Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Od lat nie było w MSZ takiego rumoru jak po testach egzaminacyjnych z języków obcych, o których przeprowadzeniu zadecydował minister Cimoszewicz. O Jezu, jakiż podniósł się raban! W niechęci do pomysłu ministra, by każdy pracownik, który wyjeżdża za granicę, potwierdził znajomość języka obcego, zjednoczyli się najwięksi wrogowie. Twarda komuna z twardą „Solidarnością”. No bo kto by się spodziewał, że minister wytnie swym pracownikom taki numer!
I to jakim pracownikom! Chodzi po MSZ i kolegach z ZSMP Wiesław Osuchowski, postać ważna w Departamencie Konsularnym, i opowiada rzeczy mrożące krew w żyłach. „Nie załatwił nas Skubiszewski i Geremek, teraz załatwia nas Cimoszewicz – straszy – to kolejna weryfikacja!”.
No cóż, Osuchowski błyszczy odwagą, bo w ZSMP był zastępcą Jaskierni i zwierzchnikiem Janika. Na razie – taka poszła fama po MSZ – zrezygnował z ubiegania się o placówkę. Więc wszyscy już wiedzą, że rzecz wygląda następująco: Osuchowski marzył, żeby zostać ambasadorem (w Malezji). Ale rzecz w tym, że aby nim zostać, nie wystarcza dziś (tzn. za Cimoszewicza) być sprawnym urzędnikiem mającym dobre wejścia, ale trzeba również zdać test z języka obcego. W przypadku Osuchowskiego chodzi o test z języka angielskiego. Ale żeby go zdać, trzeba język obcy jakoś znać, prawda? Tak więc jednym prostym pomysłem Cimoszewicz stanął mu na drodze do upragnionej placówki i stanowiska ambasadora. I postawił go przed dylematem: czy kopać pod ministrem, czy też wkuwać słówka?
Dylemat to tym większy, że w MSZ dobrze pamiętany jest okres ostatnich 12 lat, w którym znajomość języków obcych nie była najważniejszym elementem decydującym o karierze. Za granicę wyjeżdżały całe tłumy ignorantów, za przepustkę mających dobre, solidarnościowe pochodzenie. Przy wielu z nich Osuchowski to orzeł. I teraz, proszę, Cimoszewicz podciął mu skrzydła…
Zresztą nie tylko jemu. Wystarczy wejść do MSZ i minąć wahadłowe drzwi. Na parterze po lewej stronie urzęduje Lech Mastalerz. Lata całe spędził w Nowej Zelandii i krajach anglojęzycznych. Na stanowiskach, na których musiał załatwiać sprawy z tubylcami. I proszę, nie zdał testu. Dlaczego? Czy miał chwilę słabości? Na razie wersja jest taka, że nie podszedł mu temat, a poza tym test oceniali angliści z Uniwersytetu Warszawskiego, nieczujący do końca specyfiki języka dyplomatycznego. Być może. Dlatego będą poprawki…
Z jednej strony, mamy więc obrażonych pracowników, od których wymaga się czegoś oczywistego, a z drugiej strony, kierownictwo MSZ, które z dnia na dzień utwierdza się w przekonaniu, że testy to strzał w dziesiątkę. Okazuje się, że na 600 pracowników merytorycznych zatrudnionych w centrali MSZ około 150 nie ma w aktach potwierdzonej znajomości języka obcego. Więc najwyższy czas, by potwierdzili.
A propos: kto i na jakiej zasadzie zatrudnił ich w MSZ?

Wydanie: 21/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy