Nazywają mnie skandalistką

Nazywają mnie skandalistką

Zielone paznokcie, czerwone włosy – po co mam ludziom sprawiać zawód

Rozmowa z Anną Bojarską

Anna Bojarska – autorka kilkunastu książek, z których najgłośniejsze to „Czego nauczył mnie August”, „Biedny Oskar” i „Siostry B.”. Ta ostatnia napisana wspólnie z siostrą Marią – wdową po Tadeuszu Łomnickim, autorką „Król Lear nie żyje”. Mieszka z mężem w Paryżu. Syn Max studiuje w Warszawie. Ostatnio ukazała się książka „List otwarty do królowej Wiktorii”.

W programie telewizyjnym poskarżyła się pani, że straciła miejsce pracy – stały felieton w kobiecym magazynie, porzucił ją mąż i na dodatek okradli mieszkanie. Tylko tyle?
– Moment, to nie tak! Nie „skarżyłam się”. To miało być śmieszne! Chciałam dać na koniec wywiadu mój ukochany cytat z „Opowieści Hollywoodu” Hamptona: „W poniedziałek skończyłem 40 lat, we wtorek wybuchła wojna światowa; zdarzało mi się milej zaczynać tydzień” – bo tak się składa, że to akurat była środa. Nie zdążyłam. Przerwano mi z braku czasu.
Więc co pani chciała powiedzieć?
– Że zjawiam się w tej telewizji w porze, w której przywykłam kłaść się spać, umówiony kierowca nie przyjechał, stałam godzinę na mrozie w śniegu po kolana, cudem złapałam taksówkę, ale zdążyłam na ostatnie sekundy programu, mowy nie ma o żarcikach czy puentach. Mam najwyraźniej początki zapalenia płuc (co się okazało prawdą), straciłam jedyne źródło utrzymania, małżeństwo mi się rozleciało, okradli mnie: naprawdę, zdarzało mi się lepiej zaczynać tydzień! Z czego nie wynika oczywiście, że następny nie będzie trochę lepszy…
Co do męża, faktem było, że poprzedniego dnia, jak już tysiące razy wcześniej, mniej więcej we wszystkie dni parzyste, zerwaliśmy ze sobą „na zawsze”, ale wiedziałam, że się jak zwykle pogodzimy. Z felietonem w kobiecym magazynie było tak, że po prostu nagle przestano mnie drukować, płacić też, a mam tam formalną umowę na stałą współpracę z „klauzulą wyłączności”. Że niby nie wolno mi drukować gdzie indziej, a za to będę dostawać co miesiąc tyle a tyle. Nie dostaję, umowy też nikt nie wypowiada. Ja jej przestrzegam na 200%. Dostarczam zamówione teksty, nie dostaję pieniędzy, na listy, faksy i e-maile nikt nie odpowiada, polska normalka. Masa małych intryżek – jakbym była żabą z tego bajorka i chciała komuś odebrać etat czy co. Włamywacze kradną głównie tzw. elektronikę, rzeczy do odzyskania. Po prostu zdarzało mi się lepiej zaczynać tydzień. I to miało być śmieszne! Tylko „czas antenowy” mi się za szybko skończył. A ludzie zapamiętali tyle, że „mąż mnie rzucił”, ojej, biedaczka!
Ma pani opinię skandalistki. Czy ci, którzy tak mówią, mają rację?
– Brednia, ale z czym tu walczyć? Raz przylepiono etykietkę i już się jej nie odklei.
Nie robi pani wiele, aby na nią zasłużyć?
– Na tę etykietkę? O tyle, o ile. Proszę, mam dziś zielone paznokcie, bo tyle się narozpisywano, że taka ekscentryczka, spójrzcie tylko na jej paznokcie… po co mam ludziom sprawiać zawód?
Oprócz paznokci czerwone włosy, niebieskie powieki, amarantowe usta.
– Włosy może trochę przyciemnię, za bardzo mi zjaśniały od słońca. A co do skandalizowania…
Oskar Wilde, superskandalista wszech czasów, pytany, czy to prawda, że przechadzał się po Piccadilly Street ze słonecznikiem w ręku, odpowiedział: „Ależ nie, udało mi się coś o wiele trudniejszego. Wmówiłem wszystkim, że to zrobiłem. Po co miałem się sam starać?”. Och, jakbym chciała wznieść się na ten poziom!
Ale pani się stara! Bo czymże innym jest pisanie kolejnych książek z kluczem?
– Z kluczem? I to „kolejnych”? Nic podobnego!
W ostatniej książce „List otwarty do królowej Wiktorii” pokazała pani w krzywym zwierciadle dziennikarzy, redakcję i pewną naczelną. Czy to nieprawda?
– Nieprawda. Absurd. Mieszkam w Paryżu. Wszystko, co wiem o polskiej prasie, takiej „na etat”, pochodzi od znajomych w kraju. I od tutejszych też, czy są dziennikarzami, czy pracują w biurach. To już prawie to samo. Moja bohaterka mogła równie dobrze być urzędniczką albo sekretarką. Nie mogłam z niej zrobić lakiernika samochodowego, bo każdy lakiernik by mnie wyśmiał za nieznajomość realiów. Tu akurat pewne realia znam, choćby ze słyszenia.
W „Liście otwartym…” sportretowała pani świat magazynów kolorowych „niezamierzenie” złośliwie.
– A co ja mogę wiedzieć o świecie polskiej „kolorówki”? Nigdy w niej nie pracowałam i żyję gdzie indziej. Tyle że wszędzie jest tak samo. Czyli bardzo zabawnie.
Wszędzie ogląda się te same seriale, wszędzie czyta się identyczne szmatławce, wszędzie żyje się tymi samymi problemami: „Ojej, ojej, Hugh Grant włożył dwurzędową marynarkę”. Wymyśliłam sobie dziewczynę, która jest na 100% żabą z tego bajorka. Tylko coś jej się w tym bajorku nie podoba. Coraz bardziej i coraz bardziej. Nie kazałam jej skończyć kursu pilotażu i walnąć starą cesną w Biały Dom albo w meczet w Mekce. Nie zrobiłam z niej Lary Croft. Czysty realizm.
Swoją drogą – czy pani zauważyła, że ta książka wcale nie dzieje się w Polsce? Chyba że mi się jakiś przymiotnik omsknął w korekcie. To jest jakiś „nieważny europejski kraik”. Dania, Holandia, Węgry, Polska – co za różnica? Wszędzie żyje się tym, że w szmatławcu było zdjęcie Granta w dwurzędowej marynarce. Albo niczym się nie żyje, jeszcze gorzej.
Przez całe lata chodził za mną ten temat i tytuł: „List otwarty do królowej Wiktorii”. Nawet całą tę książkę raz napisałam i wyrzuciłam, bo była do niczego. Za serio. To miało być śmieszne. Jak moje rzekome żale w telewizji. Gdyby mi nie ucięli puenty. „Zdarzało mi się lepiej zaczynać tydzień”, to wszystko. Właściwie książka ruszyła z miejsca, kiedy wymyśliłam tej dziewczynie imię i nazwisko. Operową Toskę i proletariackie Misztal. Potem już było z górki.
Młoda bohaterka, która wita 2000 r. z przypadkowym kochankiem w Paryżu – dziennikarka „Superchwili” i „Superwoman” – swoje największe sekrety powierza nieszczęśliwej, pruderyjnej (choć dziś już wiemy, że nie tak do końca) królowej Wiktorii…
– Ani tak cnotliwej, ani tak pruderyjnej, jak była postrzegana ona sama i jej epoka. Kiedyś pisało się w pamiętniku: „Mój drogi dzienniczku, opowiem ci dzisiaj, co się działo. Byłam u cioci na imieninach i podano kakao z pianką”. Albo wymyślało się fałszywą przyjaciółkę: „Kochana Kitty, byłam dzisiaj u cioci, a tu nagle wpadli żandarmi i zastrzelili tatusia”. Jak u Anny Frank. Ja wymyśliłam królową-stereotyp cnót wszelakich. I też okazało się, że im więcej się wie, tym bardziej stereotyp okazuje się fałszywy. Tak ze stereotypami bywa.
Stereotypy pomagają żyć, porządkują świat.
– Dużo się zmieniło od czasów królowej, ale obłudni jesteśmy, jak byliśmy.
Za panowania Wiktorii pornografia i prostytucja kwitły, a jednocześnie nie wypadało użyć słowa „noga”, które było nieprzyzwoite. Z tego samego powodu wycofano podręcznik higieny. Jak myć ciało? Przecież ciała nie ma, wszyscyśmy czyste duchy!
Teoretycznie wiele się zmieniło. Straszliwy sentymentalizm wiktorianizmu zastąpił rzekomo równie straszliwy cynizm, wszyscy mamy nogi i najprzyzwoitsze magazyny kobiece dają szczegółowe instrukcje, jak zakładać partnerowi prezerwatywę bez użycia rąk. A jedno i drugie jest udawane. Jak w tym dowcipie: przychodzi facet do lekarza i rozpacza: „Ach, moi znajomi mówią, że mogą po 12 razy każdej nocy, a ja nie – może są na to jakieś pigułki?”. Na co lekarz: „Nie ma pigułek, jest tylko dobra rada: niech pan też tak MÓWI”. Byliśmy, jesteśmy i będziemy obłudni. Ogólnoludzkie, normalne.
Ja właściwie od początku, od pierwszego niewinnego opowiadanka, gdzie było pół stroniczki o półdziewiczej inicjacji seksualnej nastolatki, słyszałam, że skandalizuję.
Pierwszy raz serio?
– W połowie lat 80., gdy chciałam wydać w podziemiu, z którym byłam związana, powieść pod tytułem „Agitka”, której akcja rozgrywa się na Zachodzie i w Polsce, tuż przed i w czasie stanu wojennego. Bohaterem był młody intelektualista o poglądach lewicowych, ale nie tego typu, żeby mu się podobało to, co się wtedy działo w Polsce. O Zachodzie myślał: „Tam to jest prawdziwa lewica”. Poznał różnych ludzi, w efekcie czego władował się w historię szpiegowsko-terrorystyczną.
Gdzie w tym przypadku tkwił „klucz”?
– Kiedy zaczęto mnie atakować, długo nie rozumiałam, o co chodzi. Najpierw były zachwyty, potem trudności. Jan Walc – dziś nieżyjący, wtedy osoba ważna – oznajmił, że książkę by wydali, gdyby nie fakt, że szkaluję „naszych bohaterów”. To mnie zdumiało. Okazało się, że chodzi o opis stanu wojennego. O pewne detale. Tej pierwszej nocy, gdy wyważano drzwi i wyciągano ludzi z domów, opisałam scenę, jak do komisariatu na Wilczej ściągali wierchuszkę „Solidarności”, elitę. Jedni już siedzą; inni, widząc, jak przyjeżdżają kolejni, potrząsają rękami (niekiedy skutymi) i zaczynają śpiewać „Mazur kajdaniarski”. Tę scenę opowiedziała mi Halina Mikołajska, z którą się przyjaźniłam. Internowana, widziała to na własne oczy. Wydawało mi się to bardzo piękne i dzielne, ale usłyszałam, że obrażam Największych i Najświętszych. Pisać, że sobie dowcipkowali w tak tragicznej dla narodu chwili? Nie pytałam, co miałam napisać: że płakali rzewnymi łzami i na klęczkach błagali o litość? Zarzutów było więcej – jak śmiałam napisać, że ważniejsi w hierarchii podziemnej trafili w lepsze warunki więzienne niż ludzie prości i nieważni? Co z tego, że to prawda? „Pani szkaluje KOR, my tej książki nie wydamy”. Dobra. Zgłosił się wydawca z Krakowa – „My ją wydamy z radością”. OK. Wydali. Tylko z posłowiem faceta ujawnionego niedawno jako wieloletni ubecki szpicel. Gwiazdora „Gazety Wyborczej”, swoją drogą. Krytykował łagodnie moją „spiskową teorię dziejów”. Jak napisała moja siostra Maria w „Siostrach B.”, „To normalne, że przeciwko spiskowej teorii dziejów najgłośniej protestują sami spiskowcy”.
Właśnie, „Siostry B.”. Kolejny skandal. Książka, którą sąd nakazał wycofać z obiegu…
– I której dodruki ciągle widzę na straganach, w księgarni polskiej w Paryżu, w różnych miejscach – no, spodobała się. Straciłyśmy na niej wyłącznie finansowo. Poza tym sąd niczego nie nakazał. Pewna aktorka poczuła się urażona zacytowaniem żarciku, który powiedziała w obecności tłumu ludzi na jakimś przyjęciu. Na pozór proste: przepraszamy aktorkę, usuwamy kawałek o niej na wieki wieków i już. Odszkodowanie za straty moralne gotowe byłyśmy wyłożyć z własnej kieszeni, choć nas akurat, bardzo chytrze, nikt o nic nie oskarżał. Ale siny ze zgrozy wydawca powiadomił nas, że chyba wiemy, kto naprawdę za tym stoi. I że ten KTOŚ (wiadomo kto) ma już kolejkę obrażonych, którzy będą posłusznie wytaczać kolejne procesy, bo była o nich w naszej książce jakaś malutka anegdotka. Trochę KTOŚ blefował, sprawdziłam, ale co z tego? Chodziło o unicestwienie książki, bo jak nie… Wydawca się przestraszył, rozwiązaliśmy umowę, dodruki idą bez przerwy na lewo, a nas z siostrą wycieczki szkolne proszą o autografy na ulicy. Nawet w Paryżu. W sumie super.
A co pani czuła, kiedy ta aktorka-felietonistka sportretowała panią i siostrę w bardzo nieprzyjemnych słowach?
– W paszkwilu „Siostry D.” na całe dwie kolumny? Byłam ubawiona, zaśmiewałam się! Przeurocze! Pojawiają się dwie „niemłode kobiety” w minispódniczkach i z włosami po pas, zaczynają nawzajem iskać sobie wszy i dialogować w stylu: – Pamiętasz Nerona? – Ach, twój chłopczyk z zapałkami! – …Albo weźmy na przykład pułk wojska… – Już brałam.
I to ma być przeurocze?
– Przynajmniej nieźle napisane. Chociaż, oczywiście, nie chodzę w mini, nie mam zawszonych włosów po pas i nie spałam z pułkiem wojska. Poza tym autentycznie lubię tę kobietę. Genialnie zagrała w mojej sztuce wystawionej przez Wajdę, kiedy przez chwilę byłam dobrze widziana. Wiele razy mówiła, że to jej ulubiona rola. Potem kazano jej wytoczyć proces, więc go wytoczyła. Każdy podlega prawom swojego bajorka.
Więc nie pisała pani nigdy „z kluczem”?
– W pewnym sensie jako książkę z kluczem, jedną jedyną, przysięgam, można postrzegać „Czego nauczył mnie August”. Tematem są mistrz i uczeń czarnoksiężnika, który przerasta swego mistrza i wygrywa.
Sportretowała w niej pani bliskich sobie mężczyzn!
– Poniekąd. Ale czy podałam cokolwiek, czego dowiedziałam się od nich? Nic! Temat i tytuł chodziły mi po głowie od dawna – ówczesne życie polityczne. Uczeń czarnoksiężnika, taki dziwny układ jak między K. i M.: ciekawe, co z tego wyniknie? Próbowałam zgadnąć, co może wyniknąć. Zgadłam. Wystarczy porównać daty oddania książki do druku z tym, co było potem. Postarałam się poznać obu panów, wynikły z tego pewne prywatności, ale niedługie i nie bardzo serio. Tyle że moja, powiedzmy, „pisarska intuicja” otrzymała stuprocentowe potwierdzenie: owszem, jest właśnie tak, jak to sobie wyobrażałam.
Wystarczyło, aby podpaść opiniotwórczym elitom…
– Wystarczyło. Podkreślam: podobieństwa nie są ani zamierzone, ani przypadkowe, po prostu nieuniknione. Jeżeli ktoś jest działaczem podziemnym, musi mieć cechy podobne do innych działaczy podziemnych, bo oni tak właśnie zachowują się, żyją itd. Ale to nie znaczy, że to dokładnie opisana konkretna osoba.
Gdy popadłam w konflikt z M., długo nie zdawałam sobie sprawy z udziału osób trzecich. Przecież to nie było tak, że wszedł do księgarni, kupił książkę „Czego nauczył mnie August” i rozpoznał siebie.
A jak?
– Przyszli różni mali intryganci: „Adasiu, zobacz, z jaką dziwką się zadawałeś, jak cię opisała! Nie bierz tej książki do rąk, żeby się nie pobrudzić”. Nawet wiem z grubsza kto. Pojawiły się różne napaści, pisane w oczywisty sposób przez ludzi, którzy książki nie widzieli nawet z odległości kilometra. No i ten poziom polskiej elity. W „Polityce” napisano o mnie raz, że rzygam (nie widzieli, ale się domyślają, na pewno robię to co chwila), raz że – bardzo przepraszam za wulgarność, ale że pierdzę, i to „smrodliwie”, w piśmie nomen omen „Angora” nazwano nas z siostrą, i to wielkimi literami, w tytule, „prostytutkami polskiej literatury”… Mam wycinki, mam ksero – żałosne. I ja miałabym w tej sytuacji obrażać się o chociaż z jakimś talentem opisane wszy i pułki wojska? Ponieważ nie reagowałam, władcy opinii publicznej przeszli na inną metodę, lepszą.
W bohaterach „Augusta” jest najwięcej mnie samej. Niemal każda książka jest autobiografią rozpisaną na różne postaci i wątki, ale głównie autobiografią. Wie to najprostszy człowiek, czytający powieści. Podłożyłam się „elicie”, która, oczywiście, nie czyta.
Aha, kiedy za długo nie reagowałam na te wszy, prostytutki, rzygania i pierdzenia, po prostu trafiłam na czarną listę Centralnego Komputera w Polsce. Na listę tych, których nie ma. Jeśli wydadzą bestseller, nie będzie ich na żadnej liście bestsellerów – na pierwszym miejscu znajdzie się ktoś, kto sprzedał połowę tego, co ja; mnie nie będzie nawet na 20. Jeśli mam promocję, dostaję nagrodę za książkę miesiąca czy roku – to nie będzie w mediach na ten temat nawet klasycznej, malutkiej notatki petitem na drugiej stronie. Jeśli umrę, zdejmą nekrolog.
Na czarnej liście w Centralnym Komputerze jestem w znakomitym towarzystwie: największego polskiego reżysera teatralnego na przykład. A Herbert? Wszyscy wiemy, skąd nagły Nobel dla Szymborskiej. Bo Herbert, od lat hodowany na noblistę, nagle okazał się „niegrzeczny” i trafił na czarną listę. Kiedy trzeba było raz coś o nim wspomnieć, zrobiono z niego wariata. W sumie uważam, że stało się świetnie, uważam Szymborską za o wiele lepszą, ale to ten mechanizm. W roku tym a tym miał być Nobel dla polskiego poety – a tu Herbert, nasz trenowany latami koń wyścigowy, nagle się zwurdził. No to zobaczy. Och, mogłabym tak godzinami, zresztą wszyscy wiedzą, skończmy z tym.
Gazety codzienne mają niepodlegający dyskusji obowiązek informowania.
– Nie o tych z czarnej listy. Po wyjściu „Wiktorii” namówiono mnie na wyjazd do Wrocławia, jakieś podpisywanie książek w stoisku W.A.B., nic takiego. Ale wrocławska „Gazeta Wyborcza” prosiła o wywiad, chciała to nagłośnić, niewiarygodne! Czyżby coś się zmieniło, zdjęto ze mnie anatemę, popsuł się Centralny Komputer czy po prostu w tej wrocławskiej ludzie są niedoinformowani? To drugie, oczywiście. Zdjęto i wywiad, i nawet informację, że tam w ogóle będę i kiedy. Inne nazwiska poszły, moje zdjęto.
Ale z tym nekrologiem to już przesada.
– Nic podobnego. Cztery lata temu umarła moja matka. Miała raka przełyku. Cierpiała tak strasznie, że popełniła w szpitalu samobójstwo. Bardzo ją kochałam. W dodatku ukrywano przede mną do ostatniej chwili, że jest aż tak źle. Na jej prośbę. Żebym nie przyjeżdżała z Paryża, żebym jej nie widziała w tym stanie, żebym się nie martwiła. No, rąbnęło mnie to potężnie.
Pewna dobra znajoma, przyjaciółka mojej siostry od pierwszej klasy szkoły do dzisiaj, poszła do biura nekrologów „Gazety Wyborczej”, bo tam się zwyczajowo z tym chodzi. Chciała nam złożyć kondolencje. Przyjęto i kondolencje, i opłatę. Po południu telefon: – Niekompetentny pracownik przyjął kondolencje, które pójść nie mogą. – O co chodzi? – Niech pani nie udaje naiwnej, wszyscy wiemy, kim są siostry B. Pieniądze może pani odebrać jutro, tam, gdzie je pani wpłaciła. Ta zrównoważona, dorosła osoba zadzwoniła do mnie roztrzęsiona. Że dotąd nie wiedziała, że może istnieć aż taka podłość, myślała, że przesadzamy, ale teraz… Prawdę mówiąc, byłam na nią zła. Po co mi to powiedziała? Było mi dość ciężko, nie musiałam i tego wiedzieć.
Strasznie trudno mi w to uwierzyć. Spory ideologiczne nie powinny mieć nic wspólnego ze sprawami ostatecznymi. Tu nie ma prawa być „osobistego przełożenia”.
– Ale tak jest, tak było. Przysięgam na zbawienie duszy, jeśli ono istnieje, na pamięć mojej matki, na wszystko. Podaję do wiadomości redakcji nazwisko i telefon tej osoby, można sprawdzić. Zresztą nie wierzę, żeby ktoś, kogo znam od dzieciństwa, wymyślił coś takiego, odegrał wielką aktorską scenę, byle zaoszczędzić parę groszy na kondolencjach, których nikt nie oczekiwał. Swoją drogą, po powrocie z pogrzebu zastałam na automatycznej sekretarce stek wyzwisk, wcale nie anonimowych… ale to już mnie tylko rozśmieszyło. Centralny Komputer Polskiej Kultury ma w pamięci wszystkie daty, godziny, fakty. Żeby uderzyć wtedy, kiedy to najbardziej zaboli. Otóż od tamtej pory już nie boli.
Jeśli to wszystko prawda…
– Obie wiemy, że tylko malutka cząsteczka prawdy. Zresztą i tak nie wierzę, żeby ktoś to wydrukował. Poza tym nie lubię tak biadać. Nie jestem jedyna na tej czarnej liście, powtarzam. Znam parę innych nazwisk, jest ich na pewno więcej. Przestałam kumkać w tym bajorku. Już prawie nie przyjeżdżam do Polski. Ciągle piszę, bo tak mi się podoba. Bez trudu mogłabym po francusku, z większym trudem po angielsku, ale zaczynać teraz od zera, na tak trudnym rynku? Może miała rację moja babcia, że „dłużej klasztora niż przeora”, może Centralny Komputer nagle się popsuje, a może… może zmienimy temat?
Proszę. Najbliższe plany?
– Książka „Sekcja zwłok”, takie pożegnanie z bajorkiem. Pewnie razem z siostrą. To prawie gotowe, będą świetne zdjęcia i może supershow. Superstypa. Jeśli się uda, to z samą Chylińską. Książka feministyczna albo o feminizmie – jeszcze nie wiem, W.A.B. reflektuje, ale może zacznę od wersji francuskiej? Skończyć powieść „Seks itd.”, pierwsze kilkadziesiąt stron całkiem niezłe. Uruchomić wreszcie stronę internetową i spróbować czegoś naprawdę poza cenzurą: zawaliłam zapowiedziany termin przez to zapalenie płuc plus komplikacje, ale może w końcu z tego wyjdę. (To ma być www.anabo.net – początek do rozruchu prawie gotowy, ale ta choroba mnie wykończyła). Ugotować gar porządnego krupniku, zająć się haftem i malowaniem na szkle. Być miłą dla męża nawet w dni parzyste. Obszyć brązową sukienkę zielonymi kryształkami. Zacząć żebrać na ulicy i sprawdzić, czy to się opłaca. Jak tylko będzie cieplej. Napisać monodram dla Jandy. Zacząć robić nalewki i marynaty. Przetłumaczyć świetną książeczkę takiej Belgijki, Amélie Nothomb, jeśli tylko ktoś już się na to nie załapał.
Uff… dosyć! Wie pani, co ludzie o pani mówią? „Bojarska? Toż to Urban w spódnicy!”.
– Dawno nie słyszałam większego komplementu, dziękuję.
Na szczęście ludzie panią czytają.
– I chwała Bogu. Naprawdę czytają. Dostaję cudowne listy. Jestem na ulicznych straganach jak „Harry Potter”, „Protokoły mędrców Syjonu”, Chmielewska i zabijanki. Tyle zrobiono, żeby mnie nie było, góra ruszyła na mysz pewna błyskawicznej wygranej – ale jakoś ciągle jestem. Choć tyle.

 

Wydanie: 14/2002

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy