Nasza szkapa

Premier Belka z obrzydzeniem łajał Sejm za urządzenie kiepskiego teatru politycznego, marnych przedstawień. Ale sam przecież w ten nurt teatralny się wpisał, sugerując w „Polityce”, i nie dementując od razu, swój rychły transfer do nowej partii Władysława Frasyniuka. Rozgrzał tym ponownie dyskusję o terminie wyborów parlamentarnych. Dyskusję zstępczą, typową dla polskiego, marnego teatru politycznego. Bo przecież gdyby chłodno skalkulować za i przeciw czerwcowego i wrześniowego terminu wyborów, to ten jesienny ma tylko jeden walor. Wprowadza nowy terminarz polityczny, który pozwala nowemu rządowi przygotować swój autorski budżet. Eliminuje groźbę kukułczego jaja, podrzuconego przez ustępującą ekipę. Wtedy kiedy ekipa rządząca wybory przegrywa, choć przecież nie musi. Ten argument jest teraz osłabiony, bo budżet Polski musi być skorelowany z partnerami z UE i z biegiem lat coraz mniejsze będzie pole do kukułczych zachowań.
Jeszcze w styczniu premier Belka przedkładał kierownictwu SLD i klubu parlamentarnego spis ustaw, które powinny być uchwalone jeszcze przez ten Sejm. Wśród nich jest ustawa o kinematografii, którą współtworzyłem i jestem zainteresowany uchwaleniem jej w tej kadencji. Bo to trzecie sejmowe podejście do tej ustawy. Bo ludzie kultury czekają na nią. Jeśli Belka mówi o swej propaństwowości i obrzydzeniu do partyjniactwa to czemu wywołuje spektakl polityczny, który tylko dezorganizuje prace Sejmu nad pilnymi ustawami. Zachęca opozycję do stosowania obstrukcji w procesach komisji sejmowych, bo oni czują rychłe rozwiązanie tego parlamentu. Bo nagle mają niespodziewanego sojusznika. Jak może wymagać od klubu SLD mobilizacji przy uchwalaniu przedłożonych przez rząd ustaw, kiedy traktuje SLD już nie jak „paczkę gwoździ”, ale zdechłego psa. To prawda, że SLD ledwo już oddycha, ale jak stara szkapa powinien dociągnąć do końca kadencji i uchwalić kilkadziesiąt ustaw, uznanych właśnie przez premiera Belkę za niezbędne.
SLD może zdechnąć, ciągnąc kadencję tego Sejmu do końca. Nie dla tych trzech miesięcy uposażeń i diet, tylko trzech miesięcy pracy legislacyjnej. SLD może szybciej zdechnąć, bo aktualnie nie ma w Sojuszu jednego ośrodka decyzyjnego. Krzysztof Janik rządzi jeszcze klubem parlamentarnym, który jest wciąż instrumentem politycznym. Słabnącym, ale jest. Józef Oleksy rządzi partią, która niewiele już znaczy, bo nie ma siły politycznej. Nie poprowadzą liderzy SLD ludzi na wielotysięczne wiece w obronie lewicowych wartości. Już w kampanii do europarlamentu aktyw SLD miał kłopoty z zebraniem podpisów pod listami poparcia. Teraz ta armia jest jeszcze na papierze, ale realnie poważnie przetrzebiona.
SLD nie ma nadal planu politycznego na wybory ani planu, jaką opozycją w przyszłym parlamencie będzie. Złośliwi mówią, że liderzy SLD grają na te 8% poparcia, bo da ono fotele w Sejmie tym z pierwszych miejsc na listach wyborczych, czyli im. Liderzy się wyżywią, a reszta niech się martwi o swą lewicowość, swoje miejsca pracy w czasie rządów prawicy. O przyszłość swoich dzieci.
Tak jest obecnie, na początku marca, choć tak być nie musi. Ale o wspólnej liście lewicy jakoś ostatnio mało się słyszy.

Wydanie: 10/2005

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy