Pamiętajmy, żeby nie wróciło

Pamiętajmy, żeby nie wróciło

„Wołyń” to film nadziei. Trafi do ludzi, którzy o ludobójstwie dokonanym przez nacjonalistów ukraińskich nie wiedzieli prawie nic

Najwspanialszy film – a takim jest „Wołyń” – to jednak nie rzeczywistość. W kinie w najdrastyczniejszych momentach można zamknąć oczy, można w chwilach grozy złapać za rękę sąsiada, można odwrócić wzrok od ekranu, zobaczyć widownię i uświadomić sobie, że to tylko kino, a to, co na ekranie, tak naprawdę nas nie dotyczy. Można. Ale ten film nie pozwala widzowi odgrodzić się od ekranowego obrazu. Jest zbyt prawdziwy.

Inaczej jednak patrzą nań ci widzowie, dla których ludobójstwo pokazywane w filmie jest zupełną nowością lub wypadkami znanymi dotychczas jedynie z literatury (niskonakładowych wydań wspomnieniowych) czy nawet rodzinnych opowieści, a inaczej ci, którzy ten czas przeżyli i wszystko, co widzą na ekranie, jest ich prawdziwym życiem, którego wspomnienia kultywowali przez ponad 70 lat. Przeżywanie tego filmu zależy również od osobowości. Wielu roniło szczere łzy, wielu przeżywało ten dramat nieomal tak, jakby to był realny Wołyń tamtych lat. Ja poczułam się jakaś inna. Dla mnie było to tylko kino, które – mimo całej maestrii – nie przebiło prawdziwych wspomnień, chociaż kilka scen było jak żywcem wziętych z mojego życia.

Ale wtedy wszystko działo się naprawdę, wtedy nie było żadnej nadziei. Tamte wyryte w świadomości sceny pozwalają na obraz filmowy patrzeć jak na obraz właśnie. Dla mnie jest to jednak nie tylko zwykły film, lecz także film nadziei, który trafi do ludzi traktujących dotychczas ludobójstwo na Wołyniu jak jakieś wydarzenie z przeszłości, wokół którego garstka starych ludzi robi wielkie halo. Może dostrzegą coś więcej niż drastyczne sceny – bo z tymi stykają się praktycznie w każdym kryminale czy horrorze – może zauważą w nim, jak dojrzewał ukraiński nacjonalizm. Może w początkowych scenach filmu, wśród ludowej zabawy przypominającej nieco wesele Boryny, dojrzą pierwszych emisariuszy tej ludobójczej idei. (W Iwaniczach taki emisariusz przychodził do szewca). Może widzowie spostrzegą, jak rosły i rozwijały się oddziały Ukraińskiej Armii Powstańczej, jak opary ludzkiej krwi odurzyły te prymitywne tłumy. Może zobaczą, jak nad rozsądkiem dominuje chęć posiadania, choćby tylko sprzętu, biednej odzieży czy garnka. Może zwrócą uwagę na analogię do dzisiejszych czasów i bardziej krytycznie będą odbierać wypowiedzi chorego psychicznie ministra o tym, że ludobójstwo jest dziełem Rosjan, komunizmu. Ten film, mimo że jest – jak twierdzi reżyser – filmem o miłości, wszystkie wartości polityczne i moralne ustawia na właściwym miejscu. Tak bardzo osadzone w naszej współczesności są sceny kazań, chociaż dla mnie nie tylko. To w Iwaniczach znałam popa Ryszkowskiego, który święcił noże. Noże, którymi zadźgano nauczycielki z Dolinki.

Tego czasu, który pokazał film, już nie ma, ale wciąż żywe są na Ukrainie trendy polityczne, hasła, popularyzowane i rozprzestrzeniane idee, które mogą prowadzić do powtórki tamtych wydarzeń. Jestem ogromnie wdzięczna panu Wojciechowi Smarzowskiemu, że poprzez swoje dzieło pokazał współczesnemu polskiemu społeczeństwu, co przeżyliśmy, a tym samym, co może nas czekać, jeśli nasi politycy nie zrozumieją, że nawoływanie do przebaczenia, wymazania tego ludobójstwa z pamięci nie tylko nie zbliży nas do Ukrainy, ale wręcz będzie rozzuchwalać tę część Ukraińców, którzy wciąż dążą do realizacji chorej wizji Doncowa, Bandery i innych wynoszonych teraz w Kijowie na narodowe sztandary. Nacjonalizm ukraiński ma się dobrze i powinniśmy to dostrzec jako realną groźbę.

W filmie zobaczyłam historię, którą znam i przeżyłam, ale też człowieczeństwo negatywnych bohaterów od najgorszej strony. Człowiek taki jest. W jakiś sposób twarze drugiego planu – chociaż wszystko, co się dzieje w tym filmie, jest pierwszoplanowe – przypominały mi postacie z obrazów Dudy-Gracza; twarze, w których brzydocie mieściła się tajemnica kalekiej duszy.

I jeszcze jedna ważna sprawa. Film obejrzałam na pokazie zamkniętym, na konferencji „»Wołyń« – budzenie prawdy historycznej”. Zorganizowali ją: Dolnośląski Ośrodek Kształcenia Nauczycieli, Dolnośląskie Centrum Filmowe i Tadeusz Samborski – członek Zarządu Województwa Dolnośląskiego. Dość symptomatyczne mi się wydaje, że on jeden z całego zarządu. Wysłuchaliśmy na tej konferencji – poza okolicznościowymi wystąpieniami – odważnego, merytorycznego referatu dr Lucyny Kulińskiej. Konferencję uważam za bardzo ważną, gdyż otwiera ona drogę do młodzieży, do tej części naszego społeczeństwa, która o ludobójstwie dokonanym przez nacjonalistów ukraińskich na narodzie polskim nie wie prawie nic.

W lipcu 2003 r. na zaproszenie prezydenta Kwaśniewskiego wzięłam udział w uroczystościach „pojednania” w Porycku. Kiedy szliśmy przez wieś, Ukraińcy witali nas milczeniem, ale wśród wielu przyjaznych transparentów zwróciły moją uwagę te z hasłem: „Pamiętajmy, żeby nie wróciło”. Film Smarzowskiego realizuje to hasło.

Autorka była senatorem (SLD) III i V kadencji

Wydanie: 42/2016

Kategorie: Opinie

Komentarze

  1. tra
    tra 31 października, 2016, 20:19

    bardzo dobry komentarz. Nic dodać, nić ująć. Moi przodkowie też wywodzą się z Podola i nasłuchałem się w młodości historii o okrucieństwach UPA na Polakach…

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy