Chluśniem, a potem utoniem

Chluśniem, a potem utoniem

Lato w pełni: w czerwcu utopiło się 60 osób, w lipcu 86. Co dalej?

W czerwcu było dziewięć dni bez topielca, w lipcu już tylko cztery. Najtragiczniejsze były ostatni weekend lipca – 17 topielców – i ostatni weekend czerwca – 14. Pierwszy sierpniowy weekend pochłonął 12 ludzkich istnień, m.in. w Częstochowie, Lubiatowie, Kątach Rybackich, Władysławowie, Starych Sadach, Opolu Lubelskim… Czyli od morza przez Mazury po Lubelskie i Śląskie. Najbardziej widowiskowe akcje ratownicze są nad morzem. Pokazują je telewizje, nagrywają telefonami plażowicze. Topielców już nie.

Łańcuch życia

Kąty Rybackie. Sobota, 1 sierpnia, dochodzi godz. 12.40. Na plaży czerwona flaga, kąpiel wzbroniona. Nastolatek się kąpie. Jego 47-letni ojciec widzi, że syn zaczyna się topić. Rusza mu na pomoc. Ratuje syna, ale sam nie może wrócić na brzeg, tonie. Natychmiast zjawiają się ratownicy uczestniczący w mistrzostwach Polski, które odbywają się w pobliżu. Dojeżdża też OSP Sztutowo, jednostka Brzegowej Stacji Ratowniczej oraz Jednostka Ratowniczo-Gaśnicza Nowy Dwór Gdański. Przylatuje śmigłowiec pogotowia lotniczego. Armia ludzi. Mężczyzna zostaje odnaleziony, doholowany na brzeg. Reanimacja trwa godzinę, ale nie przynosi rezultatu.

Ta sama sobota. Chałupy, Półwysep Helski. 31-letni mężczyzna znika pod wodą. Plażowicze szybko skrzykują się, by udzielić mu pomocy. Kilkadziesiąt osób chwyta się za ręce i tworzy tzw. łańcuch życia. Poruszają się w kierunku otwartego morza, licząc, że natrafią na tonącego. Bez skutku. W końcu rezygnują, rozchodzą się. Wtedy jeden z plażowiczów kilkadziesiąt metrów dalej zauważa dryfującego mężczyznę. Z pomocą innego wyciąga go na brzeg. Reanimacja jest bezskuteczna.

I kolejny łańcuch życia. Sarbinowo. Niedziela, 2 sierpnia, godz. 11. Plaża niestrzeżona. 45-letni ojciec i 14-letni syn pływają na materacach. Nagle ojciec zsuwa się z materaca, zaczyna tonąć. Syn próbuje go ratować. Bezskutecznie. Plażowicze tworzą łańcuch życia. Zjawiają się ratownicy Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, strażacy, policja, pogotowie. Mężczyzna zostaje odnaleziony po godzinie. Godzinna reanimacja nie daje rezultatu.

Do wody spod budki z piwem

Od 1 kwietnia utonęło w Polsce 226 osób. To dopiero półmetek wakacji. Trudno powiedzieć, czy topielców będzie więcej niż w ostatnich latach, czy może mniej: w 2017 r. utonęło 457 osób, w 2018 r. – 545 osób, w 2019 r. – 456. W czerwcu br. utopiło się 60 osób, w lipcu – 86. Nie wiadomo, co przyniesie sierpień. Najwięcej topi się osób w wieku powyżej 50 lat, najczęściej w jeziorze albo w rzece, w morzu zaledwie kilka procent, zdecydowana większość (80%) topielców to mężczyźni. Co czwarty topielec był pod wpływem alkoholu.

– Alkohol jest największą plagą – twierdzi Jacek Krawczyk, były wykładowca w stołecznej AWF, w Zakładzie Pływania i Ratownictwa Wodnego, obecnie prezes WOPR w Warszawie, instruktor ratownictwa, trener pływania, współwłaściciel szkoły pływania. – Gdyby przeszła się pani po plaży, zobaczyłaby pani, ilu mężczyzn trzyma w jednej ręce papierosa, a w drugiej butelkę z piwem. A ten, który pił, potem pływa. U nas wiele kąpielisk ma budki z piwem na plaży, bo właściciel plaży zarabia na jedzeniu i piwie. Nad jeziorami i rzekami zdarza się picie alkoholu nawet przez żeglarzy czy wędkarzy. Gdy zwracaliśmy im uwagę, to nas obrażano. Często też utonięcie wynika z braku umiejętności pływania, chociaż mamy coraz więcej pływalni i nawet trzy-, czterolatki czy niemowlęta uczą się pływania. Trudno w to uwierzyć, ale zdarza się, że na egzaminy na AWF zgłaszają się osoby, które nie potrafią pływać.

Ratownicy niechętnie mówią o ludziach, których ratowali. Jeśli są zatrudnieni w prywatnych firmach, zazwyczaj mają w umowach zastrzeżenie, że nie wolno im rozmawiać na temat pracy. Co najwyżej mogą wyjawić, że mają 100% skuteczności. Kuba, ratownik od czterech lat, na swoim kąpielisku w czerwcu dwa razy ratował życie tonącemu. – Mam dobrą passę – stwierdza. Andrzej, ratownik od pięciu lat, też ma za sobą kilka interwencji. Każdy z nich jak mantrę powtarza, że nie wolno wchodzić do wody po alkoholu i że najlepiej korzystać z kąpielisk strzeżonych.

Paweł Błasiak jest prezesem Stołecznego WOPR i Zarządu Głównego WOPR, organizacji, która ma w strukturach 16 jednostek wojewódzkich. Na pytanie o liczbę osób uratowanych i nieuratowanych odpowiada: – Uratowanych, jak to się mówi wśród nas, po pierwszej setce przestałem liczyć. Po prostu jest ich wielu. Nieuratowanych było czterech. Wszystkie przypadki utonięcia zdarzyły się na morzu, poza kąpieliskiem strzeżonym. Dwie osoby były reanimowane przez prawie godzinę, dwie zostały wyciągnięte z wody i lekarz od razu stwierdził zgon.

Czy ratownik ma traumę, po tym jak tonący umrze? Paweł Błasiak powinien być zahartowany, bo jako zawodowy nurek niejednokrotnie wyciągał z wody ciała topielców. Uważa jednak, że aby być ratownikiem, trzeba być osobą empatyczną, ale też twardą i odporną. Pamięta, jak po raz pierwszy wyciągał topielca jako nurek zawodowy. – Człowiek, który wcześniej nie miał do czynienia z osobą nieżywą, nie ma pojęcia, jak to jest – wyjaśnia. – Topielec jest ciężki. To ok. 100 kg bezwładnej masy. Są osoby w ratownictwie wodnym, które nie mogą sobie poradzić z widokiem topielca, tak jak zdarzają się osoby w Ochotniczej Straży Pożarnej, które nie radzą sobie z widokiem spalonego ciała. Niektórym to wraca w pamięci, i to w najbardziej niespodziewanych sytuacjach.

Ci czterej nieuratowani to mężczyźni w wieku 30-40 lat. Czy pojawiają się w jego snach? Na szczęście nie. Są ratownicy, którzy po takim zdarzeniu muszą się odstresować, idą pobiegać albo stosują inne środki. Każdy reaguje inaczej. Ale pewne jest, że jeśli po kimś taka historia spływa jak woda po kaczce, powinien się zastanowić, czy nadaje się na ratownika. Zdarza się jednak, że po takiej akcji ratunkowej trzeba wrócić od razu na swoje stanowisko, by nadal strzec pozostałych kąpiących się. Chociaż stres gdzieś na pewno się odkłada.

– Wszystkie te cztery akcje były akcjami grupowymi, czyli zespołu ratowników. Najbardziej pamiętam jedną, z lat 90. – mówi Błasiak. – Dostaliśmy sygnał, że ludzie się topią. Biegiem na miejsce i do wody. Osoby były już pod powierzchnią. Było nas najpierw trzech, potem dobiegło kolejnych trzech i kolejnych… W sumie kilkunastu. Trafiłem na tę osobę pod wodą. Wtedy krzyczy się: „Mam!”, żeby inni ratownicy wiedzieli. Jest nadzieja, że akcja zakończy się powodzeniem. Jeden kolega przybiegł z brzegu z liną na tzw. szelkach, wyciągnęliśmy tonącego na brzeg. Reanimowaliśmy go jakieś 20-30 minut, do przyjazdu karetki. Potem przejął to lekarz. Około godziny to trwało. Jednak stwierdził zgon. Odczucie znalezienia człowieka pod wodą jest tak silne, że do dzisiaj, kiedy nurkuję w jeziorze, przypominam sobie: „O, kiedyś natrafiłem…”. Niektórzy ratownicy znalezienie topielca chcą wymazać z pamięci. Nie chcą o tym rozmawiać. A inni odchodzą z ratownictwa.

Jacek Krawczyk nigdy nie prowadził akcji ratowniczej na kąpielisku, którego strzegł. – Najwięcej akcji jest poza terenem strzeżonym – wyjaśnia. – Gdy jest czerwona flaga, niektórzy ludzie przenoszą się na część niestrzeżoną i pływają na granicy. Przepisy tego nie zabraniają. Ratownicy chodzą i informują, że jest zakaz. Skrajne stanowiska na plaży strzeżonej mają większą obsadę ratowników i więcej sprzętu. Na wszelki wypadek. Zdarzało się, że byliśmy wzywani przez telefon na strefę niestrzeżoną, bo kilka osób było w wodzie i sytuacja stawała się niebezpieczna. Pewnego dnia kilka osób w strefie niestrzeżonej nie mogło wrócić na brzeg. Udało nam się uratować prawie wszystkie. Niestety, jedna osoba się utopiła i holowaliśmy ją do brzegu martwą.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 33/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Łukasz Głowala/Agencja Gazeta

Wydanie: 33/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy