Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Siłowanie się między prezydentem a premierem osiągnęło już taki etap, że w MSZ ludzie zaczęli się zakładać, czy prezydent Kaczyński zacznie sam, bez porozumienia z kimkolwiek, mianować ambasadorów, czy nie zacznie. Zwolennicy tego rozwiązania wcale nie są jakimś marginesem. Konstytucja daje prezydentowi takie uprawnienia, a że ustawy precyzują to inaczej… Co więcej, poszła już po MSZ wieść, że Kancelaria Prezydenta zamówiła w tej sprawie ekspertyzę prawną.
To by było śmieszne, gdyby prezydent Kaczyński zaczął wysyłać swoich ambasadorów w świat. Bo co wówczas zrobiliby premier i szef MSZ? Odwoływali ambasadorów na konsultacje? Wysyłali na urlop? Prosili o nieudzielenie agrément? Ho, ho, ale by się działo…
Ale zanim prezydent rozpocznie z premierem wojnę o ambasadorów, jest czas konsumowania wcześniejszych nominacji.
Oto media doniosły, że na ręce prezydenta Łukaszenki złożył listy uwierzytelniające ambasador RP Henryk Litwin. Przypomnijmy, Litwin ambasadorem na Białorusi został mianowany zaraz na początku rządu Marcinkiewicza, ponad dwa lata temu. Ale nie pojechał do Mińska, tylko siedział w Warszawie, bo Polska nie uznawała wyników wyborów prezydenckich na Białorusi. Uznała, że zostały sfałszowane, więc Łukaszenka nie jest prezydentem, tylko dyktatorem. A jak można składać listy komuś, kogo nie uznaje się za prawowitego prezydenta? Który, na dodatek, prześladuje mieszkających na Białorusi Polaków? W związku z tym – ogłoszono w Warszawie – ambasadora tam nie poślemy. To miała być ta kara.
I w Warszawie prężyli się wszyscy straszliwie. I co? I w końcu nic nie zwojowaliśmy, Łukaszenka jakoś nie przeląkł się, że nie ma w Mińsku ambasadora Najjaśniejszej, nie podał się do dymisji, nie rozpisał nowych wyborów… A sami liderzy białoruskiej opozycji i przedstawiciele tamtejszych Polaków, którzy przyjeżdżali do Warszawy, prosili, by Polska wysłała do Mińska ambasadora, bo wtedy i im będzie łatwiej.
Więc Litwin wreszcie, po cichu, pojechał na Białoruś. I czekał na złożenie listów uwierzytelniających trzy miesiące, co samo w sobie jest wielce znaczącym gestem. Ale musiał znieść tę zniewagę. Ostatecznie, w gronie sześciu innych nowych ambasadorów, został przez Łukaszenkę przyjęty. Na zimno. Znaczy się, my już uznajemy Łukaszenkę, ale on z kolei na nas się dąsa.
Tak oto Rzeczpospolita otrzymała nauczkę – że zanim coś się krzyknie, warto wpierw się zastanowić.
Trwają też w MSZ zakłady, czy minister Sikorski zatrzyma którąś z ambasadorskich nominacji, podpisanych w ostatniej chwili, już po przegranych przez PiS wyborach. Podpisanych przez prezydenta Kaczyńskiego, z pominięciem sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Chodzi o kilka osób: Jerzego Chmielewskiego (Rzym), Jarosława Starzyka (Madryt), Roberta Kupieckiego (Waszyngton) i Andrzeja Sadosia (Wiedeń, OBWE). Pisały o tym gazety, podnosząc, że zwłaszcza wysłanie Sadosia będzie dla Sikorskiego ciężkie.
Bo będzie. Ale w MSZ króluje pogląd, że oni wszyscy wyjadą. Po pierwsze, dlatego że sam Sikorski pamięta, jak miał w kieszeni nominację od Buzka, w roku 2001, na ambasadora w Brukseli, i Cimoszewicz, gdy został szefem MSZ, natychmiast mu ją cofnął. Teraz więc nie będzie chciał tego manewru powtarzać. A po drugie, są lepsze sposoby na Kaczyńskiego i Sadosia…

Wydanie: 51-52/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy