W adwokacie też jest poczucie sprawiedliwości

W adwokacie też jest poczucie sprawiedliwości

W Polsce za mało mamy przyzwoitości, rozróżniania, co dobre, a co złe

Mec. Hanna Gajewska-Kraczkowska

Pani mecenas, miała pani podczas swojej pracy dylematy moralne?
– Miałam.

Kiedy? Co to była za sytuacja?
– To była sprawa sprzed wielu lat, dostałam ją z urzędu. Chodziło o człowieka oskarżonego o zgwałcenie i zabójstwo trzyletniej dziewczynki. To dziecko zostało znalezione miesiąc po zdarzeniu, w lipcu, w zbożu. Rozkład ciała był już tak daleki, że opinie biegłych w zakresie przyczyn zgonu tego dziecka i samego faktu zgwałcenia nie były do końca jednoznaczne. W każdym razie zatrzymano do tej sprawy człowieka, z którym ta dziewczynka była widziana przed zaginięciem. Siedział on w areszcie tymczasowym. Naszym obowiązkiem, obrońców z urzędu, jest pojechać do więzienia i spotkać się z klientem. No i tam pojechałam, nie mając żadnego przekonania o jego winie czy niewinności. Przejrzałam tylko akta. I ten człowiek tak właściwie na „dzień dobry” powiedział, że to zrobił, że zgwałcił i zabił tę trzyletnią dziewczynkę, ale że nic mu nie zrobią, bo jego wina jest nie do udowodnienia. Oczywiście broniłam go do końca. Broniłam go, odpędzając od siebie taką pokusę, żeby pójść do sędziego, który orzekał w tej sprawie, i powiedzieć: „Panie sędzio, jak jest, tak jest, ale on się przyznał”. Tego oczywiście nie zrobiłam, bo nie mogłam zrobić. Czułam się z tym fatalnie, ale nie mogłam i nie zrobiłam tego. To w ogóle były tylko takie głupie myśli, bo z punktu widzenia etyki adwokackiej  takie zachowanie jest zupełnie niedopuszczalne. Pamiętam, że sąd mojego klienta uniewinnił z braku dostatecznych dowodów winy. Wyszłam po ogłoszeniu wyroku – on był słuszny, on był prawnie słuszny – i pamiętam, że poszłam do swojego kolegi, patrona – Zbyszka Banaszczyka. Mówię mu, co się stało. I się trochę trzęsę.

I co powiedział pani patron?
– Powiedział rzecz bardzo mądrą i powtarzam ją swoim aplikantom: „Nie myśl o żadnych kwestiach moralnych, tylko myśl o sukcesie jurydycznym”. To nie jest cyniczne.

Ja chyba bym sobie z taką świadomością nie potrafiła poradzić – wybronić człowieka, który zabił i zgwałcił dziecko!
– Sama byłam wtedy matką, chyba czterolatka. Ale to już nawet nie o to chodzi. Pamiętam tę sprawę, minęło lat chyba 30. I nigdy się od niej nie oderwę. Nie wiem, co stało się z tym człowiekiem, nie mam pojęcia.

Dużo było takich spraw, kiedy była pani przekonana o winie swojego klienta i udało się go pani wybronić?
– Nie. Bardzo mało. Zresztą, nie jest to, broń Boże, żadna moja zasługa czy kwestia wnikliwości sądu, bo w Polsce mamy tylko ok. 3% uniewinnień. Więc, jak sama pani rozumie, może to świadczyć o tym, że prokuratury bardzo dobrze selekcjonują sprawy i puszczają do sądu tylko te, które są pewne. Ale to zbyt optymistyczne założenie. Albo że sędziowie skazują jednak zbyt lekką ręką.

Tak pani myśli?
– Myślę, że coś w tym jest. I nie chodzi tu tylko i wyłącznie o moje przeczucie. Pamiętam, kiedy jeszcze robiłam aplikację sędziowską, sędzia, który uczył nas prawa karnego, powiedział: „Jak macie wątpliwości co do winy, to lepiej dać wyrok »w zawiasach«, bo to żadna kara”.

Sędzia tak powiedział?
– Tak powiedział, były to lata bardzo już dawne, ale tak powiedział.

A nie powinno być tak, że jeśli sędzia ma choć cień wątpliwości, to nie wydaje wyroku skazującego?
– Myślę, że tak jest, tylko dużo jest spraw niejednoznacznych. Można przy niektórych przestępstwach opierać się na przesłankach nie do końca racjonalnych. Mówię tutaj przede wszystkim o przestępstwie niegospodarności menedżerskiej. Bo jeśli przyjmiemy jako filozofię karania, że ten oto menedżer wyrządził szkodę w spółce, to sędzia może uznać jego winę, a może również dojść do wniosku, że nie każda transakcja musi być udana. I to są sprawy, w których wyrok wydają bardzo często biegli. Nie znam sprawy Ryszarda Krauzego, ale jego oświadczenie, w którym twierdzi, że prokuratura pomyliła przychód ze stratą, jest tego ilustracją – ale powtarzam, nie znam tej sprawy, a poza tym to jest człowiek, który ma postawiony zarzut, więc będzie się bronił, jak to jest możliwe. Ale niezastosowanie aresztu wobec niego i innych osób, może wskazywać, że mówi prawdę, bo w sprawach gospodarczych rzeczywiście bywa tak, że sędzia nie jest w stanie w pełni zrozumieć skomplikowanego mechanizmu biznesu. A czasami jest tak, że mechanicznie opiera wyrok na opinii biegłych, których poziom jest, powiedzmy sobie szczerze, nie najwyższy.

Mówił mi o tym mec. Ćwiąkalski. On nie do końca wierzy biegłym, ponoć nie zawsze wydają fachowe i zgodne z prawdziwym stanem rzeczy opinie. Pani też tak uważa?
– Zbigniew Ćwiąkalski wie, co mówi. Prowadzi dużo spraw gospodarczych, ale prawda jest taka, że były poważne ośrodki biegłych: Instytut Ekspertyz Sądowych prof. Sehna w Krakowie, było kiedyś Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Komendy Głównej Policji, ale niestety, gospodarka wolnorynkowa stworzyła możliwość tworzenia, jak to się na ogół nazywa – instytutu kryminalistycznego. Jest to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, którą zarządza pan X, i pan X po prostu i zwyczajnie ma stajnię ludzi, którzy uważają, że mają jakąś wiedzę fachową w danej dziedzinie. Sądy mogą powoływać biegłych z listy sądowej, którzy nie są porządnie weryfikowani, ale mogą również powoływać biegłych ad hoc, czyli spoza listy sądowej, ale to są osoby, które mają wiedzę o sprawie. I teraz, jeśli dołączymy do tego fakt, że prokuratura i sądy muszą się bardzo liczyć z budżetem – nie wiem jak w tej chwili, ale rok temu mówiła mi pani prokurator, że na opinię, która jest wyceniona na więcej niż trzy tysiące złotych, musi mieć zgodę szefa – to robi się taki kasting, który biegły jest tańszy.

Druga rzecz, i to dotyczy zwłaszcza zakładów medycyny sądowej, to czas oczekiwania na takie opinie. Na tę z uniwersyteckiego zakładu medycyny sądowej bywa, że czeka się rok, półtora, dwa – oni nie chcą brać tych opinii, bo mają ich za dużo, a przecież wykonują także obowiązki dydaktyczne w ramach uczelni i przeprowadzają zlecone sekcje. Może dlatego pojawiła się już firma, która robi sądowe sekcje w ramach działalności gospodarczej, bo chodzi o to, kto zrobi tę sekcję szybciej. Bywa też, że ludzie, którzy wpisują się na listę biegłych sądowych, przedstawiają dokumenty, których nikt nie weryfikuje. Kilka lat temu była ogromna afera w sądzie mokotowskim. Chodziło o opinię z zakresu pismoznawstwa, ktoś tę opinię zaniósł panu prof. Tadeuszowi Tomaszewskiemu, który u nas na uniwersytecie szefował kryminalistyce i specjalizował się właśnie w kwestiach pismoznawczych. Kiedy Tadeusz Tomaszewski obejrzał tę opinię, to zwrócił uwagę od razu na jedną rzecz, mianowicie na to, że pan „biegły” powoływał się na metody badawcze, które nie istnieją.

Pani mecenas żartuje!
– Gdzież bym śmiała! Zrobiła się z tego niesłychanie ponura sprawa, bo na podstawie opinii tego pana, napisanej szybko i tanio, kilka osób zostało skazanych za fałszowanie dokumentów, a nawet odbyło karę. W przesławnej sprawie PZU była słynna historia z biegłą Jadwigą Młynarczyk, która wykazała się kompletną niekompetencją. Swoją opinię oparła na badaniu audytora i danych z gazety „Rzeczpospolita”. Teraz mam taką sprawę, w której wydaje się, że biegły nie wie, o czym pisze. Rzeczą dość powszechną jest też na przykład, że się powołuje w charakterze biegłych z zakresu księgowości ludzi, którzy nigdy nie robili bilansu spółki akcyjnej – są po prostu emerytowanymi księgowymi z małych firm. (…)

Często broniła pani w sprawach karnych, prawda?
– Tak. Broniłam w takich sprawach może nie często, ale pamiętam każdą z nich. Pamiętam potworną sprawę zabójstwa z ulicy Nowogrodzkiej.

Co to było za zabójstwo?
– Były trzy trupy, na ścianie krwią napisane: „Za gwałt na kobiecie w ciąży”. Mężczyzna zabił człowieka za gwałt na jego konkubinie, zabił też świadka i jeszcze jedną osobę, która miała na ciele 277 ran ciętych, które posypywano mu solą. W tle były rozliczenia narkotykowe w okolicach Nowogrodzkiej. Siedzieliśmy na tej sali, wiało grozą i wtedy mecenas Cybulski odwrócił się do mnie i powiedział: „Hania, tu diabeł chodzi po sali”. Po prostu niewyobrażalne okrucieństwo. Dostaliśmy po dwa dożywocia.

Broniła pani człowieka, który zabił?
– Nie, broniłam oskarżonego, który pomagał zabójcy w usuwaniu śladów, ale to już wszystko jedno, kogo broniłam. Tak czy inaczej, kiedy padły te dożywocia, sędzia miała gulę w gardle. Z tego, co wiem, odeszła z sądu po tej sprawie. A myśmy wtedy we trójkę, z dwoma kolegami doszli na piechotę z alei Solidarności do Wisły i wróciliśmy na aleję Solidarności. Rozstaliśmy się ze sobą, nic nie mówiąc. Potem jako obrońcy z urzędu musieliśmy pisać apelację. Napisaliśmy oczywiście. Nasza radość, kiedy sąd apelacyjny uznał nasze apelacje za bezzasadne, była ogromna. W adwokacie też jest jakieś poczucie sprawiedliwości. (…)

Jak się wyzbyć odrazy do klienta? Bo pewnie pani ją czuła.
– Nie, nie czułam nic, ale to chyba moje szczęście.

Patrzyła pani na ludzi, którzy zabili trzy osoby w tak okrutny sposób, i nic pani nie czuła?
– Mogę tylko powtórzyć – nie czułam nic. Mój klient przyznawał się do winy, więc to nawet nie była kwestia jego obrony, ale reprezentowania. W ogóle taki był honorowy, jeśli można tak powiedzieć. Ale kiedy mówimy o odrazie, raz odrazę poczułam. To była sprawa młodego człowieka, 20-letniego, który na przejściu dla pieszych, na pasach zabił staruszkę siedemdziesięciokilkuletnią. Został zatrzymany, bo prowadził pod wpływem alkoholu. Więc ja oczywiście, jak każe obyczaj, pojechałam do więzienia. Przedstawiłam mu się, a on mówi: „I za co ja tu siedzę? Po co mi się ta stara kurwa pchała pod samochód?” – cytuję dokładnie. Wtedy, powiem szczerze, po raz pierwszy chciałam wstać i wyjść.

Nie zrobiła pani tego?
– Nie, nie zrobiłam. Tylko poprosiłam, żeby opowiedział, co się stało. Skazali go, zresztą słusznie. Kobieta przechodziła na pasach na zielonym świetle, on był pijany, jechał za szybko, zabił tę biedną starszą panią. I taką miał refleksję po tej tragedii. Tę sprawę pamiętam, chociaż spraw o wypadki miałam niemało.

A co to za sprawa, o której wciąż rozmawiacie z sędzią Piwnik?
– To sprawa, którą sędzia Piwnik pamięta lepiej. Gdzieś, na Żoliborzu chyba, siedziało takie towarzystwo i piło. Pili, pili, pili kilka dni. Towarzystwo było mieszane, wśród mężczyzn była jedna kobieta. To byli degeneraci. Doszło do jakiejś nieprzyjemnej sytuacji – ta kobieta chyba chrapała, któryś z panów wziął taboret i ją zabił. Włożyli jej potem, nie wiem dlaczego, dwa orzechy w pochwę. Nad ranem, kiedy ci moi bracia O., bo broniłam braci O., uczestników biesiady, zobaczyli, co się stało z tą kobietą, owinęli ją w kocyk i chcieli pochować. Pochowali ją w piaskownicy przed domem i nakryli gałęziami. Broniłam braci O. ogniście – mieli zarzut zacierania śladów przestępstwa, poniekąd słuszny, ale również znieważenia zwłok. Twierdziłam, że nie mieli intencji znieważenia, a że im się piaskownica pomyliła z Powązkami, to już inna sprawa. Tłumaczyłam to sędzi Piwnik – zamiaru nie było. Po czym ona mi skazała braci O. z obu czynów. I ten żal we mnie pozostał. Ilekroć potem żeśmy się spotykały, to albo ona zaczynała o braciach O., albo ja. W każdym razie po paru latach mówi mi: „Cholera, psiakrew, że ja nie skazałam ich na bezwzględną karę pozbawienia wolności, bo by jeszcze żyli!”. Pytam: „A co się stało?”. „Zachlali się denaturatem” – smutna puenta tej historii. Była też inna sprawa, którą miałam u sędzi Piwnik. Chodziło o zdemolowanie osiedla romskiego w jednej z miejscowości w środkowej Polsce.

Dlaczego? Co tam się stało?
– To nie była sprawa prosta. Jeden z młodych Romów mieszkał na takim osiedlu romskich pałaców. Otóż syn takiego bardzo bogatego Roma potrącił na pasach śmiertelnie dziewczynę i jakimś cudem nie dostał żadnej kary, tej sprawie ukręcono łeb. Wtedy lud tego miasteczka się oburzył i poszedł demolować domy Romów. Zdemolował. Obejrzeliśmy zdjęcia z tego pobojowiska, nie było wątpliwości, że doszło do przestępstwa, ale sprawa była niesłychanie trudna. Bo z jednej strony, ta bezkarność mogła rozwścieczyć, ale z drugiej strony – ta wściekłość miała także tło rasowe. Na zasadzie: Cygan i bogaty, to ja mu dowalę! Wychodziła ta polska małość, a jednocześnie nie mogłam nie zauważyć, że sprawa Roma w jakiś dziwny sposób została umorzona. To był słuszny gniew ludu, tylko taki gniew, żeby właśnie przy okazji dołożyć bogatemu, a w dodatku Cyganowi. Obrzydliwe to było.

Czemu ludzie popełniają najokrutniejsze przestępstwa? Z zazdrości? Z miłości? Dla pieniędzy?
– Wie pani, myślę o paradoksie: sprawcy poważnych przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu – nie mówię o pobiciach, mówię o zabójstwach – oni mają jakiś powód. To może być miłość, nienawiść, to może być zazdrość. Natomiast ludzie popełniają przestępstwa również z tego powodu – i to są głównie przestępstwa gospodarcze: wyłudzenia, oszustwa – że okazja czyni złodzieja. Mówię trochę jak stary sęp, ale za mało chyba w ludziach w Polsce takiego poczucia przyzwoitości, rozróżnienia, co jest dobre, a co złe.

Broniła pani kiedyś kogoś, kto zabił z miłości?
– Tak. (…) To był młody chłopak, miał ze 30 lat. Pozostawał w związku z dziewczyną, która miała dziecko z innego związku – to było dość biedne środowisko. I ta dziewczyna związała się z kimś innym. Mój klient przyszedł do jej domu, córeczce tej kobiety powiedział, żeby wyszła się pobawić na podwórko, po czym swojej dziewczynie poderżnął gardło, owinął kocem i podpalił zwłoki, chcąc zatrzeć ślady. Wpadł oczywiście bardzo szybko.

Jaką przyjęła pani linię obrony?
– Próbowałam z tego czynu zrobić zabójstwo w chwili wzburzenia, co było pomysłem dość karkołomnym, ale to była jedyna możliwość – zabójstwo w afekcie. W tym wypadku także trzeba było wziąć pod uwagę opinię biegłych.

Mój klient dostał 15 lat więzienia.

To i tak niezbyt dużo, mógł dostać 25 lat albo dożywocie!
– Dożywocia wtedy jeszcze chyba nie było, dostał 15 lat. Dostał 15 lat, nie przekonałam sądu do zabójstwa w afekcie. Na tę sprawę przychodziła matka tej dziewczyny, której nie umiałam patrzeć w oczy (…). Wyszłam z sądu po ogłoszeniu wyroku, stałam na przystanku pod kinem Femina. Ta kobieta podeszła do mnie, zaczęła mnie walić pięściami, wreszcie mnie opluła. Nie mam do niej o to żalu. Adwokat uosabia najgorsze zło. Broni człowieka, który zabił jej córkę – to on, adwokat, jest ten zły. W sprawach rozwodowych to widać jeszcze wyraźniej, nienawiść małżonków przechodzi na ich pełnomocników. (…)

Jak pani trafiła do zawodu? Chciała pani od zawsze bronić ludzi?
– Nie. Poszłam na wydział prawa, bo trochę mi się prawo podobało. Myślałam jeszcze o historii sztuki, ale zdecydowałam się na wydział prawa. I zwariowałam na II roku. Zaczęło mi się to strasznie podobać. (…) Trafiłam na znakomitych wykładowców, sprzyjających studentom i ich zainteresowaniom. Potem bardzo szybko zrobiłam aplikację sędziowską i bardzo chciałam zostać w sądzie. Chciałam być sędzią, całe życie chciałam być sędzią. Nawet dziekan wydziału się zgodził, ale okazało się, że sąd nie może nas przyjąć na pół etatu, tylko na pełny etat, chodziło o mnie i mojego kolegę, już nieżyjącego Andrzeja Sandomierskiego. Bardzo dobrze zdaliśmy egzamin sędziowski, ale byliśmy asystentami na uniwersytecie. Postawiono nas przed wyborem prostym: albo uniwersytet, albo sąd. Andrzej wybrał uniwersytet, ja wybrałam uniwersytet. Przez wiele lat przepisy były takie, że nie można było łączyć pracy na uczelni i w sądzie, potem przepisy się zmieniły – wiele osób tak pracuje, ale ja zdecydowałam się na zrobienie jeszcze aplikacji adwokackiej. Także z powodów finansowych, z pensji asystenckich trudno wyżyć. Polubiłam adwokaturę, dużo pracowałam, zyskiwałam dobrą opinię, rekomendacje klientów. I jakoś tak zostałam.

W pani zawodzie jest większość mężczyzn, prawda?
– To się zmieniło po otwarciu zawodów, ale kiedy zaczynałam, czyli raptem 25 lat temu, kobiet było mało. Były to panie zajmujące się przede wszystkim sprawami rodzinnymi, rozwodowymi, nieruchomościami, cywilistyką. Karniczki były nieliczne, bardzo nieliczne: Jolanta Wolf, Ewa Lewicka, ja. Mało nas było, chodzi mi o te z nas, które broniły w dużych sprawach.

Ale to chyba fajnie!
– Fajnie, fajnie. Nie widzę jakiejś szczególnej różnicy między kobietami i mężczyznami, jeśli chodzi o wykonywanie tego zawodu. Jest sporo bardzo mądrych adwokatek, sporo bardzo mądrych adwokatów. W tej grupie mniej mądrych też nie widać, aby głupsze były kobiety czy głupsi byli mężczyźni – nie. Natomiast sporo kobiet ucieka od prawa karnego.

Ale dlaczego? Bo to angażujące, bardzo emocjonalne sprawy?
– Może kobiety po prostu nie lubią tego typu spraw. Karnikiem chce się albo nie chce być. Poza tym myślę, że spore znaczenie ma fakt, iż pieniądze w sprawach karnych są dużo mniejsze. Młode dziewczyny szukają pracy w kancelariach, nazywamy je butikowe, zajmujących się rozwodami, alimentami, ustaleniem kontaktów. Pamiętam, miałam po przeciwnej stronie podczas jakiejś sprawy rozwodowej dziewczynę, która pracowała w takiej kancelarii. Wracałyśmy sobie autobusem, zaczęłam ją przekonywać, tłumaczyć, że sama się ogranicza. Przecież bycie adwokatem rodzinnym to zajmowanie się niewielkim wycinkiem prawa (…). I chyba podłożyłam świnię jej szefowej, bo ta młoda dziewczyna powiedziała, że odejdzie z tej kancelarii, że chce być pełnoformatowym adwokatem. (…)

Często bolały panią wyroki? Często uważała je pani za niesprawiedliwe?
– Nie, ale pamiętam je bardzo długo. Zdarzyło mi się kilkanaście razy w życiu poczuć, że wyrok jest niesprawiedliwy. Część z nich udało mi się wyprostować w apelacji, a część odwrotnie – apelacja popsuła. Ale nie, nie, gdybym uważała, że większość wyroków jest niesprawiedliwa, to nie wykonywałabym tego zawodu, bo wprawdzie nie prowadzę żadnej krucjaty, ale ta praca nie ma sensu, jeśli nie wierzy się w uzyskanie sprawiedliwego wyroku. Trzeba wierzyć po prostu i na ogół wyroki są sprawiedliwe. Dzielę je na sprawiedliwe, ale – to taka adwokacka mentalność – wyrok jest dla mnie sprawiedliwy, kiedy jest dla mnie pomyślny, na takie parasprawiedliwe – myślę sobie wtedy: „Orzekłabym inaczej, ale sąd miał swoje powody, żeby orzec, jak orzekł”, i na niesprawiedliwe.

Przypomina sobie pani jakieś niesprawiedliwe wyroki?
– Tak, jeden. To była sprawa o zgwałcenie. Skończyła się wyrokiem skazującym. Pani pokrzywdzona mówiła, że mój klient skuł jej ręce kajdankami i ściągnął golf. Czy pani sobie to wyobraża?

No chyba mało możliwe! Jak można ściągnąć komuś golf, kiedy ma skute kajdankami ręce? Myśli pani, że to nie był gwałt?
– To nie był gwałt.

I jaki pani klient dostał wyrok?
– Trzy lata więzienia, z czego odsiedział połowę. Wyszedł na wolność, nie mam z nim kontaktu, ale pamiętam jego imię i nazwisko. Gwałty są w ogóle bardzo trudne. Istnieje bardzo subtelna granica i wielu mężczyzn, bo oni są głównie sprawcami gwałtów, bierze opór za kokieterię. Dziewczyna może się zgodzić na stosunek waginalny, ale na przykład nie chce oralnego. To on ją szarpie, zmusza, żeby wzięła jego członka do ust, i dla niego to nie jest gwałt. No jest! Ale on tego nie rozumie do końca: przecież poszła ze mną do lasu, wiedziała, o co chodzi, sama chciała, a potem tak mi zrobiła. To są bardzo trudne sprawy, naprawdę. Nie mówię o gwałtach, które są ewidentne, absolutnie jednoznaczne i obrzydliwe. Ostatnio mój syn miał taką sprawę, gwałtu niejednoznacznego. Chłopak zaprosił sobie dziewczynę, która ogłaszała się w różnych miejscach. Miała taką domową działalność: dojeżdżała do klientów i uprawiała z nimi seks. Korespondowali ze sobą, wreszcie ten chłopak podał jakieś jej warunki – seks miał być wielopoziomowy, że tak powiem. Wszystko było dobrze, tylko ona w trakcie zmieniła zdanie i powiedziała, że takiego seksu to jednak nie chce. Wycofała się, to zmusił ją do tego, na co wcześniej się umówili. Zasnęli, wzięli prysznic, odbyli jeszcze jeden stosunek, a potem ona poszła na policję i oskarżyła go o gwałt. Ten człowiek był kompletnie zdezorientowany. I to nie to, że myślał, iż nie można zgwałcić prostytutki. Nie, on wcale tak nie myślał. Dla niego to była transakcja. Honorarium tej kobiety było proporcjonalne do, że tak powiem, finezji tego aktu. Klient mojego syna posiedział chyba sześć miesięcy w areszcie. Po czym sąd dał mu sześć miesięcy kary pozbawienia wolności, która została skonsumowana już przez ten areszt, i skazał na prace społeczne. Ten chłopak mówi: „Wysoki sądzie, czy ja bym mógł te prace społeczne odbywać w schronisku dla psów, bo ja kocham psy?”. Odbył. No i widzi pani: gwałt? Gwałt. Ale czy traktowalibyśmy tego człowieka tak samo jak kogoś, kto napadnie biegającą dziewczynę w lesie? Nawet prokurator stwierdził, że gdyby on ją napadł, przewrócił na ziemię i zgwałcił, to nie miałby w ogóle skrupułów, a w tej sytuacji ostał się wyrok jak na realia kodeksu łagodny. (…)

Gdyby miała pani do wyboru, wybrałaby pani tę samą drogę?
– Nie. Zostałabym sędzią.

Jednak?
– Tak, nawet się o to starałam. Było przed 10 laty wolne miejsce w Izbie Karnej Sądu Najwyższego, namawiano mnie, ale nie udało się. I potem już się nie starałam, bo byłam za stara. Ale tak, zostałabym sędzią, co nie znaczy, że uważam, iż mam nieudane życie. Nie, nie, nie. To takie marzenie, które się nie spełni.

Fot. Kancelaria Domański Zakrzewski Palinka Sp. K.


Fragmenty rozmowy z książki Doroty Kowalskiej Adwokaci. Ich najważniejsze sprawy, Wydawnictwo Melanż, Warszawa 2021


 

Wydanie: 19/2021

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy