Tusk, czyli powrót antypolityki

Tusk, czyli powrót antypolityki

Donald Tusk nie zerwał z programową nieokreślonością i antypolityką PO. Przeciwnie: wyniósł je na sztandar

Co sezon w Polsce pojawia się partia, która obiecuje partią nie być. Polska 2050, Wiosna, Kukiz ‘15, Ruch Palikota – wszystkie obiecywały zabrać politykę politykom, a oddać ją ludziom. Stare słowo partia zastępował „ruch”, działaczy – „obywatele”, a nowe ugrupowanie miało w ogóle zajmować się nie uprawianiem polityki, tylko wcielaniem w życie pomysłów Polaków, uwalnianiem ich energii i rozbijaniem starego systemu. Taką alternatywą 20 lat temu, u progu nowego wieku i nowej epoki w polskiej polityce, miała być również Platforma Obywatelska.

Brzmi to z dzisiejszej perspektywy nieco dziwnie, bo przecież później to właśnie PO stała się wręcz synonimem bezideowej, skostniałej, technokratycznej partii zawodowych polityków. Ale u swoich początków PO nie była wcale odległa od tego, co później będą proponować kolejne obywatelskie antypartie. Likwidacja Senatu, jednomandatowe okręgi wyborcze, tanie państwo i niskie podatki, prywatyzacja kolejnych instytucji, przekazanie władzy w ręce samorządów i społeczeństwa obywatelskiego – cały ten pakiet decentralizacyjnych poglądów, który doskonale znamy i dziś. Nawet nazwa partii Tuska, Płażyńskiego i Olechowskiego miała jasno dać do zrozumienia, że jest to ugrupowanie nie polityków, lecz obywateli. Dalekie od przyznawania się do jakiejkolwiek ideologii, próbujące trafić do wszystkich naraz, obłe i przezroczyste, częściej prezentujące program negatywny – czego ma nie być i czego nie chcemy – niż zobowiązujące się do realizacji jakichś postulatów.

PO, nawet gdy już doszła do władzy, odruchowo wracała do podobnej retoryki. Trzy slogany z czasów rządów Tuska – „ciepła woda w kranie”, „nie róbmy polityki, budujmy Polskę” i „kto ma wizje, niech idzie do lekarza” – skleiły się z Platformą na dobre, tylko utrwalając wizerunek partii uczulonej na konkret. Gdy po 2015 r. PO znalazła się w opozycji, skakała na przemian w lewo i do środka, niezdolna do określenia swojej tożsamości. Publicyści wyśmiewali partię za to, że jedyny jej program to bycie najtwardszym antypisem. „I niech będzie tak, jak było!”. Politycy zaś próbowali w wywiadach wykręcać się lub odpierać ten zarzut, by ostatecznie i tak przyznać, że to trafna diagnoza. A chęć odsunięcia PiS od władzy to całość ich programu. Co będzie i jak będzie po upragnionym objęciu rządów, to wyjdzie w praniu – bez żenady przyznawali momentami platformersi, wymęczeni kolejnymi pytaniami o to samo. Powrót Donalda Tuska miał to wszystko zmienić. I tak się stało. Powrót Tuska przyniósł wielką zmianę, lecz nie taką, jakiej oczekiwano. Tusk nie zerwał z programową nieokreślonością i antypolityką PO. Przeciwnie, wyniósł je na sztandar.

Bruksela zapłaci

Trzeba było sporej dawki zawadiactwa (lub wprost bezczelności), by pierwszą konwencję partyjną po powrocie Tuska zorganizować w Płońsku, mającym nieco ponad 20 tys. mieszkańców miasteczku na Mazowszu, znanym z tego, że tu urodził się pierwszy premier Izraela, Dawid Ben Gurion. W Płońsku w ostatnim 30-leciu więcej raczej zlikwidowano, niż zbudowano – w tym gospodarczą lokomotywę miasta i regionu, wielką przetwórnię Horteksu, zatrudniającą niegdyś nawet 1,5 tys. osób. A skoro przy lokomotywach jesteśmy: kolej i transport publiczny funkcjonuje raczej symbolicznie, na lokalnym dworcu zatrzymuje się kilka pociągów dziennie. Choć do Warszawy jest godzina drogi, a Płońsk znajduje się w zasięgu Kolei Mazowieckich, nie ma do stolicy żadnych bezpośrednich połączeń. W wielu aspektach Płońsk przypomina dziesiątki innych miast podobnej wielkości, których mieszkańcy w ostatnich latach skłonni byli poprzeć raczej PiS i Andrzeja Dudę.

A jednak to tam przewodniczący Platformy postanowił zaprosić członków swojej partii, by – jak mówił – zobaczyli, jak wygląda Polska poza wielkimi miastami. I właśnie tam postanowił przekonać wszystkich słuchaczy, że teraz największa partia polskiej opozycji będzie również głosem prowincji. Zostawmy na chwilę pytanie, na ile to możliwe – bo akurat rządy Platformy są utożsamiane z czasem największego dopieszczania metropolii. Ciekawsze jest to, jak owo skupienie się na mniejszych miastach miałoby się dokonać. Bo do tego przecież potrzebny jest jakiś program, prawda? Błąd.

Donald Tusk, nawet obiecując rozwój mniejszym ośrodkom i dowartościowanie tych kilkuset mniejszych polskich miast, jest w stanie powiedzieć, że posiadanie jakiegoś programu i wizji podobnych zmian jest całkowicie zbędne. Przewodniczący PO przypomniał słuchaczom, że nikt nie wczytuje się w te segregatory i teczki z pomysłami, podśmiewając się tu nieco z ciągle domagających się programu dziennikarzy i komentatorów. Tusk powiedział też, że nie ma jednej recepty na rozwój lokalny – przypadek każdego miasta czy społeczności jest odrębny. Głównym wrogiem tego rozwoju czy przeszkodą w nim są zaś nie brak infrastruktury, dramatycznie szybko starzejące się społeczeństwo czy drenaż mózgów, ale państwo. To władze blokują rozwój samorządów, mieszają się w życie ludzi, tłamszą przedsiębiorczość w takim Płońsku. Wniosek? Państwo musi przestać się mieszać, rozwój należy oddać samorządom, a podejmowanie decyzji społeczeństwu. Słowem, nie róbmy polityki, budujmy mosty! 2020, 2010, 2000 – nie zmienia się nic.

Polityka bez polityki

W płońskim przemówieniu Tuska pojawił się jeden przykład, do którego należy się odwołać – organizacja opieki zdrowotnej w Finlandii. I jeden postulat – stworzenia dostępu do usług publicznych w małych miastach na poziomie podobnym „lub chociaż porównywalnym” do stolicy i największych ośrodków. To zdumiewające, jak lekko można rzucić hasło największego w historii podniesienia poziomu życia na prowincji – dorównania pod względem szkolnictwa, transportu czy ochrony zdrowia Warszawie – a jednocześnie przekonywać, że samorządy zrobią to same. Państwo ograniczy się do roli nocnego stróża pilnującego budżetu i zewnętrznych granic, a pieniądze do Płońska, Prudnika czy Piszu popłyną z Brukseli. Bo tą klamrą zaczyna się i kończy przemówienie przewodniczącego PO. Małe miasta mogą się rozwijać dzięki UE, musimy zostać w UE, a z UE chce nas wyprowadzić PiS – to klamra spinająca tę opowieść. Nikt nie zapytał, niestety, dlaczego prowincja w Polsce, na Słowacji czy na Węgrzech nie rozwija się po prostu sama z siebie i nie goni dużych miast, jeśli unijne pieniądze to jedyne, czego trzeba.

Jednak słowa, które padły w Płońsku, zdziwiły tylko naiwnych lub optymistów. Wszystkie kolejne wystąpienia obu liderów PO – Tuska i Trzaskowskiego – mają od wiosny wspólny mianownik. „To wy, ludzie, macie wymyślić, jak ma wyglądać polityka, my tu jesteśmy tylko od wygrania wyborów z PiS”, zdaje się mówić jeden i drugi. Tak było na słynnym już Campusie Polska Trzaskowskiego, gdy kolejni zaproszeni goście wzywali „młodych ludzi”, by – cytując Henrykę Bochniarz – „wzięli się do roboty”. Na tym pomyśle oparta była też „debata” Tusk-Trzaskowski – obaj przekonywali, że oni tak naprawdę są od wsłuchiwania się i służenia radą, ale to młodzież ma określać cele. Głośnym echem odbiła się odpowiedź zirytowanego Tuska na pytanie o język śląski, o którym powiedział tyle, że Ślązacy sami powinni sobie go załatwić. Analogicznie obywatele sami mają sobie załatwić świeckie państwo, nowoczesną szkołę i funkcjonujący szpital. Gospodarz Campusu, Rafał Trzaskowski, przywołał później podobne tezy podczas Igrzysk Wolności w Łodzi, gdy ze swadą i firmowym uśmiechem powtarzał zgromadzonym: „To wy, wy, wy musicie się zaangażować!”.

Oto definicja antypolityki w najpełniejszej formie. Politycy przekonujący na politycznych kongresach dla rozpolitykowanej publiczności, że nie wiedzą, po co im władza, więc niech to im wyborcy powiedzą.

Wehikuł czasu

Wbrew wszystkim surowym sądom nie jest tak, że Platforma nie ma ideologii. Nie ma programu ani recept, ale światopogląd PO pozostaje względnie stały. To liberalizm wychowany na doktrynach i doświadczeniach lat 80. i wczesnych 90. – gdy dojrzewające pokolenie liberałów utożsamiało z państwem wyłącznie opresję, marnotrawstwo i biurokratyczną inercję. PO mówi do dziś głosem pokolenia ludzi, którzy widzieli możliwości awansu w Europie i międzynarodowych korporacjach, a państwo utożsamiali ze złodziejską ręką poborcy podatkowego i skorumpowanego urzędnika. W świetle tych doświadczeń i poglądów zrozumiałe było przekonanie, że społeczeństwo obywatelskie będzie lepszym motorem zmian i busolą rozwoju niż władza centralna.

Wszystko ma jednak swoje granice. W 2021 r., gdy za sprawą pandemii wszyscy w przyśpieszony sposób uświadomili sobie, jakie znaczenie mają sprawne instytucje międzynarodowe i państwa, antywspólnotowy liberalizm ostatecznie schodzi na świecie ze sceny. Rządy różnych państw prześcigają się w nowych pomysłach i propozycjach programowych, bo wiedzą, że pozostawienie spraw „samym sobie” może być receptą na katastrofę. Nabierający znaczenia wyścig technologiczny i powrót Chin do roli globalnego gracza uświadamia też rządzącym, że nie można ograniczyć rozwoju do samej jego fasady: budowy kilku stadionów i rewitalizacji starych kamieniczek. Wreszcie zmieniają się na skalę globalną oczekiwania społeczeństw: chcemy, by państwa i rządy robiły w obliczu nowych zagrożeń więcej, a nie w kółko samoograniczały się i przekonywały, że „najlepsza polityka gospodarcza to brak polityki”.

I nie trzeba szukać egzotycznych przykładów, bo wielką bitwę o większą sprawczość państwa i instytucji publicznych toczy dziś prezydent amerykańskiego mocarstwa, Joe Biden. Tymczasem w partii, która ma największe na opozycji szanse przejęcia władzy, wciąż panuje przeświadczenie odwrotne. Politycy nie muszą przekonywać ludzi, że po coś tej władzy potrzebują. Nie róbmy polityki. A mosty? Sami zbudujcie te mosty.

j.dymek@tygodnikprzeglad.pl

Fot. East News

Wydanie: 40/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy