W adwokacie też jest poczucie sprawiedliwości

W adwokacie też jest poczucie sprawiedliwości

W Polsce za mało mamy przyzwoitości, rozróżniania, co dobre, a co złe

Mec. Hanna Gajewska-Kraczkowska

Pani mecenas, miała pani podczas swojej pracy dylematy moralne?
– Miałam.

Kiedy? Co to była za sytuacja?
– To była sprawa sprzed wielu lat, dostałam ją z urzędu. Chodziło o człowieka oskarżonego o zgwałcenie i zabójstwo trzyletniej dziewczynki. To dziecko zostało znalezione miesiąc po zdarzeniu, w lipcu, w zbożu. Rozkład ciała był już tak daleki, że opinie biegłych w zakresie przyczyn zgonu tego dziecka i samego faktu zgwałcenia nie były do końca jednoznaczne. W każdym razie zatrzymano do tej sprawy człowieka, z którym ta dziewczynka była widziana przed zaginięciem. Siedział on w areszcie tymczasowym. Naszym obowiązkiem, obrońców z urzędu, jest pojechać do więzienia i spotkać się z klientem. No i tam pojechałam, nie mając żadnego przekonania o jego winie czy niewinności. Przejrzałam tylko akta. I ten człowiek tak właściwie na „dzień dobry” powiedział, że to zrobił, że zgwałcił i zabił tę trzyletnią dziewczynkę, ale że nic mu nie zrobią, bo jego wina jest nie do udowodnienia. Oczywiście broniłam go do końca. Broniłam go, odpędzając od siebie taką pokusę, żeby pójść do sędziego, który orzekał w tej sprawie, i powiedzieć: „Panie sędzio, jak jest, tak jest, ale on się przyznał”. Tego oczywiście nie zrobiłam, bo nie mogłam zrobić. Czułam się z tym fatalnie, ale nie mogłam i nie zrobiłam tego. To w ogóle były tylko takie głupie myśli, bo z punktu widzenia etyki adwokackiej  takie zachowanie jest zupełnie niedopuszczalne. Pamiętam, że sąd mojego klienta uniewinnił z braku dostatecznych dowodów winy. Wyszłam po ogłoszeniu wyroku – on był słuszny, on był prawnie słuszny – i pamiętam, że poszłam do swojego kolegi, patrona – Zbyszka Banaszczyka. Mówię mu, co się stało. I się trochę trzęsę.

I co powiedział pani patron?
– Powiedział rzecz bardzo mądrą i powtarzam ją swoim aplikantom: „Nie myśl o żadnych kwestiach moralnych, tylko myśl o sukcesie jurydycznym”. To nie jest cyniczne.

Ja chyba bym sobie z taką świadomością nie potrafiła poradzić – wybronić człowieka, który zabił i zgwałcił dziecko!
– Sama byłam wtedy matką, chyba czterolatka. Ale to już nawet nie o to chodzi. Pamiętam tę sprawę, minęło lat chyba 30. I nigdy się od niej nie oderwę. Nie wiem, co stało się z tym człowiekiem, nie mam pojęcia.

Dużo było takich spraw, kiedy była pani przekonana o winie swojego klienta i udało się go pani wybronić?
– Nie. Bardzo mało. Zresztą, nie jest to, broń Boże, żadna moja zasługa czy kwestia wnikliwości sądu, bo w Polsce mamy tylko ok. 3% uniewinnień. Więc, jak sama pani rozumie, może to świadczyć o tym, że prokuratury bardzo dobrze selekcjonują sprawy i puszczają do sądu tylko te, które są pewne. Ale to zbyt optymistyczne założenie. Albo że sędziowie skazują jednak zbyt lekką ręką.

Tak pani myśli?
– Myślę, że coś w tym jest. I nie chodzi tu tylko i wyłącznie o moje przeczucie. Pamiętam, kiedy jeszcze robiłam aplikację sędziowską, sędzia, który uczył nas prawa karnego, powiedział: „Jak macie wątpliwości co do winy, to lepiej dać wyrok »w zawiasach«, bo to żadna kara”.

Sędzia tak powiedział?
– Tak powiedział, były to lata bardzo już dawne, ale tak powiedział.

A nie powinno być tak, że jeśli sędzia ma choć cień wątpliwości, to nie wydaje wyroku skazującego?
– Myślę, że tak jest, tylko dużo jest spraw niejednoznacznych. Można przy niektórych przestępstwach opierać się na przesłankach nie do końca racjonalnych. Mówię tutaj przede wszystkim o przestępstwie niegospodarności menedżerskiej. Bo jeśli przyjmiemy jako filozofię karania, że ten oto menedżer wyrządził szkodę w spółce, to sędzia może uznać jego winę, a może również dojść do wniosku, że nie każda transakcja musi być udana. I to są sprawy, w których wyrok wydają bardzo często biegli. Nie znam sprawy Ryszarda Krauzego, ale jego oświadczenie, w którym twierdzi, że prokuratura pomyliła przychód ze stratą, jest tego ilustracją – ale powtarzam, nie znam tej sprawy, a poza tym to jest człowiek, który ma postawiony zarzut, więc będzie się bronił, jak to jest możliwe. Ale niezastosowanie aresztu wobec niego i innych osób, może wskazywać, że mówi prawdę, bo w sprawach gospodarczych rzeczywiście bywa tak, że sędzia nie jest w stanie w pełni zrozumieć skomplikowanego mechanizmu biznesu. A czasami jest tak, że mechanicznie opiera wyrok na opinii biegłych, których poziom jest, powiedzmy sobie szczerze, nie najwyższy.

Mówił mi o tym mec. Ćwiąkalski. On nie do końca wierzy biegłym, ponoć nie zawsze wydają fachowe i zgodne z prawdziwym stanem rzeczy opinie. Pani też tak uważa?
– Zbigniew Ćwiąkalski wie, co mówi. Prowadzi dużo spraw gospodarczych, ale prawda jest taka, że były poważne ośrodki biegłych: Instytut Ekspertyz Sądowych prof. Sehna w Krakowie, było kiedyś Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Komendy Głównej Policji, ale niestety, gospodarka wolnorynkowa stworzyła możliwość tworzenia, jak to się na ogół nazywa – instytutu kryminalistycznego. Jest to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, którą zarządza pan X, i pan X po prostu i zwyczajnie ma stajnię ludzi, którzy uważają, że mają jakąś wiedzę fachową w danej dziedzinie. Sądy mogą powoływać biegłych z listy sądowej, którzy nie są porządnie weryfikowani, ale mogą również powoływać biegłych ad hoc, czyli spoza listy sądowej, ale to są osoby, które mają wiedzę o sprawie. I teraz, jeśli dołączymy do tego fakt, że prokuratura i sądy muszą się bardzo liczyć z budżetem – nie wiem jak w tej chwili, ale rok temu mówiła mi pani prokurator, że na opinię, która jest wyceniona na więcej niż trzy tysiące złotych, musi mieć zgodę szefa – to robi się taki kasting, który biegły jest tańszy.

Druga rzecz, i to dotyczy zwłaszcza zakładów medycyny sądowej, to czas oczekiwania na takie opinie. Na tę z uniwersyteckiego zakładu medycyny sądowej bywa, że czeka się rok, półtora, dwa – oni nie chcą brać tych opinii, bo mają ich za dużo, a przecież wykonują także obowiązki dydaktyczne w ramach uczelni i przeprowadzają zlecone sekcje. Może dlatego pojawiła się już firma, która robi sądowe sekcje w ramach działalności gospodarczej, bo chodzi o to, kto zrobi tę sekcję szybciej. Bywa też, że ludzie, którzy wpisują się na listę biegłych sądowych, przedstawiają dokumenty, których nikt nie weryfikuje. Kilka lat temu była ogromna afera w sądzie mokotowskim. Chodziło o opinię z zakresu pismoznawstwa, ktoś tę opinię zaniósł panu prof. Tadeuszowi Tomaszewskiemu, który u nas na uniwersytecie szefował kryminalistyce i specjalizował się właśnie w kwestiach pismoznawczych. Kiedy Tadeusz Tomaszewski obejrzał tę opinię, to zwrócił uwagę od razu na jedną rzecz, mianowicie na to, że pan „biegły” powoływał się na metody badawcze, które nie istnieją.

Pani mecenas żartuje!
– Gdzież bym śmiała! Zrobiła się z tego niesłychanie ponura sprawa, bo na podstawie opinii tego pana, napisanej szybko i tanio, kilka osób zostało skazanych za fałszowanie dokumentów, a nawet odbyło karę. W przesławnej sprawie PZU była słynna historia z biegłą Jadwigą Młynarczyk, która wykazała się kompletną niekompetencją. Swoją opinię oparła na badaniu audytora i danych z gazety „Rzeczpospolita”. Teraz mam taką sprawę, w której wydaje się, że biegły nie wie, o czym pisze. Rzeczą dość powszechną jest też na przykład, że się powołuje w charakterze biegłych z zakresu księgowości ludzi, którzy nigdy nie robili bilansu spółki akcyjnej – są po prostu emerytowanymi księgowymi z małych firm. (…)

Często broniła pani w sprawach karnych, prawda?
– Tak. Broniłam w takich sprawach może nie często, ale pamiętam każdą z nich. Pamiętam potworną sprawę zabójstwa z ulicy Nowogrodzkiej.

Co to było za zabójstwo?
– Były trzy trupy, na ścianie krwią napisane: „Za gwałt na kobiecie w ciąży”. Mężczyzna zabił człowieka za gwałt na jego konkubinie, zabił też świadka i jeszcze jedną osobę, która miała na ciele 277 ran ciętych, które posypywano mu solą. W tle były rozliczenia narkotykowe w okolicach Nowogrodzkiej. Siedzieliśmy na tej sali, wiało grozą i wtedy mecenas Cybulski odwrócił się do mnie i powiedział: „Hania, tu diabeł chodzi po sali”. Po prostu niewyobrażalne okrucieństwo. Dostaliśmy po dwa dożywocia.

Broniła pani człowieka, który zabił?
– Nie, broniłam oskarżonego, który pomagał zabójcy w usuwaniu śladów, ale to już wszystko jedno, kogo broniłam. Tak czy inaczej, kiedy padły te dożywocia, sędzia miała gulę w gardle. Z tego, co wiem, odeszła z sądu po tej sprawie. A myśmy wtedy we trójkę, z dwoma kolegami doszli na piechotę z alei Solidarności do Wisły i wróciliśmy na aleję Solidarności. Rozstaliśmy się ze sobą, nic nie mówiąc. Potem jako obrońcy z urzędu musieliśmy pisać apelację. Napisaliśmy oczywiście. Nasza radość, kiedy sąd apelacyjny uznał nasze apelacje za bezzasadne, była ogromna. W adwokacie też jest jakieś poczucie sprawiedliwości. (…)

Jak się wyzbyć odrazy do klienta? Bo pewnie pani ją czuła.
– Nie, nie czułam nic, ale to chyba moje szczęście.

Patrzyła pani na ludzi, którzy zabili trzy osoby w tak okrutny sposób, i nic pani nie czuła?
– Mogę tylko powtórzyć – nie czułam nic. Mój klient przyznawał się do winy, więc to nawet nie była kwestia jego obrony, ale reprezentowania. W ogóle taki był honorowy, jeśli można tak powiedzieć. Ale kiedy mówimy o odrazie, raz odrazę poczułam. To była sprawa młodego człowieka, 20-letniego, który na przejściu dla pieszych, na pasach zabił staruszkę siedemdziesięciokilkuletnią. Został zatrzymany, bo prowadził pod wpływem alkoholu. Więc ja oczywiście, jak każe obyczaj, pojechałam do więzienia. Przedstawiłam mu się, a on mówi: „I za co ja tu siedzę? Po co mi się ta stara kurwa pchała pod samochód?” – cytuję dokładnie. Wtedy, powiem szczerze, po raz pierwszy chciałam wstać i wyjść.

Nie zrobiła pani tego?
– Nie, nie zrobiłam. Tylko poprosiłam, żeby opowiedział, co się stało. Skazali go, zresztą słusznie. Kobieta przechodziła na pasach na zielonym świetle, on był pijany, jechał za szybko, zabił tę biedną starszą panią. I taką miał refleksję po tej tragedii. Tę sprawę pamiętam, chociaż spraw o wypadki miałam niemało.

A co to za sprawa, o której wciąż rozmawiacie z sędzią Piwnik?
– To sprawa, którą sędzia Piwnik pamięta lepiej. Gdzieś, na Żoliborzu chyba, siedziało takie towarzystwo i piło. Pili, pili, pili kilka dni. Towarzystwo było mieszane, wśród mężczyzn była jedna kobieta. To byli degeneraci. Doszło do jakiejś nieprzyjemnej sytuacji – ta kobieta chyba chrapała, któryś z panów wziął taboret i ją zabił. Włożyli jej potem, nie wiem dlaczego, dwa orzechy w pochwę. Nad ranem, kiedy ci moi bracia O., bo broniłam braci O., uczestników biesiady, zobaczyli, co się stało z tą kobietą, owinęli ją w kocyk i chcieli pochować. Pochowali ją w piaskownicy przed domem i nakryli gałęziami. Broniłam braci O. ogniście – mieli zarzut zacierania śladów przestępstwa, poniekąd słuszny, ale również znieważenia zwłok. Twierdziłam, że nie mieli intencji znieważenia, a że im się piaskownica pomyliła z Powązkami, to już inna sprawa. Tłumaczyłam to sędzi Piwnik – zamiaru nie było. Po czym ona mi skazała braci O. z obu czynów. I ten żal we mnie pozostał. Ilekroć potem żeśmy się spotykały, to albo ona zaczynała o braciach O., albo ja. W każdym razie po paru latach mówi mi: „Cholera, psiakrew, że ja nie skazałam ich na bezwzględną karę pozbawienia wolności, bo by jeszcze żyli!”. Pytam: „A co się stało?”. „Zachlali się denaturatem” – smutna puenta tej historii. Była też inna sprawa, którą miałam u sędzi Piwnik. Chodziło o zdemolowanie osiedla romskiego w jednej z miejscowości w środkowej Polsce.

Dlaczego? Co tam się stało?
– To nie była sprawa prosta. Jeden z młodych Romów mieszkał na takim osiedlu romskich pałaców. Otóż syn takiego bardzo bogatego Roma potrącił na pasach śmiertelnie dziewczynę i jakimś cudem nie dostał żadnej kary, tej sprawie ukręcono łeb. Wtedy lud tego miasteczka się oburzył i poszedł demolować domy Romów. Zdemolował. Obejrzeliśmy zdjęcia z tego pobojowiska, nie było wątpliwości, że doszło do przestępstwa, ale sprawa była niesłychanie trudna. Bo z jednej strony, ta bezkarność mogła rozwścieczyć, ale z drugiej strony – ta wściekłość miała także tło rasowe. Na zasadzie: Cygan i bogaty, to ja mu dowalę! Wychodziła ta polska małość, a jednocześnie nie mogłam nie zauważyć, że sprawa Roma w jakiś dziwny sposób została umorzona. To był słuszny gniew ludu, tylko taki gniew, żeby właśnie przy okazji dołożyć bogatemu, a w dodatku Cyganowi. Obrzydliwe to było.

Czemu ludzie popełniają najokrutniejsze przestępstwa? Z zazdrości? Z miłości? Dla pieniędzy?
– Wie pani, myślę o paradoksie: sprawcy poważnych przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu – nie mówię o pobiciach, mówię o zabójstwach – oni mają jakiś powód. To może być miłość, nienawiść, to może być zazdrość. Natomiast ludzie popełniają przestępstwa również z tego powodu – i to są głównie przestępstwa gospodarcze: wyłudzenia, oszustwa – że okazja czyni złodzieja. Mówię trochę jak stary sęp, ale za mało chyba w ludziach w Polsce takiego poczucia przyzwoitości, rozróżnienia, co jest dobre, a co złe.

Broniła pani kiedyś kogoś, kto zabił z miłości?
– Tak. (…) To był młody chłopak, miał ze 30 lat. Pozostawał w związku z dziewczyną, która miała dziecko z innego związku – to było dość biedne środowisko. I ta dziewczyna związała się z kimś innym. Mój klient przyszedł do jej domu, córeczce tej kobiety powiedział, żeby wyszła się pobawić na podwórko, po czym swojej dziewczynie poderżnął gardło, owinął kocem i podpalił zwłoki, chcąc zatrzeć ślady. Wpadł oczywiście bardzo szybko.

Jaką przyjęła pani linię obrony?
– Próbowałam z tego czynu zrobić zabójstwo w chwili wzburzenia, co było pomysłem dość karkołomnym, ale to była jedyna możliwość – zabójstwo w afekcie. W tym wypadku także trzeba było wziąć pod uwagę opinię biegłych.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 19/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Kancelaria Domański Zakrzewski Palinka Sp. K.


Fragmenty rozmowy z książki Doroty Kowalskiej Adwokaci. Ich najważniejsze sprawy, Wydawnictwo Melanż, Warszawa 2021


 

Wydanie: 19/2021

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy