Najazd PiS-jonarzy

Najazd PiS-jonarzy

Główną troską Urbańskiego jest to, żeby program podobał się Jarosławowi Kaczyńskiemu

Nie oszukujmy się, obecny stan mediów publicznych to nie jest efekt przypadku, lecz świadomej gry. Ich przejęcie było pierwszą akcją PiS po wyborach, ustawę zmieniającą skład Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji przeprowadzono przez Sejm w trybie ekspresowym, tak żeby zdążyć jeszcze przed końcem roku 2005. Potem prezesem TVP został Bronisław Wildstein, decyzja o tej nominacji zapadła po jego rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim. Wildstein miał zrobić „porządek” w TVP i zrobił, wyrzucając dziennikarzy i dyrektorów programów. I pilnując, by nie było emisji tak niesłusznych filmów jak „Stawka większa niż życie” czy „Czterej pancerni i pies”.
Jarosław Kaczyński dał, Jarosław Kaczyński wziął. Szef PiS uznał w pewnym momencie, że Wildstein nie spełnia jego oczekiwań, więc Rada Nadzorcza TVP wymieniła go na Andrzeja Urbańskiego.

Prezes obiecuje

Urbański był z Kaczyńskimi jeszcze w czasach PC, był wtedy m. in. redaktorem naczelnym „Expressu Wieczornego”, który to tytuł partia ta otrzymała od Komisji Likwidacyjnej RSW. Potem miał długi polityczny flirt z liberałami, by ostatecznie znaleźć się u boku Lecha Kaczyńskiego i przygotować go do batalii o fotel prezydenta Warszawy w wyborach samorządowych w 2002 roku. A trzy lata później do batalii o prezydenturę Rzeczypospolitej.
Teraz stoi przed równie ważnym zadaniem. I wykonuje je z zapałem.
„Parę razy premier chwalił się w rozmowie ze mną, że ma bardzo dobre relacje z prezesem Urbańskim, a Urbański jest już wobec niego spolegliwy, że wydzwania kilkanaście razy dziennie i tłumaczy się, dlaczego TVP nie relacjonuje wydarzeń tak, jak chciałby premier”, mówił niedawno Roman Giertych „Gazecie Wyborczej”. I w tej rozmowie odsłonił kuchnię polityczną IV RP, np. w sprawie białego miasteczka pielęgniarek przed Kancelarią Premiera: „Premier sam mi opowiada, jak tłumaczył telefonicznie Urbańskiemu, jak ta sprawa ma być relacjonowana w telewizji publicznej, chodziło mu o to, by tego zbytnio nie nagłaśniać. (…) Premier opowiadał mi, że prezes Urbański zadzwonił do niego rano tego dnia, kiedy Blida popełniła samobójstwo, i zapewnił go, że telewizja nie zrobi wokół tego szumu. Ale potem było o tym bardzo głośno. I gdy byłem w gabinecie premiera, akurat prezes Urbański telefonicznie tłumaczył się Kaczyńskiemu, że nie był w stanie zapanować nad dziennikarzami. Prezes obiecał Kaczyńskiemu, że to się zmieni w sierpniu, jak wyrzuci część dziennikarzy”.
Ta obietnica została spełniona. Tego lata w „Wiadomościach” wymieniono większość reporterów. Wcześniej były awantury, kiedy dziennikarze próbowali bronić swej niezależności. Tak było z protestem pielęgniarek przed Kancelarią Premiera, kiedy to, wbrew poleceniu szefowej „Wiadomości”, Doroty Maciei, protest poszedł jako pierwsza informacja. Tak było podczas pogrzebu Barbary Blidy, gdy szef Agencji Informacji (czyli „czapki” nad programami informacyjnymi TVP), Jarosław Grzelak, zabronił wyemitowania słów Kazimierza Kutza, wygłoszonych nad grobem, że jest „ofiarą kamiennych serc”.
Dziennikarze i wydawcy, którzy w tych sprawach sprzeciwili się kierownictwu, zostali już odsunięci. Odsunięty został m.in. prezenter Marcin Leśkiewicz, odszedł reporter Tomasz Lipko, wydawcy Grzegorz Kozak, Monika Sieradzka i Piotr Jaźwiński już nie wydają…
Na ich miejsce przyszli nowi. Np. Miłosz Horodyski, dziennikarz, który został wyrzucony z publicznego radia w Krakowie w roku 2006, ponieważ podczas wyborów samorządowych na publicznym sprzęcie nagrywał reklamówki wyborcze PiS oraz materiały atakujące konkurentów PiS. W tym czasie jego żona startowała do rady miasta z listy tej partii.

Kotecka pilnuje

Ale najważniejszą osobą w programach informacyjnych TVP jest dziś Patrycja Kotecka, formalnie p.o. zastępca szefa Agencji Informacji.
Kotecka pracę w dziennikarstwie zaczynała w dziale warszawskim „Super Expressu”. Potem pracowała w „Życiu Warszawy” i TV 4, gdzie prowadziła magazyn śledczy „Detektor – raport Czwórki”. W 2003 r. prokuratura zarzuciła jej, że za pieniądze próbowała namówić pracownika Polkomtelu do przekazania jej billingów Lwa Rywina.
Ostatecznie sąd umorzył jej sprawę. Zbigniew Ziobro, wówczas poseł PiS, mówił: – To mądra decyzja sądu. Oskarżenie było absurdalne!
Dziś Kotecka jest człowiekiem Ziobry w TVP. Jak ujawnił branżowy miesięcznik „Press”, gdy w internecie ukazał się artykuł, który ją krytykował, natychmiast ukazały się wpisy ją broniące. Sprawdzono, skąd zostały nadane. Okazało się że z komputerów z biura prasowego Ministerstwa Sprawiedliwości…
Nic dziwnego, bo Kotecka bardzo pilnuje, by w „Wiadomościach” nie ukazała się żadna niekorzystna dla PiS informacja.
– Tego nie puszczamy, bo to może zaszkodzić PiS – nie waha się mówić do reporterów i wydawców.
Gdy zaczął zeznawać Janusz Kaczmarek, Kotecka osobiście instruowała dziennikarzy, o co mają pytać i jaki wydźwięk ma mieć tekst. Pilnuje też, by do emisji nie dostała się jakakolwiek informacja mogąca zaszkodzić Zbigniewowi Ziobrze.

Telewizja traci

Jeden z pracowników telewizji, ale nie z placu Powstańców (tam wydawane są programy informacyjne), lecz z Woronicza, gdy opowiadaliśmy mu te historie, tylko się roześmiał: – A myśli pan, że u nas jest inaczej?
Rzeczywiście, zapatrzeni w programy informacyjne zapominamy o programach publicystycznych TVP, które dawno już przekroczyły granicę dzielącą dziennikarstwo zaangażowane od dziennikarstwa usługowego. „Misja specjalna” na pewno przejdzie do historii polskiego dziennikarstwa jako przykład nierzetelności i napastliwości. Program „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego już dawno powinien nazywać się „Warto zakrzyczeć”. Stronniczość wdarła się nawet do programu „Forum”, z założenia mającego być programem, w którym swoje poglądy mogą wyłożyć przedstawiciele sejmowych ugrupowań. Teoretycznie tak jest, w praktyce prowadząca go Joanna Lichocka przerywa niepodobające się jej wypowiedzi.
Efekt tego wszystkiego jest taki, że telewizja publiczna (choć publiczna jest tylko z nazwy) systematycznie traci widzów. Prezes Urbański próbuje się ratować filmami z czasów PRL oraz mało ambitnymi programami rozrywkowymi, ale niewiele mu to daje. Według danych AGB Nielsen, jeszcze rok temu TVP 1 miała 22,59% udziałów w rynku, a dziś ma 21,92%. Jeszcze większy spadek zanotowała Dwójka – z 19,25% do 18,28% udziałów.
Jeżeli ten trend się utrzyma, już niedługo oba programy zostaną wyprzedzone przez Polsat (16,52%) i TVN (16,51%). A wtedy zacznie się zjazd telewizji publicznej, bo zaczną uciekać reklamodawcy.
Ale to dla PiS-owskiej ekipy w TVP jest zupełnie nieważne. Dla nich liczą się tylko październikowe wybory.

 

Wydanie: 39/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy