Rzeczpospolita szkaluje

Rzeczpospolita szkaluje

Karol Modzelewski: Pisanie, że Bolesław Sulik zeznawał w aferze Rywina tak, żeby dostać państwową emeryturę, jest niedorzeczną insynuacją

W ubiegłym tygodniu dziennik ten napisał, że Sulik, jeden ze świadków w aferze Rywina, po zeznaniach przed sejmową Komisją Śledczą otrzymał od premiera Millera dożywotnią emeryturę specjalną. „Rzeczpospolita” sugeruje, że zeznania, w których mówił, że nie wierzy, by Leszek Miller lub Robert Kwiatkowski wysyłali Rywina do Michnika, oraz decyzja premiera o przyznaniu mu emerytury łączą się, że jest tu związek.
Czy jest? Trzeba bardzo wiele złej woli, by tak twierdzić.
Sulik był emigrantem politycznym, gdy wrócił z Wielkiej Brytanii do Polski, nie miał prawa do jakiejkolwiek emerytury. Jednocześnie od kilku lat prawo pozwala, by premier RP przyznawał emerytury specjalne osobom zasłużonym dla ojczyzny, które z jakichś względów nie mają środków do życia. Chodzi o wyjątkowe sytuacje, do tej pory takich emerytur premier RP przyznał kilkadziesiąt. Otrzymały je m.in. wdowy po zabitych policjantach, ale także Jacek Kuroń i Jan Kułakowski, dziś eurodeputowany, nasz pierwszy negocjator umowy z Unią Europejską, który kilkadziesiąt lat spędził na emigracji w Belgii.
Można więc rzec, że idea emerytury specjalnej była jak skrojona na Sulika i było oczywiste, że on – osoba pomagająca opozycji demokratycznej jeszcze w latach 60. – powinien ją dostać. Nawet jeżeli przy pierwszym podejściu, w roku 1999, ówczesny premier, Jerzy Buzek, odmówił mu. Decyzja o przyznaniu emerytury, jak powiedział „Gazecie Wyborczej” Juliusz Braun, zapadła w styczniu 2002 r., pół roku przed wybuchem afery Rywina i prawie rok przed jej ujawnieniem. Braun, ówczesny szef KRRiTV, rozmawiał w tej sprawie z premierem Millerem, ustalono wówczas, że Sulik otrzyma emeryturę, gdy skończy pracę w Radzie Nadzorczej TVP. Skończył ją w czerwcu 2003 r., we wrześniu, po przerwie wakacyjnej, premier podpisał stosowną decyzję.
Po cóż więc „Rzeczpospolita” sugeruje, że Sulik zeznawał w sprawie Rywina dla emerytury?
On sam tego nie wie. „To są ubeckie metody”, powiedział PAP. „To ma być niby dziennikarstwo śledcze, a wychodzi z tego neoubecja”, mówił „Przeglądowi”.
Zniesmaczeni metodami „Rzeczpospolitej” są też inni. „Oszczerstwo i podłość”, tak szkalowanie Sulika nazwała „Gazeta Wyborcza”.
Co ciekawe, artykuł o emeryturze napisał w „Rzeczpospolitej” mało znany dziennikarz, który pewnie za bardzo nie wiedział, o kim pisze. Ale komentarz do tej informacji, opluwający Sulika, napisał Krzysztof Gottesman. Jego ojciec przyjaźnił się z Sulikiem, odwiedzali się, u niego w Londynie gościł też Krzysztof… Powinien więc doskonale znać jego sytuację życiową. A jeżeli miał wątpliwości, mógł zadzwonić do przyjaciela ojca. Nic z tych rzeczy, wolał pisać o „millerowskiej emeryturze”.
Jest granica podłości…


Co chwila słychać jazgot nagonki
Jak ocenia pan artykuł w „Rzeczpospolitej”, w którym sugeruje się, że Bolesław Sulik zeznawał w aferze Rywina tak, żeby dostać państwową emeryturę?

Prof. Karol Modzelewski
To insynuacja. W dodatku niedorzeczna. Zastanawiam się, dlaczego „Rzeczpospolita”, która zażywa reputacji poważnej gazety, coś takiego wydrukowała. Równie dobrze można by powiedzieć, że premier Buzek, który podobną emeryturę przyznał Jackowi Kuroniowi, kupił go za 1,6 tys. zł. Sytuacja jest o tyle podobna, że Jacek Kuroń był z woli władz PRL bezrobotny od 1964 r. do 1989 r. i żadną miarą nie mógł wypracować sobie emerytury. Sulik zaś był politycznym emigrantem, do Polski przyjechał w roku 1991 i też nie miał czasu wypracować normalnej emerytury. Emerytura, którą mu przyznano, jest niższa od średniej płacy krajowej, ale niezależnie od tego sama myśl wyrażona drukiem, że Bolesława Sulika można kupić, świadczy o tym, że dziennikarz sądzi według siebie. Może więc ważniejsze od pytania, dlaczego „Rzeczpospolita” to wydrukowała, jest pytanie bardziej zasadnicze, mianowicie o stan polskiego dziennikarstwa. Ustrój się zmienił, ale obyczaje dziennikarskie w materii szczucia nie uległy właściwie zmianie. Co chwilę słychać jazgot jakiejś nagonki. Gdy nagonka się skończy, gdy się okaże – jak na przykład w sprawie Oleksego, gdzie naganiaczami były tuzy dziennikarskie – że zarzuty były fałszywe, dziennikarz otrzepuje ręce i uważa, że bez słowa przepraszam odzyskał całkowicie utraconą cnotę. To zastanawiające, że w wolnej Polsce, dokładnie tak samo jak w Polsce Ludowej, wiele jest w zawodzie dziennikarskim dziewic wielokrotnego użytku.
Ważne jest również pytanie, dlaczego padło na Sulika. Ten człowiek ma autorytet i niewątpliwie niezależne sądy, co w takiej instytucji jak telewizja zawsze zawadzało.

Wydanie: 33/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy