieuregulowanych. Należą do nich przede wszystkim: reparacje wojenne i odszkodowania (m.in. dla ofiar prześladowań nazistowskich w Polsce i roszczenia majątkowe Niemców wobec Polski), rejestracja i zwrot dóbr kultury (w tym bezcennego zbioru Pruskiej Biblioteki Państwowej), dostosowanie konstytucji i ustawodawstwa do zapisów traktatowych. Z tego powodu w retoryce politycznej pojawiło się niedawno określenie „niepełne traktaty”. Osobiście odnoszę je tylko do traktatu dobrosąsiedzkiego, bo trudno byłoby chyba pod względem merytorycznym coś „dopełniać” w traktacie granicznym. Tego rodzaju sugestie musiałyby bowiem oznaczać naruszenie polskiej racji stanu i jako takie nie wchodzą w ogóle w rachubę. Przymiotnik „niepełny” w przypadku traktatu dobrosąsiedzkiego odbieram jako określenie stanu faktycznego, a nie jako dyskwalifikujący epitet. Niewiele osób to jeszcze pamięta, trzeba więc przypomnieć, że również traktat dobrosąsiedzki został wynegocjowany z najwyższą starannością; zostały tu zachowane wszelkie wymogi formalne i merytoryczne. Tekst traktatu rodził się w bólach długich i żmudnych negocjacji międzyresortowych, był na bieżąco, tj. przed i po każdej rundzie, przedstawiany nie tylko fachowcom w MSZ, ale także kierownictwu państwowemu; główne sformułowania traktatowe podlegały nie tylko merytorycznej konsultacji, ale i zatwierdzeniu przez prezydenta, premiera i ministra SZ; także traktat dobrosąsiedzki (wspólnie z granicznym) przeszedł procedurę ratyfikacji, a Sejm i Senat uznały oba traktaty za „akty o wymiarach historycznych”. Jako główny negocjator wielokrotnie miałem też okazję referować osobiście sprawę traktatów w latach 1990-1991 na posiedzeniach rządu RP, spotkaniach z premierem lub ministrem SZ czy w gronie komisji parlamentarnych. Także kluczowa decyzja, by przyjąć traktat dobrosąsiedzki w „niepełnym kształcie”, została podjęta na najwyższych szczeblach państwowych. Niemniej jednak spróbujmy krótko odpowiedzieć na pytanie: czy można było w 1991 r. „dopełnić” ten traktat? Nie sądzę. I to nie tylko dlatego, że wówczas Polska i Niemcy pozostawały pod naciskiem czasu. Ewentualny brak traktatu dobrosąsiedzkiego mógł doprowadzić do nieobliczalnych konsekwencji międzynarodowych: oznaczałoby to nie tylko fiasko polsko-niemieckich negocjacji traktatowych, ale zagrożony byłby traktat „2+4”, który ustanowił jedność Niemiec. Wtedy RFN byłaby jedynym beneficjantem procesu „2+4”, RP zaś stałaby się jego ofiarą – nastąpiłoby już bowiem faktyczne przyłączenie NRD do RFN, a Polska pozostałaby bez uznania granic na Odrze i Nysie przez zjednoczone Niemcy (traktat graniczny jako nieratyfikowany musiałby spoczywać w „dyplomatycznej lodówce”). Każda umowa międzypaństwowa stanowi wyraz woli umawiających się stron. Widocznie więc oba państwa – RP i RFN – lub też jedno z nich nie miało w 1991 r. takiej woli, by włożyć do traktatu także pozostałe, nierozwiązane sprawy. O niektórych z nich (np. o restytucji i zwrocie dóbr kultury) mówi się dość oględnie w tekście traktatu (zob. art. 28). Jeszcze inne próbowaliśmy choćby częściowo załatwić obok negocjacji traktatowych, do takich należało tzw. rozwiązanie humanitarne w odniesieniu do szczególnie poszkodowanych ofiar w Polsce („fundusz Kohla” w wysokości 500 mln DM). Jednakże kilku spornych kwestii nie udało się – ze względu na podstawowe rozbieżności interesów i stanowisk negocjacyjnych – uzgodnić i zapisać w traktacie. W takim przypadku musieliśmy zastosować metodę powszechnie używaną w dyplomacji, iż część takich spraw po prostu nie weszła do tekstu traktatów, inne zaś stały się przedmiotem dodatkowego zabiegu, a mianowicie wymiany listów między ministrami spraw zagranicznych, przyłożonej do tekstu traktatu (wyodrębnionej, ale o wiążącym charakterze i ratyfikowanej razem z tekstem traktatu).

Balast przeszłości
Jakie znaczenie mają dzisiaj te kwestie, które weszły do wymiany listów ministrów, a nie do samego traktatu? Z pewnością nie były to wtedy sprawy błahe, nie są takimi również dzisiaj. Było ich w sumie pięć. Jedna z nich – osiedlanie się obywateli niemieckich w Polsce (pkt 2 wymiany listów) – została już w zasadzie rozwiązana wraz z naszym przystąpieniem do UE; obowiązują tu standardy europejskie i sprawa ta nie wymaga chyba odrębnej regulacji polsko-niemieckiej.
Bez większego znaczenia, choć nadal dość kontrowersyjny pozostaje z kolei problem używania w Polsce nazw topograficznych także w języku niemieckim (pkt 4 wymiany listów).
Pozostałe kwestie mają już jednak spory ciężar gatunkowy. Tak więc punkty 1 i 3 wymiany listów dotyczą problematyki mniejszościowej i zawierają istotne postanowienia zaadresowane do obu stron. Dla nas najważniejsze znaczenie musi mieć zobowiązanie, iż „Rząd RFN podejmie starania celem stworzenia możliwości, aby także żyjące w RFN osoby polskiego pochodzenia lub przyznające się do języka, kultury lub tradycji polskiej, nieobjęte postanowieniami artykułu 20 ustęp 1 (traktat dobrosąsiedzki), mogły korzystać w daleko idącym zakresie z praw wymienionych w art. 21”. Co oznacza ta „dyplomatyczna chińszczyzna”? Otóż te sformułowania trzeba rozpatrywać łącznie z „mniejszościowymi klauzulami” zawartymi w traktacie. W 1991 r. strona niemiecka nie wyraziła zgody na użycie terminu „polska mniejszość narodowa” w Niemczech, trzeba więc było użyć niezdarnego stylistycznie, ale właściwego merytorycznie sformułowania „osoby posiadające niemieckie obywatelstwo, które są polskiego pochodzenia albo przyznają się do języka, kultury lub tradycji polskiej”. Temu kręgowi osób – nazwijmy je „polską grupą etniczną z niemieckim obywatelstwem” – traktat przyznał to samo prawo co członkom mniejszości niemieckiej w Polsce. Powstał więc stan asymetrii terminologicznej, ale jednocześnie pełnej symetrii merytorycznej (czyli równych praw) w odniesieniu do obu państw, Polski i Niemiec. Jednakże w 1991 r. upomnieliśmy się także o „polską grupę etniczną z polskim obywatelstwem” (czyli Polaków mieszkających na stałe w RFN, bez niemieckiego obywatelstwa). To ich właśnie dotyczy zobowiązanie ciążące na RFN, wyrażone „dyplomatyczną chińszczyzną”. Chodziło o to, by również kilkusettysięczna grupa naszych rodaków w Niemczech mogła w praktyce choć w części korzystać z dobrodziejstwa wysokiego standardu mniejszości narodowej obowiązującego w demokratycznym państwie niemieckim. Sprawa nabiera jeszcze większego znaczenia właśnie teraz, kiedy coraz więcej Polaków, zwłaszcza z młodego pokolenia, wyjeżdża na dłużej do Niemiec – w celu podjęcia pracy lub studiów.
Jednak najważniejsze znaczenie miał wtedy i ma nadal pkt 5 wymiany listów ministrów SZ. Brzmi on następująco: „Obie strony (RP i RFN) oświadczają zgodnie: niniejszy Traktat (Dobrosąsiedzki) nie zajmuje się sprawą obywatelstwa i sprawami majątkowymi”. Obecnie chodzi zwłaszcza o „sprawy majątkowe”, kwestia obywatelstwa, a więc posiadania „podwójnego obywatelstwa” przez część obywateli Polski i RFN straciła sporo na ostrości w warunkach przynależności obu państw do UE, choć nadal jest jeszcze ważna. Natomiast „sprawy majątkowe” to zbiorczy termin dla kilku dość skomplikowanych spraw, poczynając od reparacji wojennych z Niemiec dla Polski czy indywidualnych roszczeń obywateli polskich względem RFN z tytułu prześladowań nazistowskich, a kończąc na indywidualnych roszczeniach obywateli niemieckich wobec Polski z tytułu wysiedlenia (np. pozwy Powiernictwa Pruskiego złożone w Strasburgu) czy nawet pracy przymusowej Niemców na rzecz Państwa Polskiego po zakończeniu ostatniej wojny. Ta lista „spraw majątkowych” zawiera jeszcze kilka innych trudnych kwestii.

Renegocjacje traktatu z Niemcami?
Czy ten balast z przeszłości – ciężki pakiet spraw spornych, nierozwiązanych lub otwartych można uregulować w aktualnych stosunkach polsko-niemieckich? Bardzo chciałbym, żeby tak się stało. Nie było to możliwe w latach 1989-1991. Ale także później (w latach 1991-2005) żadna ze stron – ani Polacy, ani też Niemcy – nie podjęła próby rozwiązania tego „gordyjskiego węzła”. Wyjątkiem są rozmowy w sprawie zwrotu dóbr kultury, ale i one dały negatywny wynik. Znaczny postęp nastąpił z kolei w sferze odszkodowań przez przyjęcie w 2000 r. międzynarodowych porozumień z udziałem RP o dobrowolnych świadczeniach finansowych z RFN i Austrii dla ofiar prześladowań nazistowskich (w latach 2001-2006 wypłacono w Polsce ok. 4 mld zł), ale i to rozwiązanie nie objęło wszystkich żyjących jeszcze ofiar nazizmu w naszym kraju. Czy zadanie zrzucenia choćby części tego balastu przeszłości można wykonać obecnie lub w najbliższej przyszłości? Niestety, mam poważne wątpliwości. Wprawdzie także z własnej 40-letniej praktyki dyplomatycznej wiem, że w stosunkach międzynarodowych – tak jak w życiu człowieka – wszystko może się zdarzyć. Ale dyplomacja jest „sztuką czynienia rzeczy możliwych”. Czy renegocjacje traktatowe lub też wynegocjowanie odrębnej umowy międzypaństwowej z RFN to właśnie „rzecz możliwa”? Teoretycznie tak; wszystko, co jest nieuregulowane, można kiedyś uregulować. Rzecz jasna, bardziej prawdopodobna byłaby możliwość zawarcia nowej umowy z Niemcami, a nie podjęcia renegocjacji traktatu sprzed 16 lat. Tym bardziej że termin renegocjacje oznacza przecież ponowne negocjowanie z tym samym partnerem tego, co już zostało kiedyś z nim wynegocjowane (a więc wynegocjowanie od nowa kwestii wcześniej już uregulowanej). Czy można byłoby renegocjować, czyli poprawiać, np. zapis pkt 5 z wymiany listów ministrów spraw zagranicznych dotyczący „spraw majątkowych”? Dziś obowiązująca „Janusowa formuła”, iż traktat dobrosąsiedzki „nie zajmuje się sprawami majątkowymi”, niczego nie przesądza i pozwala obu stronom na zachowanie ich odrębnego stanowiska. Jeśli dzisiaj jedna ze stron (Polska) proponuje zmienić ten stan rzeczy (np. przez zawarcie dodatkowej umowy), to powstaje uzasadnione pytanie, czy ta druga strona (Niemcy) zechce na to wyrazić zgodę. Przecież wiadomo przynajmniej od 30 października ub.r., czyli od wizyty premiera Jarosława Kaczyńskiego w Berlinie i jego rozmowy z kanclerz Angelą Merkel, że RFN nie widzi ani potrzeby, ani możliwości przejęcia na siebie ciężaru zobowiązań finansowych np. klientów Powiernictwa Pruskiego. Abstrahuję tu od tego, że w takim przypadku – jak słusznie niedawno zauważył prof. Jan Barcz w jednym z wywiadów – rządy RP i RFN musiałyby się wyrzec dotychczasowego, słusznego stanowiska, iż pozwy klientów Powiernictwa Pruskiego nie mają podstaw prawnych, czyli są bezprawne i jako takie nie powinny być zaspokojone ani w wyniku orzeczenia ze Strasburga, ani decyzji rządowych z Berlina czy Warszawy. Słusznie też prof. Barcz podkreśla, że ten postulat jest politycznie szkodliwy: oznacza w praktyce, że rząd polski miałby stać się rzecznikiem interesów Rudiego Pawelki, który przecież już od dawna żąda od rządu RFN (choć pozwy kieruje przeciwko Polsce!), by ten pokrył roszczenia majątkowe Niemców z tytułu przesiedlenia z Polski. Powstaje więc pytanie, kto i w czyim interesie sufluje kołom rządowym i parlamentarnym w Polsce tego rodzaju pomysły. Podobnych wątpliwości jest zresztą więcej. To samo dotyczy demagogicznego postulatu, że „każdy zaspokaja roszczenia swoich wypędzonych” (rząd RFN tych spod znaku Powiernictwa Pruskiego, a rząd RP – roszczenia zabużan). Abstrahuję od tego, że w ten sposób w relacji Polska-Niemcy miałaby również zostać uregulowana sprawa z relacji Polska-Rosja, czyli z kompetencji państwa trzeciego, co w przypadku tego rodzaju polsko-niemieckiej umowy majątkowej mogłoby być uznane za kuriozalny precedens w stosunkach międzynarodowych. Ale taki nieprzemyślany do końca wariant kryje w sobie duże ryzyko dla Polski. Jest oparty i wynika z niekorzystnej dla nas koncepcji tzw. opcji zerowej (czyli doprowadzenia do stanu, w którym rządy obu państw miałyby zrezygnować wzajemnie wobec siebie z wysuwania roszczeń finansowych, a jednocześnie – o czym się chce zapomnieć! – musiałyby przejąć na siebie zaspokojenie roszczeń własnych obywateli z tytułu II wojny światowej. W takim przypadku doszłoby przecież do absurdu: to rząd polski (a nie niemiecki) miałby płacić polskim poszkodowanym np. za straty poniesione w toku hitlerowskiego zniszczenia Warszawy lub też więźniom niemieckich obozów koncentracyjnych czy ofiarom pracy przymusowej na rzecz III Rzeszy, czy w ogóle żyjącym ofiarom wojny w Polsce za ich straty i cierpienie?
Powtórzmy: co to za doradcy suflują… Dzięki Bogu, że rząd RFN nie podjął takich niedowarzonych propozycji składanych ze strony polskiej.

Autor jest niemcoznawcą. W latach 1990-1991 był przewodniczącym delegacji polskiej w negocjacjach nad traktatami z Niemcami, ministrem pełnomocnym – szefem Przedstawicielstwa Ambasady RP w Berlinie (1991-1997), wiceministrem obrony narodowej w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza, prezesem Zarządu Fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie” (2001-2006; doprowadził do rozwiązania tzw. sporu przelicznikowego z Niemcami), obecnie jest kierownikiem Katedry Międzynarodowych Stosunków Politycznych i profesorem nadzwyczajnym Wyższej Szkoły Cła i Logistyki w Warszawie

 

Wydanie: 2/2007

Kategorie: Opinie
Tagi: Jerzy Sułek

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy