Kto będzie zaciskał pasa?

Kto będzie zaciskał pasa?

Nie możemy budować państwa cywilizowanego, mając system podatkowy, który obciąża przede wszystkim uboższych

Łukasz Komuda – ekonomista i ekspert rynku pracy Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, redaktor portalu RynekPracy.org.

Czy wraz z początkiem jesieni i widocznymi w budżecie państwa skutkami koronakryzysu premier Mateusz Morawiecki ogłosi, że przychodzi czas zaciskania pasa?
– Ciekawsze pytanie brzmi: komu trzeba będzie pasa zacisnąć. Budżet jaki jest, każdy widzi: wiadomo, że będzie deficyt i będą problemy ze sfinansowaniem obietnic z tych i poprzednich wyborów. Już widać też próby sięgania po dodatkowe środki, nierzadko uzasadniane dobrem społeczeństwa, jak przy podatku cukrowym i podatku od tzw. małpek. Jednak np. cięcia w budżetówce, którymi nas nastraszono, nie będą aż tak głębokie i poważne. Jeśli potwierdzi się wiadomość, że dotkną 2,5 tys. etatów w sektorze publicznym, to jest to naprawdę nic, najwyżej 250 mln zł oszczędności, suma zupełnie bez znaczenia w porównaniu z planowanym na 82 mld zł deficytem budżetowym.

To dlaczego słyszymy, że PiS będzie szukało oszczędności przede wszystkim przez zwolnienia w sektorze budżetowym?
– Bo cięcia w budżetówce i oszczędzanie na „państwowym” zawsze cieszą się poparciem Polaków…

…w przeciwieństwie do dokładania nowych podatków, co też się robi?
– Oczywiście. A to, że podatki będziemy podnosić, jest jasne. Pojawiła się już propozycja obłożenia składkami wszystkich umów-zleceń, na co patrzę dwojako. Z jednej strony, to próba dosypania środków do systemu ubezpieczeń społecznych – bo nie do budżetu pójdą te pieniądze. Z drugiej, to krok w stronę zrównywania obciążeń różnych rodzajów pracy – a 1,3 mln osób pracuje na umowach cywilnoprawnych, z czego ok. trzech czwartych na zleceniu.

To dobrze?
– To według mnie jedyny sensowny kierunek, żeby obciążyć po równo różne formy zatrudnienia, bo dzięki temu pracownicy i pracodawcy będą wybierać typ umowy zgodnie z tym, jak faktycznie wygląda praca, a nie która forma opodatkowania i oskładkowania umowy jest dogodniejsza, czytaj tańsza.

Wracając zaś do cięć i podatków…
– Wróci temat podatku handlowego. A w 2022 r. zapewne znowu wzrośnie akcyza, ale do podwyżek akcyzy jesteśmy już tak przyzwyczajeni, że pewnie nawet ich nie zauważymy. Wzrosnąć ma także tzw. podatek od deszczu, czyli od działek, na których więcej niż połowa powierzchni została zabudowana lub wybrukowana. Z kolejnymi podatkami będzie zaś trudniej, przynajmniej trudno będzie je przegłosować bez fali negatywnego odzewu ze wszystkich możliwych stron – szczególnie w przypadku VAT, który przecież rząd miał obniżyć.

Z tego wszystkiego jednak nie wynika obraz gospodarczej i finansowej katastrofy państwa.
– Bo po ogromnym strumieniu wydatków w kolejnych tarczach antykryzysowych, skierowanym do przedsiębiorców, a nakierowanym na utrzymywanie miejsc pracy i stymulowanie gospodarki, rzeczywiście katastrofy nie mamy. Stało się w Polsce coś zupełnie – przynajmniej w ciągu ostatnich 30 lat – bezprecedensowego.

Prawicowy rząd potwierdził słuszność recept dziadka Keynesa?
– Można tak powiedzieć. Są rzeczy, które trzeba tarczom antykryzysowym wytknąć: ich antypracownicze elementy, fakt, że należało działać szybciej i z jeszcze mniejszym obłożeniem pomocy rygorami biurokracji. Ale jak na warunki polskie poszło sprawnie, a Polski Fundusz Rozwoju chroni dziś 3 mln miejsc pracy, prawie jedną czwartą etatów w ogóle.

Kiedy więc lewica krytykuje rząd za pomaganie pracodawcom, a nie pracownikom, to ma rację czy jej nie ma?
– Dosłownie rzecz biorąc, rację ma, bo pomoc poszła do firm – także tych, które ewidentnie poradziłyby sobie i przetrwały te tygodnie w zamknięciu bez dodatkowej poduszki finansowej od podatnika. Słowem, firmy w dobrej kondycji też sięgały po pożyczkę z PFR, bo to był tani pieniądz i szkoda było nie wyciągnąć po niego ręki. Ta krytyka rządu ma o tyle sens, że nie mieliśmy bezpośredniego wsparcia pracowników, tej „popytowej nogi”, na której mogła się oprzeć polityka antykryzysowa. Rząd postawił wyłącznie na podejście podażowe. Ale biorąc pod uwagę, jak chaotycznym momentem był koniec marca i kwiecień, każda pomoc „podażowa” działała tonizująco na zachowania pracodawców. To znaczy, mówiąc wprost, że przedsiębiorcy zwolniliby setki tysięcy ludzi, gdyby nie pojawiła się możliwość sięgnięcia po tani pieniądz. Bo pomyśleli sobie: „O! To może zwolnienia za kilka miesięcy, a teraz wezmę, póki dają – o reszcie pomyślę później”.

Czyli sielanka?
– Są branże – turystyczna czy eventowa – gdzie konsekwencje pandemii naprawdę były straszne, a ich położenie wciąż jest tragiczne. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę całość gospodarki, panika i ogromna niepewność wygasły, biznes wraca do normy i firmy, które osiągnęły, powiedzmy, 90% normalnych obrotów, nie widzą powodów do zwolnień. Fakty są takie, że wchodzimy w ten kryzys z najlepszego możliwego położenia: przyzwoitej sytuacji budżetowej i najlepszego z punktu widzenia pracowników rynku pracy.

To zaskoczenie?
– Ja też w tym miejscu muszę się pokajać, bo wróżyłem na koniec tego roku dużo wyższy poziom bezrobocia, niż obecnie możemy się spodziewać. Dalej się obawiam tego, co będzie – ale już raczej w przyszłym roku, nie w bieżącym. Jednak 10-procentowej stopy bezrobocia w 2020 r. najpewniej nie będzie. Pod względem liczby wolnych i nowo tworzonych miejsc pracy, a także liczby bezrobotnych – to o wiele mocniejszy rynek niż wtedy, gdy spadał na nas kryzys finansowy ponad dekadę temu. Oprócz tego więcej osób odchodzi na emeryturę, a mniej na rynek pracy wchodzi, co usuwa z kolei najgorszy problem demograficzny, jaki wcześniej trapił III RP. Polsce zaledwie 13 lat zajęło przejście od pozycji kraju o najwyższej stopie bezrobocia do pozycji kraju o drugiej najniższej w UE, po Czechach. Niższej nawet niż w Niemczech czy Holandii. To niezwykle dobrze świadczy o dynamice rozwoju – nawet przy patologiach, jakie na polskim rynku pracy były i są. Jest jeszcze jeden element naszej odporności na gospodarcze zachwianie.

Co to takiego?
– To margines, ale ważny i potrzebny margines, czyli ekonomia społeczna. Spółdzielnie okazały się tymi podmiotami na rynku pracy, które poradziły sobie zaskakująco dobrze. Bo rządziła tam logika mówiąca, że skoro jedziemy na jednym wózku jako spółdzielcy, to lepiej obniżyć wynagrodzenia o 20%, niż kogoś zwalniać – to po pierwsze. Po drugie, sam słyszałem relacje spółdzielców, którzy mówili, że przez ostatnie lata, jak była lepsza koniunktura, odkładali środki na trudniejsze czasy. I te trudniejsze czasy właśnie przyszły – a oni mają oszczędności, by je przetrwać. Moja teściowa pyta fryzjerkę, jak dała sobie radę w pandemii, a ona na to, że „są spółdzielnią fryzjerską” i się zabezpieczyli! A sektor prywatny ma tendencję do nieodkładania żadnych pieniędzy i…

…przejadania wszystkich?
– No, może bez przesady. Ale inwestowania i wpuszczania do obrotu na pewno. „Żeby się nie marnowały”, bo niewykorzystany kapitał to zmarnowana szansa. Dlatego posiadanie sensownych rezerw czy oszczędności na okresy, gdy nie ma przychodu, jest w sektorze prywatnym rzadkością. Spółdzielnie i podmioty ekonomii społecznej okazały się tutaj paradoksalnie bardziej elastyczne i zdolne do adaptacji – było tam więcej przestrzeni na negocjacje z pracownikami, dogadanie się wspólników i kreatywne rozwiązania. Trzeba o tym pamiętać na przyszłość, bo to nie ostatni kryzys i nie ostatnia pandemia.

Wiele osób wyrażało nadzieję, że pandemia i kryzys podniosą wartość i szacunek społeczny dla, jak to się modnie teraz mówi, essential workers, czyli zawodów niezbędnych.
– Również miałem taką nadzieję.

Tak się jednak nie stało, dlaczego?
– Mówiąc brutalnie? Bo pandemia była za krótka, żeby uświadomić nam, jak niezbędni do funkcjonowania społeczeństwa są pielęgniarka i śmieciarz, a jak bardzo nie potrzebujemy coachów, specjalistów od ryzyka i menedżerów średniego szczebla z departamentów wspomagania zarządzania. Zwrot musiałby się zacząć w sektorze publicznym, bo tam osób, które wykonują prace niezbędne do dalszego funkcjonowania społeczeństwa, jest najwięcej – lekarze, nauczyciele, usługi komunalne. To, co niezbędne do życia, dziś jest przecież obsługiwane w ogromnej większości przez samorządy lub wprost przez państwo. Jednak państwo ma ograniczenia budżetowe – więc dowartościowanie tych niezbędnych zawodów wymagałoby całościowej reorganizacji finansów publicznych. Niestety lub – zależy jak patrzeć – na szczęście uderzenie pandemii w Polskę było zbyt krótkie, żeby docenić zawody i branże, które są nam do funkcjonowania zwyczajnie niezbędne.

A jak to zrobić?
– Nie możemy dalej budować państwa cywilizowanego, 20. gospodarki świata, mając faktycznie degresywny system podatkowy – czyli taki, który obciąża przede wszystkim uboższych i konsumpcję, która pożera już nie 100, ale 103 czy 105% ich wydatków. A co to znaczy? Że duża część społeczeństwa zadłuża się na konsumpcję, zamiast cokolwiek odłożyć. Dla budżetu to dobrze, bo pieniądze właściwie natychmiast wracają w postaci podatków, ale ten system na dłuższą metę jest absurdalny i antyrozwojowy. To niedobrze, że osoby o niskich dochodach są tak wysoko opodatkowane – to nie tylko niemoralne, to jest błąd, który ogranicza nasze szanse rozwojowe. Jeśli chcemy sfinansować choćby podwyżkę nakładów na służbę zdrowia, musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ma to sfinansować 10% najlepiej zarabiających, czy osoby z przeciwnego końca. Dzisiaj nasz system podatkowy wygląda tak, że podatki dociskają najmocniej tych, którzy zarabiają najmniej.

Czy ukrytym kosztem epidemii i kryzysu nie było właśnie pogorszenie się warunków pracy tych, którzy wykonywali zawody niezbędne?
– Niestety tak. Właśnie dlatego, że ich praca była niezbędna, musieli się dostosować. Już sama praca w maseczce jest obciążeniem dla tych, którzy muszą ją w ten sposób wykonywać, a to przecież najmniejsza z licznych komplikacji i niedogodności. Nauczyciele musieli z ogromnym trudem dostosować się do wymogów pracy zdalnej – nie słyszałem jeszcze żadnego głosu, na żywo ani online, że szkoła zdalna ułatwiła ich życie. Przeciwnie, utrudniła realizację podstawowych zadań szkoły, a i rodzice nie byli zadowoleni. A jednak nauczyciele wzięli na klatę tę konieczność. Takie przykłady
można mnożyć.

Teraz, gdy dowiemy się, ile i jakie cięcia przewiduje pan premier, przekonamy się, gdzie będzie najgorzej. Bo edukację przecież w największym stopniu finansują samorządy, a administracja centralna chętnie przerzuca różnego rodzaju ciężary „na dół”. Gdy zaś dojdą do tego cięcia, to pewna umowa społeczna – którą, nie dając podwyżek, ale i nie zwalniając pracowników sektora publicznego, zawarł z nimi rząd – zostanie złamana. Zobaczymy, co wtedy się wydarzy. Ale na razie raczej konsumujemy zbiory z tłustszych lat, niż zaciskamy pasa.

Fot. Jakub Lichwa

Wydanie: 39/2020

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy