Jacka Kuronia pytania o Polskę

Jacka Kuronia pytania o Polskę

Elita tworząca Unię Wolności winna jest narodowi wyjaśnienie, jakie były rzeczywiste przyczyny zlekceważenia podstawowych interesów ludzi pracy najemnej

To pięknie, że Adam Michnik drukuje żarliwe teksty niestrudzonego społecznika, swego wieloletniego przyjaciela, towarzysza walki i niedoli w latach 60., 70. i 80. – Jacka Kuronia, który od pewnego czasu, z powodu kłopotów ze zdrowiem, nie bierze aktywnego udziału w życiu politycznym kraju. Milczenie przerwał 16 października 2001, apelując na łamach „Gazety Wyborczej” o powołanie Ruchu Obywatelskiego Obrony Człowieka. Jeśli, zdaniem Kuronia, trzeba brać w obronę człowieka, to wolno założyć, że dlatego, iż jego byt materialny i duchowy są zagrożone. Analogia do okoliczności, w jakich z jego inicjatywy powstał Komitet Obrony Robotników, rzuca się w oczy. Tym razem nie chodzi jednak o jedno środowisko, lecz o społeczeństwo, o człowieka, obywatela Trzeciej Rzeczypospolitej. Kuroń nie może pogodzić się z sytuacją, kiedy „większość społeczeństwa jest życiowo dyskryminowana i czuje się wykluczona (…). Wyniki ostatnich wyborów wskazują, że społeczeństwo powiedziało „nie” bezwzględnemu, wilczemu kapitalizmowi, opowiedziało się za państwem, które troszczy się o swego obywatela i chroni najbiedniejszych przed kosztami przemian”. Szanuję zasady efektywnej gospodarki – pisał w Apelu – ale jej działanie nie może godzić w człowieka. Jak zawsze prawdomówny i uczciwy wobec siebie, stwierdził, że pełną odpowiedzialność za sytuację gospodarczą, polityczną i społeczną ponoszą politycy, zwłaszcza zawodowi: „Przez dziesięć lat byłem jednym z nich, i to bardzo znaczącym. Czuję się odpowiedzialny”. Po tej deklaracji

złożył przyrzeczenie,

że zobowiązuje się do działań m.in. na rzecz znacznego zmniejszenia bezrobocia, powszechnego dostępu do edukacji na poziomie szkoły średniej oraz umożliwienia studiów wyższych wszystkim chętnym, równego dostępu wszystkich mieszkańców naszego kraju do opieki zdrowotnej itd. Wyraził też nadzieję, że wielu ludzi poprze i przyjmie jego zobowiązanie i wtedy „powołamy Ruch Obywatelski Obrony Człowieka”.
Miesiąc później Kuroń wraz z przedstawicielem młodego pokolenia, Adrianem Zandbergiem, zamieścili w „GW” artykuł-składankę pt. „III RP dla każdego”. Obaj przedstawili swoje poglądy, a na koniec wspólnie nakreślili plan działań, które uważają za niezbędne, żeby ruch w obronie człowieka zaznaczył swoją obecność w życiu narodu. Kuroń pisze, że Apel spotkał się z żywym zainteresowaniem, co znalazło wyraz w kilkuset listach zawierających poparcie dla jego inicjatywy, zwłaszcza osób młodych. To cieszy, choć przyznaję, że jeśli czegoś nie przeoczyłem, to nie dostrzegłem w prasie jakiejkolwiek reakcji polityków, zarówno z prawej, jak i lewej strony, socjologów, politologów itd.
Do kilku myśli, które stanowią trzon jego inicjatywy, chcę się ustosunkować, tym bardziej że podzielam jego diagnozę stanu świadomości społeczeństwa w dwunastym roku tzw. transformacji ustrojowej.
Jacek Kuroń powtarzając to, co napisał w Apelu o odpowiedzialności polityków za obecny stan gospodarki, społeczeństwa i państwa, stwierdził, że „chcieliśmy szybko dogonić kraje wysoko uprzemysłowione przez nagłe wprowadzenie bezwzględnych reguł kapitalistycznego gospodarowania słabo łagodzonych przez politykę różnego rodzaju „kuroniówek””. Nie kwestionuję trafności tej tezy, ale od czołowego przywódcy opozycji demokratycznej (teraz nazywa się ją antykomunistyczną) w latach istnienia PRL chciałoby się usłyszeć więcej konkretów. Przede wszystkim, kto tego chciał, jakie siły polityczne, bo przecież każdy polityk, ekonomista, socjolog chyba posiadł już wcześniej wiedzę, że kraje tej części Europy, łącznie z Polską, nie są w stanie szybko dogonić przodujących krajów kapitalistycznych Zachodu, nie mówiąc już o USA.
W 1989 r. powstał pierwszy niekomunistyczny rząd, jak zwykło się mówić o rządzie Tadeusza Mazowieckiego i Leszka Balcerowicza, i to właśnie ten rząd zapoczątkował w Polsce budowę takiego kapitalizmu, który w Jacku Kuroniu budzi gorący sprzeciw. Cokolwiek by powiedziano o obiektywnych koniecznościach, że nie było innego wyboru, jak słynna „terapia szokowa”, że dzięki niej jesteśmy lepsi niż sąsiedzi, że jesteśmy tygrysem Europy Środkowo-Wschodniej itp., faktem jest, iż korzeni sytuacji, która trwoży Kuronia, trzeba szukać właśnie w pierwszych latach polityki gospodarczej i społecznej Trzeciej Rzeczypospolitej. Dla sprawiedliwości dodam, że działo się to z aprobatą Sejmu zwanego kontraktowym, w którym blisko 40% mandatów mieli członkowie byłej PZPR. Ale inicjatywa była w ręku „Solidarności”, tych, co do Sejmu i Senatu weszli, fotografując się z Lechem Wałęsą.
Z lektury publikacji prasowych i książkowych wynika, że koncepcja przyśpieszonej budowy kapitalizmu nie pojawiła się żywiołowo. Nie jest to oskarżenie, lecz stwierdzenie faktu. Właśnie dlatego nie zadowala mnie enigmatyczne słówko „chcieliśmy”. Trzeba rzeczy nazywać po imieniu. Ugrupowanie polityczne, które po czerwcowych wyborach w 1989 roku przejęło władzę, nie składało się z tuzinkowych postaci. Przewodnictwo intelektualne i polityczne znajdowało się w rękach tych polityków, z których miała się sformować Unia Demokratyczna, a później Unia Wolności. Była to pierwsza i pierwszorzędna liga, złożona z twórczych intelektualistów, dobrze rozumiejących złożoność procesów społecznych. Od kogo, jak nie od nich, można było oczekiwać, że walcząc przeciwko nam o podmiotowość społeczeństwa, wybiorą taką drogę rozwoju Polski, która nie doprowadzi do sytuacji, w której – jak pisał w Apelu jego autor – „większość społeczeństwa jest życiowo dyskryminowana i czuje się wykluczona…”. Przypomnę, że Tadeusz Mazowiecki w swoim exposé sejmowym mówił o społecznej gospodarce rynkowej, ale wkrótce potem ten przymiotnik ulotnił się w przestworzach. Podobnie jak demokratyczny socjalizm, o którym mówiło się w pierwszym programie SdRP.
W poszukiwaniu przyczyn położenia, w jakim znalazła się większość społeczeństwa, Kuroń pisze: „zapomnieliśmy, czy nawet nie wiedzieliśmy, że bezwzględny kapitalizm w społeczeństwach rozwiniętych panował tylko w XVIII i XIX wieku i to od razu w wojnie społecznej”. Co to znaczy „zapomnieliśmy”? Nie trzeba było nawet kończyć uniwersytetów, żeby wiedzieć, że pod koniec XX i na progu XXI w. praktykowanie manchesterskiego kapitalizmu, nawet w imię koniecznego zmniejszania różnic dzielących Polskę od wysoko rozwiniętych krajów kapitalistycznych, musi doprowadzić do masowej frustracji społeczeństwa i moralno-politycznej klęski pierwszej „Solidarności”, a zwłaszcza jej politycznych i duchowych przywódców z lat 80. W ostatniej dekadzie XX w. mieli oni przemożny wpływ na polską politykę. „Aby wejść nawet na najwyższą górę – pisze Kuroń – trzeba iść krok po kroku”. Otóż to. Ale dlaczego mądrzy ludzie nie kierowali się tą prawdą po 1989 roku?
A teraz pro domu sua. Po przejęciu władzy przez opozycję demokratyczną miałem nadzieję, że jej

elita przedstawi narodowi

swój własny, polski, oryginalny pomysł budowy ustroju społecznego, który byłby syntezą tego, co ważne dla mas w każdym ustroju społecznym. Można powiedzieć, że wciąż bliska mi była teoria konwergencji (łac. convero – zbieżność, tworzenie się jakichś zbieżności), głoszona w latach 70. przez Zbigniewa Brzezińskiego, a zwalczana wtedy przez mój obóz polityczny. Żyłem złudzeniem, że Polskę, największy kraj w Europie Środkowo-Wschodniej (oczywiście, z wyłączeniem wtedy jeszcze istniejącego Związku Radzieckiego), dysponujący silnym zapleczem intelektualnym, zajmujący pomostową pozycję między Wschodem i Zachodem, czerpiący swoją siłę z kultury śródziemnomorskiej, stać na własny model ustroju, który mógłby stać się wzorem dla narodów o tym samym poziomie opóźnień cywilizacyjnych. Wkrótce okazało się, że nic z tych rzeczy. Czy było to myślenie naiwne? Nie sądzę, ponieważ istniały wymienione powyżej przesłanki uzasadniające moje oczekiwania. Zastanawiam się, czy mamy realną szansę na powrót do istoty teorii konwergencji. Pytanie nie jest jednak bezzasadne, skoro wiadomo, że przyjęty model kapitalizmu nie jest akceptowany przez większość ludzi pracy.
Elita tworząca Unię Wolności winna jest narodowi wyjaśnienie, jakie były rzeczywiste przyczyny zlekceważenia podstawowych interesów ludzi pracy najemnej, rezygnacji z refleksji nad stanem świadomości społecznej, która kształtowała się w ustroju zgoła odmiennym od praw rządzących kapitalizmem. Przecież chyba nie z wrogości bądź nienawiści do komunizmu, a jeśli nawet, to dlaczego trzeba było ukarać naród „wilczym kapitalizmem”? Godzi się tu przypomnieć, że w minionym dziesięcioleciu nie brakowało ostrzeżeń, że przyspieszone budowanie kapitalizmu prowadzi do napięć i konfliktów społecznych, których skutki mogą zaważyć nie tylko na egzystencji obecnych, ale i przyszłych pokoleń. Ci, którzy je wygłaszali, byli traktowani z ledwo ukrywaną pogardą. Ot, nostalgicy, więźniowie peerelowskiej przeszłości, ograniczeni w rozumieniu współczesnego świata itp. Domagam się od elity Unii Wolności wyjaśnień, ale nie bez grzechu jest także eseldowska lewica, która pod presją solidarnościowych sił prokapitalistycznych faktycznie akceptowała główne kierunki polityki gospodarczej i społecznej, ustalane przez czołowych transformatorów ustrojowych.
W końcowej części artykułu Jacek Kuroń i Adrian Zandberg proponują „zainicjowanie obywatelskiej debaty – Jakiej Polski chcemy? Przez minione dziesięć lat elity, prowadząc zasadnicze dzieło przebudowy ustrojowej, nie zadały społeczeństwu tego pytania”. Mistrz i uczeń (to nie ironia!) dotknęli najważniejszego problemu, o którym warto porozmawiać. Zacznijmy od przypomnienia, że zarówno przy Okrągłym Stole, jak i w okresie kampanii wyborczej przed wyborami do Sejmu w czerwcu 1989 roku, ówcześni przywódcy opozycji nie powiedzieli ani jednego słowa, że w przypadku zwycięstwa wyborczego gospodarka rynkowa, którą zapoczątkował mój rząd, posłuży odbudowie kapitalizmu na ziemiach polskich. Czy ktokolwiek mówił wtedy o prywatyzacji zakładów pracy i reprywatyzacji, o tym, że samorządy robotnicze nie będą miały racji bytu, że – wreszcie – robotnik będzie musiał przyjąć do wiadomości, iż jego status społeczny ulegnie zasadniczej zmianie? Czy ktokolwiek uświadamiał narodowi, że przede wszystkim pieniądz będzie określał pozycję w społeczeństwie, że trzeba się będzie pogodzić z rozwarstwieniem społecznym, podziałem na prywatnych pracodawców i pracobiorców, na burżuazję i ludzi pracy najemnej, z masowym bezrobociem, z biedą, a nawet z nędzą? Można by mnożyć pytania, ale darujmy je sobie, choć zapomnieć się o nich nikomu nie uda. Gdyby w 1989 roku społeczeństwo usłyszało, jaka rysuje się przed nim przyszłość, to bardzo wątpliwe, że „Solidarność” wyszłaby z wyborów w 1989 roku jako zwycięska siła. Być może ówcześni czołowi przywódcy „S” (mam na myśli przede wszystkim polityków tej klasy, co Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki i Adam Michnik) są w stanie wyjaśnić, jak to się stało, że po 1989 r. porzucili swoją wizję Polski samorządnej i praworządnej, sprawiedliwej, z podmiotową rolą w państwie ludzi pracy najemnej. Co było przyczyną, że stali się orędownikami budowy kapitalizmu w Polsce, bo przecież nie można ich podejrzewać, że marzyli o tym, by stać się posiadaczami.
Niedawno uczestniczyłem w konferencji naukowej, na której dyskutowano także o roku 1989. Powiedziałem tam m.in., że przecież ówcześni przywódcy opozycji zarówno przy Okrągłym Stole, jak i w kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu ani jednym słowem nie dali do zrozumienia, że są zwolennikami przywrócenia w Polsce ustroju kapitalistycznego. Na to odezwał się ktoś z sali: „Byli, byli, tylko udawali, że nie jest to ich celem”. Czyli że prowadzili nieczystą grę wobec wyborców, a także wobec mojego obozu politycznego. Nie chcę w to wierzyć. Natomiast uważam, że wciąż jeszcze społeczeństwu należy się wyjaśnienie, dlaczego elity „prowadząc dzieło przebudowy ustroju” – jak piszą autorzy artykułu – nie zadały społeczeństwu pytania „jakiej chcemy Polski?”. Skoro opozycję demokratyczną do władzy wyniosła „Solidarność”, ruch społecznopolityczny, to czyż nieuzasadnione było oczekiwanie, iż po przejęciu władzy przywódcy obozu solidarnościowego uczynią to, czego teraz, po dwunastu latach, domaga się Jacek Kuroń? Nic takiego nie nastąpiło, a przecież istotą wyborów w 1989 roku nie była alternatywa socjalizm czy kapitalizm, lecz budowa państwa, którego wyraźne kontury zostały nakreślone przy Okrągłym Stole. Czy zatem nie jest uzasadnione stwierdzenie, że wyborcy, którzy zawierzyli przywódcom opozycji, zostali – delikatnie się wyrażając – wyprowadzeni w pole? Zamiast współdecydowania o tym, jaka ma być Polska, uzyskali obywatelski przywilej pójścia raz na cztery lata do lokalu wyborczego i postawienia krzyżyka przy kandydacie, którego sobie upatrzyli. Tak skończył się sen o udziale mas solidarnościowych w urządzaniu polskiego gospodarstwa. Urządza je elita polityczna i zagraniczny oraz krajowy kapitał. Ten drugi zresztą, jako słabszy, w znacznie mniejszym stopniu. „Narody Europy Wschodniej – mówi Aleksander Smolar – obaliły komunizm, by stać się panami własnych losów”. A stały się? Chciałoby się usłyszeć przekonującą odpowiedź na to pytanie, bo nie jest nią stwierdzenie, że musiało dojść do nieuniknionej

konfrontacji romantycznych ideałów

czasów walki z dość pospolitą codziennością czasów budowania. Budowania czego? Nie oczekuję odpowiedzi od prawicowych polityków, a tym bardziej od tych historyków i publicystów, którzy od lat ćwiczą się w posługiwaniu antykomunistycznymi banałami. Dla nich największym nieszczęściem jest „niedokończona rewolucja” 1989 r. Zapewne „dokończenie” miałoby polegać przede wszystkim na pozbawieniu praw obywatelskich ludzi mojej formacji. Ci, pożal się Boże, żądni „dokończenia rewolucji” zapominają, że w 1989 r. obóz solidarnościowy nie zdobył władzy na barykadach, lecz w wyniku porozumienia Okrągłego Stołu i wyborów, w których – co warto przypomnieć – obóz rządzący w PRL, po czterdziestu latach sprawowania władzy, uzyskał ponad 25% głosów. W prawicowej prasie powtarza się jak refren biadolenie, że gdyby rewolucja (?) została dokończona, to zarówno wczoraj, jak i dziś prawica rządziłaby ku chwale Polski i Europy. Skoro – mówią – nie dokończyliśmy dzieła, to lewica przy poparciu Michnika i jemu podobnych liberałów „grubokreskowiczów” nie tylko się ostała, ale wykorzystując nostalgię za PRL i zrozumiałe niezadowolenie z historycznych reform rządu Jerzego Buzka, stała się na tyle silna, że przejęła władzę, a to – ich zdaniem – oznacza prawdziwe nieszczęście dla Polski. Nie z nostalgii za PRL rosło w ostatnich latach poparcie dla lewicy, a zwłaszcza SLD, ani też nawet nie z powodu nieudolnych rządów AWS, wspieranej przez Unię Wolności niemal do końca. Poparcie rosło, bowiem ludzie nie takiej Polski oczekiwali od zwycięzców. To chyba jest aż nadto oczywiste.
Jacek Kuroń i Adrian Zandberg marzą o obywatelskiej debacie nt. „Jakiej chcemy Polski”. Marzenie uzasadnione, ale czy realne? Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie, rozglądając się po scenie politycznej. Autorzy artykułu piszą, że „współczesne środki informatyczne pozwalają, jak nigdy, na upowszechnianie wszelkiej debaty społecznej”, co jest prawdą, ale ja nie dostrzegam wśród menedżerów prasy, telewizji i radia skłonności do podejmowania tematów, które obaj autorzy uważają za część pożądanej przez nich debaty. Nie sądzę też, żeby do udziału w niej przystąpili zwolennicy takiego właśnie kapitalizmu, jaki zapuszcza korzenie w polskiej ziemi, a więc nie tylko posiadacze mniejszych lub większych fortun, lecz także środowisko suto opłacanych menedżerów, tych, którym się udało, dziennikarzy nadających ton w prasie, radiu i telewizji, wśród których nie brak zaprzysięgłych zwolenników neoliberalnych teorii ekonomicznych, intelektualistów, którzy uważają, że ich czas minął, nie mówiąc już o artystach. Za taką debatą z pewnością nie tęskni klasa polityczna. Nie dostrzegam też w młodym pokoleniu hufców gotowych podjąć wezwanie Jacka Kuronia. Zrozpaczeni młodzi bezrobotni szukają jakiegokolwiek zajęcia i nie w głowie im dyskutowanie o Polsce.
A o czym to obaj autorzy chcieliby prowadzić debatę? Ano o deficycie demokracji w społeczeństwie, ponieważ, jak piszą, zapomnieliśmy o „ekonomicznym wymiarze demokracji”. Rozwinięciem tej trafnej diagnozy jest stwierdzenie, że w każdym zakładzie pracy istnieje problem rzetelnego przedstawicielstwa. „Dziś znacząca większość pracowników, zwłaszcza w sektorze prywatnym, jest go pozbawiona”. To prawda, ale czy Kuroń służy dowodem, że działacze związkowi (by nie powiedzieć – bonzowie), zarówno „Solidarności”, jak i OPZZ, walczą o zakładanie komórek związku zawodowego w prywatnych fabrykach i przedsiębiorstwach? Ja takiego przykładu nie znam. Kuroń zapewne o tym wie i dlatego postuluje stworzenie w Polsce rad zakładowych wybieranych przez związki zawodowe i grupy pracownicze. Pewnie, że pomysł jest godny uwagi i poparcia, ale chyba wie też, że dziś aktywność społeczna, a zwłaszcza występowanie w obronie praw zagwarantowanych konstytucją i kodeksem pracy, jest skutecznie ograniczane wiszącą nad każdym pracownikiem groźbą wyrzucenia go za bramę. Ile to już razy słyszałem: „u mnie nie ma związku zawodowego i nie będzie”.
Kolejny proponowany przez autorów artykułu temat debaty to „odwrócenie dotychczasowej tendencji wzrostu rozpiętości między dochodami różnych grup społecznych i dążenie do wyrównania poziomu życia obywateli”. Cel szlachetny, ale możliwość jego osiągnięcia, przy kontynuacji przyjętego modelu rozwoju kapitalistycznego, nader iluzoryczna. Jedyny realny postulat to „konieczne wprowadzenie restrykcyjnej kontroli, czy zyski generowane przez polskie filie międzynarodowych multikorporacji nie są wyprowadzane – nieopodatkowane – poza granice Polski”, ale do tego nie jest potrzebny społeczny dyskurs. Wystarczy decyzja rządu i jej konsekwentne przestrzeganie.
Czy zatem Jacek Kuroń i jego młody przyjaciel zaprezentowali

jeszcze jedną utopię?

Mam nadzieję, że nie. Krytyczne spojrzenie na minione dwanaście lat budowy kapitalizmu jest uzasadnione i potrzebne. Nie ma takiej księgi historii, w której zapisano, że model kapitalizmu realizowany w Polsce jest jedyny, że nie ma innej drogi rozwoju. Chyba że uznamy, iż taki właśnie model jest dogmatem i, jak każdy dogmat, jest niepodważalny. Byłoby z pewnością korzystne dla rozpoczęcia takiej debaty, ściślej, wymuszenia jej na tej części klasy politycznej, która nie podlega różnym aberracjom, gdyby uznał za konieczne przewartościowanie ocen PRL z czasów walki, co zbliżyłoby partie i ludzi mających świadomość, że konieczna jest głęboka refleksja nad drogą, po której toczy się polski wóz. Propozycja Kuronia i Zandberga miałaby większe szanse powodzenia, gdyby wyciągnięto rękę do Sojuszu Lewicy Demokratycznej, realnej siły politycznej. Trudno Sojusz w tak poważnej debacie pominąć czy wrogo traktować. Marginalizacja Unii Wolności w ostatnich wyborach wskazuje, że obywatele lokują swoje nadzieje w innych ugrupowaniach, przede wszystkim w SLD.

 

 

 

Wydanie: 1/2002

Kategorie: Opinie

Komentarze

  1. kristal
    kristal 21 października, 2015, 12:17

    Od dawna już mówiłam że w 89 roku nikt nie powiedział dokładnie Polakom, tym wszystkim ludziom którzy z taką nadzieją popierali Solidarność i jej działania dotyczące zmiany ustroju co to znaczy kapitalizm, gospodarka rynkowa i jak to naprawdę wygląda w innych krajach zachodnich. Lidziom wydawało się że kapitalizm to wspaniały świat gdzie wszyscy są bogaci i dobrzy, gdzie mit pucybuta sprawdza się w każdym przypadku. Nikt ich nie wyprowadzał z błędu. Czasem myślę że to było celowe działanie pewnych grup osób związanych z kierownictwem Solidarności aby za wszelką cenę ten ustrój zmienić dla ściśle określonych celów. Zwykli ludzie zostali oszukani. Jacek Kuroń musiał zdawać sobie z tego sprawę i może właśnie ta świadomość powodowała u niego szukanie recepty na złagodzenie skutków tego co zaczął Mazowiecki z Balcerowiczem, co przełożyło się na jego problemy zdrowotne i chorobę. Nie wierzę też że Wałęsa mówiąc swoje słynne „Nie o take Polske Walczyłem” naprawdę nie wiedział o co chodzi.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • JKP
      JKP 23 października, 2015, 17:12

      Refleksje dotyczące doświadczeń Adriana Zandberga lidera partii RAZEM, którego mentorem był JACEK KUROŃ, wybitny Polak – Kawaler Orderu Orła Białego, z którym wspólnie w końcu roku 2001 opublikowali w „Gazecie Wyborczej” artykuł pod wiele mówiącym tytułem ”III RP dla każdego” (- co określa świadomość obu autorów, że „wolna” Polska dotychczas powstała tylko dla wybranych i ich sponsorów). Tak więc, jeśli ktoś sądzi, że pan Adam Zandberg (ur.1979) jest kosmitą, to myli się potwornie, gdyż ten młodo wyglądający człowiek zajmuje się polityką od co najmniej roku 2001. Jacek Kuroń, człowiek przyzwoity – wyznający zasadę „najpierw być, a potem mieć”, do tego choć polityk, to nieprzekupny – czuł się oszukany i postawiony w sytuacji trudnej, wręcz niemożliwej dokonania do zwrotu. Intelektualiści świadomi wymuszonego z zewnątrz kierunku przemian w Polsce, Karol Modzelewski, Seweryn Blumsztajn nie weszli do głównego nurtu sprawowania władzy w państwie na etapie szokowej transformacji ustrojowej. Lech Wałęsa pozostał ikoną solidarności – tej przez duże „S” jak też i przez małe pisanej – nie potrafił niestety pogodzić misji Trybuna Narodu z funkcją Jego Prezydenta i choć dokonał wiele, to dziś w Polsce nie jest doceniany przez wszystkich sprawiedliwie. Bardziej ceni go współczesna Lewica niż jego towarzysze walki o Polskę tylko nie taką, o jaką wywalczyli. Teraz, ale już nie w porę, lud zaczyna dostrzegać kto sprzeniewierzył się ideałom „Porozumień sierpnia 1980 roku”, lecz Obywatele Polski ciągle wystawiają plecy do bicia, głosując na tych, którzy identyfikują się z Narodem, a współczując i obiecując ludziom cuda i życie wieczne, walą ich po wyborach gdzie popadnie. To niebywałe, ale głosowanie większości uczestniczących w wyborach ludzi pracy najemnej na Prawicę nasuwa porównanie do sprzedanych kurczaków głosujących na sieć KFC. Taki stan rzeczywistości udowadnia bezsprzecznie, że rozwój kultury i edukacji społeczeństwa nie wyprzedził zarówno przemian cywilizacyjnych w obszarach techniki i technologii, jak również i przede wszystkim reguł demokracji, a często wręcz nie nadążył za tymi przemianami. Od intelektualistów opozycyjnych wobec władz PRL oczekiwano (nie bezpodstawnie), że potrafią właściwie ocenić znane sobie elity polityczne. Strona opozycji, mając mandat zaufania Narodu oświadczyła jawnie: Socjalizm tak, ale wypaczenia nie. Rzeczywistość potoczyła się wspak. Jeśli Rodacy uważają, że mają powody do radości, to można im tylko pogratulować dobrego samopoczucia i zadowolenia ze swojego myślenia.
      Niech odpowiedzią na komentarz czytelniczki zalogowanej jako „kristal” będzie krótkie stwierdzenie: Ma Pani całkowitą rację, a ja pozwoliłem sobie jedynie na rozwinięcie tematu.

      Odpowiedz na ten komentarz
  2. Anonim
    Anonim 21 października, 2015, 12:48

    Autor tego tekstu powołuje się na polityków tej klasy, co Jacek Kuroń, Balcerowicz, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki i Adam Michnik, którzy zbudowali Polakom obecny los. Rodzi się pytanie kim ci ludzie byli lub są i czy rzeczywiści chodziło im o dobro Polaków?

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy