Rok po wichurze

Rok po wichurze

Odbudowa idzie powoli, brakuje fachowców. Nie ma gdzie sprzedać drewna z powalonych lasów

2 sierpnia tego roku. Piaszczysta droga od stacji Rytel Wieś do wsi Wędoły Małe, kiedyś leśna, dziś prowadzi przez krajobraz księżycowy. Zachmurzone przed burzą niebo tną samotne kikuty drzew, wokół hałdy poskręcanych korzeni i pniaków czekają na wywózkę. Sucho. Wiatr wzmaga się co chwilę, wzniecając tumany kurzu. W Wędołach Dużych kilku mężczyzn próbuje założyć folię na dom. Jego dach uszkodzony podczas ubiegłorocznej wichury zdjęli właśnie do naprawy. Śpieszą się, bo deszcz wisi nad głową. Na domu Józefa Spychalskiego w Wędołach Małych też pracuje brygada dekarska. Gospodarz niespokojnie patrzy w niebo.

– Żeby po tym skwarze znów jakaś nawałnica nie wyskoczyła. Nadawano ostrzeżenia w telewizji, w ostatnich dniach gwałtowna burza przeszła przez Czersk, a w Zblewie wicher uszkodził dachy – mówi. – U nas teraz, gdy lasy powaliło, wiatr ma się gdzie rozpędzić. Pierwszy raz dach zabrała mi zeszłoroczna wichura. Nowy położyłem w ubiegłym roku jesienią. Minęło zaledwie 10 miesięcy, jeszcze śruby nie zdążyły zardzewieć, gdy 21 czerwca nadeszła burza piaskowa, zerwała jego połowę od strony drogi i rzuciła na pole. Teraz wymieniłem całą więźbę dachową na nową, drewno miałem swoje, jeszcze szczyty są do dokończenia. Jakoś udało mi się zebrać środki, 6 tys. dostałem z gminy, 20 tys. z ubezpieczenia, resztę dołożył z darowizn komitet społeczny założony przez sołtysa Rytla Łukasza Ossowskiego i księdza proboszcza. Sołtys podesłał też do mnie dekarzy. Gdyby mi trzeci raz dach zabrało, to nie wiem, jak bym sobie poradził.

Choć wygląda na to, że burza przeszła bokiem, nagle zaczyna się lejba. Na szczęście nie wieje zbyt mocno, ściana wody tworzy na zeschniętej ziemi rozległe bajora. Deszcz już jednak nie pomoże wyschniętym uprawom – mizernej gryce i wypalonej słońcem saradeli. – W zeszłym roku zboże wymłóciła mi wichura. Musiałem kupować ziarno do siewu. A w tym roku wszystko uschło – wzdycha Spychalski.

Jego sąsiadami są Jan i Krystyna Modrzejewscy. Na ich podwórzu piaszczysta droga się kończy. Dalej rosło 30 ha ich lasu. Rozmawiamy na tarasie przed domem, ulewa bębni po dachu.

– W zeszłym roku ziarno zostało na polu, w tym roku zebraliśmy osiem worków pszenżyta z 1,5 ha, a hodujemy bydło na tucz – opowiada Jan Modrzejewski. – Właśnie zmniejszamy stado. Nie ma sensu kupować drogiego zboża, gdy ceny żywca od 20 lat nie rosną. Nasze zabudowania podczas zeszłorocznej nawałnicy jakoś przetrwały. Za to w domu córki w Modrzejewie wiatr wyrwał okno szczytowe i woda wlała się do środka, poniszczyła podłogi i sprzęty.

– Nie ma co narzekać, trochę popadało, może jakieś grzyby będą. Przed nawałnicą wielu ludzi, nawet z Rytla, dorabiało sobie zbieraniem jagód i grzybów, a w tym roku bieda – dodaje gospodyni.

Dzwoni telefon, właściciel działki, którą nabył od rolników, prosi o pomoc. Nie może dojechać do swojego domu, drogę zatarasowały mu przewrócone drzewa. Gospodarz wsiada na traktor ze specjalnym chwytakiem z przodu i jedziemy w stronę Modrzejewa. Pół godziny wcześniej jechała tędy jego córka i droga była przejezdna.

– Większość ponawałnicowych drzew jest uszkodzona, w środku drewno jest czarne. Wystarczy nawet powiew i drzewo w tym osłabionym miejscu się łamie. To niebezpieczne, właściwie wszystkie te drzewa powinny zostać wycięte, bo nie wiadomo, kiedy się przewrócą – wyjaśnia rolnik, podnosząc wiatrołomy.

Polną drogą przez Modrzejewo w połowie sierpnia zeszłego roku jechał minister Antoni Macierewicz. – Jechali wzdłuż mojego pola – pokazuje Jan Modrzejewski. – O tam, co na nim teraz gryka rośnie, przy zagajniku w stronę linii wysokiego napięcia i dalej, do Konigortu, gdzie się zakopali, bo ich samochód miał za niskie zawieszenie jak na nasze wertepy. Wówczas to był jedyny dojazd do Brdy, którą wszyscy, wspólnymi siłami, razem z wojskiem, oczyszczaliśmy z wiatrołomów. Bez determinacji strażaków i mieszkańców w usuwaniu drzew z dróg nikt by tam nie dotarł.

Domy pod błękitną folią

W Młynkach, położonych w przeciwległej części sołectwa Rytel, na dachu obory pana Jana tak jak w zeszłym roku błękitnieje folia. Gospodarza zastaję przy obrządku bydła. Mówi, że brak mocy przerobowych i nie wiadomo, w co ręce włożyć. Jeszcze w sierpniu chciałby pokryć dom blachą, a we wrześniu weźmie się do remontu obory.

W odległym o 5 km Sternowie w gminie Chojnice swojego chlewu nie zdołali odbudować Szmaglińscy. O pomoc w odbudowie dużego, zabytkowego budynku gospodarczego prosi Krystyna Ciesielska: – Boję się, że jak przyjdzie duży wiatr, to wszystko się zawali. Już tegoroczna wichura 21 czerwca częściowo uszkodziła folię, która jest krucha i przepalona przez upały. Z gminy dostałam 9 tys. zł na odbudowę, lecz to zdecydowanie za mało.

Nikodem Strahl z Lampkowa w gminie Dziemiany, przez którą przeszła zeszłoroczna nawałnica, oborę zdołał odbudować tylko dzięki swojej determinacji. Gdy nie wytrzymał z nerwów w banku spółdzielczym, z pomocą przyszła mu sama dyrektor. Przyjechała do rolnika i zaproponowała korzystny kredyt hipoteczny, który już spłacił, sprzedając drzewo ze swojego zniszczonego przez wichurę lasu. Pieniędzy nie starczyło jednak na naprawę domu. – Moje krowy do lutego chodziły po polu, a ludzie dzwonili z donosami, że znęcam się nad zwierzętami. Zamiast przyjść i zapytać, w czym rzecz – denerwuje się rolnik.

W Główczewicach w sąsiedniej gminie Brusy ludzie też odbudowują się powoli. – Dwie rodziny już się odbudowały, dwie mieszkają jeszcze w kontenerach. Jedna z nich chyba niebawem wprowadzi się do nowego domu. Państwo Megerowie rozebrali połowę budynku i nie wiem, czy będą się budować, czy nie – relacjonuje sołtys.

– W kontenerze mieszka moja 82-letnia teściowa – wyjaśnia Barbara Meger. – My z mężem zajmujemy niewyburzoną część budynku, choć nadzór budowlany nam tego zabronił. Syn z żoną wyjechali do Holandii, żeby zarobić na nowy dom, co dwa tygodnie przyjeżdżają. Owszem, dostaliśmy pomoc rządową i jeszcze 10 tys. zł z Caritasu, ale to kropla w morzu potrzeb. Budynek w stanie surowym kosztuje ponad 40 tys. zł. A syn ma gospodarstwo malutkie, z mężem jesteśmy na emeryturach rolniczych po 800 zł każda. Ja nie z takich, co lubią płakać i prosić. Lecz byłabym spokojniejsza, gdyby do zimy udało się postawić budynek w stanie surowym, resztę można by było stopniowo wykańczać.

Brakuje fachowców. Felicja Szulc z Główczewic już ponad pół roku czeka w kolejce na firmę dekarską, która ma naprawić dach na jej domu. – Pamiętam taką brygadę, co zaraz po wichurze kładła nam dach na stodole za darmo – mówi. – Byli spod Kartuz, podesłały nam ich siostry z pobliskiego klasztoru w Orliku. Co to byli za fachowcy! Jeden dzień i nową konstrukcję drewnianą położyli. Takich to ze świecą szukać!

Kosiedowskim z Rytla ma kłaść dach ta sama firma, która teraz pracuje u Jana Spychalskiego. Dekarze chcą zdążyć do wiejskiego festynu w sobotę 11 sierpnia, w rocznicę nawałnicy.

Co to za gospodarz bez lasu

Oprócz odbudowy domów i zabudowań gospodarczych wielu rolników musi po wichurze uporządkować swoje lasy. A to pociąga za sobą kolejne wydatki. Lasy tworzone często przez kilka pokoleń były dla wielu lokatą kapitału. Miały poza tym niemożliwą do wycenienia wartość sentymentalną.

Józef Spychalski 3,5 ha lasu wyczyścił z pomocą rodziny: – Moi bracia przyjechali i pomogli. Gdybym wynajął firmę ze sprzętem, usługa kosztowałaby mnie tyle co wartość pozyskanego drzewa, pod warunkiem że udałoby mi się je sprzedać. A z tym są problemy. Pytałem nawet w starostwie, czy państwo pomoże jakoś rolnikom w tej sprawie. Usłyszałem, że mamy radzić sobie sami. Lasy Państwowe to duża firma, sprzedaje drewno za granicę, nam pozostaje rynek lokalny. Do dziś za drewno nie zapłaciły mi dwie firmy, na pieniądze czekam od października zeszłego roku. Do jednej z tych firm w Czersku pojechałem osobiście i usłyszałem, że pieniądze będą za tydzień. Minęło siedem dni i nic. Kiedy dzwonię, nikt nie odbiera telefonu. Pozostałe drzewo pociąłem na deski, żeby podnieść jego wartość, i czekam na kupców. Tylko że takich jak ja jest wielu. Kto tylko miał las prywatny, ma pocięte deski i szuka możliwości sprzedaży. A przecież na usunięcie pniaków, gałęzi i zalesienie też trzeba mieć środki, sadzonki podobno mają być za darmo. Zapisałem się już na nie u leśniczego na przyszły rok.

U Modrzejewskich, którzy mieli 30 ha lasu, ten sam problem. Nieuczciwi odbiorcy drewna do dziś zalegają im z wypłatą.

– Nabrali drzewa od ludzi i teraz mają problem z płynnością finansową, ale chyba nam w końcu pieniądze dadzą – pociesza się Jan Modrzejewski. – W Lasach Państwowych tak nie jest. Wpierw trzeba zapłacić, a potem można wziąć drewno, ale z prywatnymi właścicielami można sobie pozwolić na takie zagrywki. Do tego jeszcze spadły ceny. Za kłodę na deski trzy-, cztero- i sześciometrowe przed nawałnicą płacono 250-300 zł, a teraz 150-170, kłody na papierówkę od 7 cm grubości są jeszcze tańsze – 100-120 zł. A wyrąb takiej kłody harwesterem ze zwózką kosztuje 60 zł. Do tego trzeba doliczyć usuwanie i wywózkę pniaków, za co firmy winszują sobie 1,5 tys. zł od hektara. Ja na razie sam wyrywam pniaki ciągnikiem, ale nie wiem, czy dam radę. Dziś za 10-15 zł na godzinę do lasu nikt nie przyjdzie. Za takie pieniądze pracują tylko Ukraińcy.

– Dom, stodołę czy oborę można szybko odbudować – dodaje Krystyna Modrzejewska – lecz odbudowa lasu to zadanie na lata. Nawet jak się zasadzi nowy, trzeba będzie go pielęgnować, nadsadzać, przecinać. Jego strata tak boli, bo ten las był także śladem po naszych dziadkach i rodzicach, chcieliśmy go przekazać dalej, naszym dzieciom.

Modrzejewscy mają jeszcze dwa zagajniki do oczyszczenia, drzewa z nich pójdą na biomasę. Zamówili też u leśniczego sadzonki. Na wiosnę przyszłego roku planują zalesić 5 ha.

Pan Jan z Lampkowa obiecywał sobie w zeszłym roku, że swój ośmiohektarowy las wyczyści sam przy pomocy rodziny. – Do maja tak pracowaliśmy, ale potem przyszły upały i nie daliśmy rady. Wzięliśmy firmę. Myślę, że z tego lasu wiele korzyści nie będzie – ucina.

Nikodem Strahl, który prowadzi gospodarstwo rolniczo-leśne, zanim znalazł wiarygodną firmę do oczyszczania lasu, dwa razy o mało nie został oszukany, zgłosił nawet sprawę na policji. Teraz odkłada każdy grosz na ostateczne uporządkowanie 30 ha lasu. Zalesiać oczywiście będzie, choć jest już w wieku emerytalnym. – Bo co to za gospodarz bez lasu – wzrusza ramionami.

Na mocy decyzji dyrektora generalnego Lasów Państwowych z 24 sierpnia 2017 r. właściciele lasów prywatnych mogą otrzymać wynagrodzenie z funduszu leśnego „za wyręczenie administracji publicznej w kształtowaniu bezpieczeństwa publicznego”. Jak informuje Adam Mochol, inspektor Wydziału Organizacyjno-Prawnego Urzędu Miejskiego w Brusach, za uporządkowanie lasu do 20 lat można będzie otrzymać 4 tys. zł za hektar, lasu od 21 do 40 lat – 5 tys. zł, lasu powyżej 40 lat – 6 tys. zł. Do tej pory uporządkowanie lasu zgłosiło 45 osób, dwie otrzymały wypłaty. W gminie Brusy jest 4746 ha lasów prywatnych, uszkodzonych jest 2500 ha, w tym 1600 ha przeznaczono do całkowitego wyrębu. Zalesianie na gruntach prywatnych praktycznie jeszcze się nie rozpoczęło.

Dużym problemem tego lata są pożary w lasach ponawałnicowych. 6 czerwca paliło się w okolicy Rytla. Pożar trwał od godz. 12 do 19. Gasiło go 17 zastępów straży pożarnej i dwa samoloty gaśnicze. W tym samym dniu wybuchł pożar w sąsiednim nadleśnictwie Czarne Człuchowskie.

Energia pomagania

Walka ze skutkami wichury, która z 11 na 12 sierpnia 2017 r. przeszła nad Borami Tucholskimi i południową częścią Kaszub, wyzwoliła ogromną energię pomagania i pokazała siłę lokalnych społeczności. Symbolem poszkodowanych stał się malutki Rytel z jego sołtysem Łukaszem Ossowskim, który skoordynował działania pomocowe, ściągnął wolontariuszy i – jak pisał jeden z tygodników – wyprzedził rząd i wojsko. Pojawili się też inni lokalni liderzy. Arkadiusz Kubczak, sołtys Lotynia, miał w swojej wsi zaraz po wichurze 200 wolontariuszy z całej Polski. Podobny ruch powstał w gminie Sośno w województwie kujawsko-pomorskim. Ruch ten od marca tego roku przekształcił się w Fundację Zawierucha, której przewodzi Marek Kunek. Wszystkie te inicjatywy są wciąż żywe. – Marek ostatnio zbierał środki na dom w Rogalinie. W Szynwałdzie dzięki naszemu wsparciu budują się dwa domy – Elżbiety Jureńczyk i Beaty Stasiak. Mury już stoją, szukamy środków na ich wykończenie. Usiłujemy znaleźć też firmę, która wykończyłaby dom państwa Wiśniewskich – opowiada Kamila Jabłońska z fundacji. W lipcowym wywiadzie dla „Magazynu Pomorskiego” sołtys Rytla mówił, że chciałby, aby we wsi powstało coś w rodzaju akademii dla wolontariuszy i osób, które w sytuacjach kryzysowych angażują się w pomoc.

11 sierpnia w Rytlu w rocznicę wichury odbył się festyn „Pokonaj nawałnicę”. Cały ten dzień – podkreślał Łukasz Ossowski – był formą podziękowania wszystkim ludziom, którzy tutaj przyjeżdżali.

Pod koniec maja tego roku Komisja Europejska zarekomendowała przyznanie Polsce 12,2 mln euro odszkodowania za skutki nawałnicy. Musi ono jeszcze zostać zaakceptowane przez Parlament Europejski i Radę UE. Prawdopodobny termin głosowania nad wnioskiem w PE to wrzesień lub początek października. – Pomimo naszych wielokrotnych próśb i deklaracji współpracy strona rządowa nie włączyła nas w dyskusję na temat najważniejszych potrzeb i sposobu wydatkowania tych środków – zwraca uwagę Michał Piotrowski z biura prasowego marszałka województwa pomorskiego.

Trwa też kontrola NIK w sprawie nawałnicy. Jej wyniki będą znane najprawdopodobniej jesienią.

– Wojsko, zwłaszcza w te pierwsze dni bardzo by nam się przydało, i to nie tylko do grabienia liści – podsumowuje Józef Spychalski, który w zeszłym roku nie brał żadnej pomocy od sołtysa Rytla, bo uważał, że są bardziej potrzebujący.


Gminny bilans
W gminie Brusy pomoc na odbudowę domów i zabudowań gospodarczych otrzymało ok. 1000 rodzin. Nie wszystkie budynki odbudowano, 12 rodzin mieszka poza domem. Miejsko-gminny ośrodek pomocy społecznej wypłacił niemal 7 mln zł zasiłków z pomocy rządowej.

W gminie Chojnice wsparcie dostało 615 rodzin, w tym 588 otrzymało 2,6 mln zł ze środków budżetu państwa. Pozostałe 27 otrzymało środki z darowizn. Pomoc z darowizn dostali też niektórzy korzystający z wsparcia rządowego. Gmina pomogła 373 rodzinom, przeznaczając na to 823 tys. zł. Trwa remont 14 budynków mieszkalnych i 14 gospodarczych. Dwie rodziny mieszkają w domkach holenderskich, jedna z nich zaadaptowała domek do całorocznego użytku.

W gminie Czersk, do której należy m.in. Rytel, pomoc na remont i odbudowę budynków mieszkalnych otrzymało 221 rodzin, a na odbudowę budynków gospodarczych 23 rodziny. Ze środków własnych pomocy udzielono 108 rodzinom. Nie wszystkie budynki zostały odbudowane.

Natomiast w gminie Lipusz wszystkie budynki i zabudowania gospodarcze zostały odbudowane. Właściciele lasów prywatnych wciąż zajmują się ich oczyszczaniem. W gminie Dziemiany odbudowane zostały wszystkie domy mieszkalne i zdecydowana większość budynków gospodarczych. Rolnicy w znacznym stopniu uporządkowali już swoje lasy, lecz dużym kosztem dla nich będzie zalesienie tych terenów.

W wielu gminach, przez które przeszła nawałnica, znacznie zmalały dochody. Na tych terenach umorzono podatki rolny, leśny i od nieruchomości, mniejsze są opłaty lokalne.

Wydanie: 33/2018

Kategorie: Kraj

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy