Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Zacznijmy od dyplomatycznej kuchni. Otóż taki jest zwyczaj, że na doroczne sesje Narodów Zjednoczonych zjeżdżają się przywódcy większości krajów świata. Oczywiście, nie ograniczają się do wygłaszania przemówień, ale odbywają całe serie spotkań (obecność w jednym czasie, w jednym miejscu dziesiątków szefów państw temu sprzyja). Takie spotkania przygotowywane są wcześniej, kanałami dyplomatycznymi sprawdza się, czy do spotkania może dojść, później ustala się jego termin. To wszystko jest trochę taką improwizacją czy raczej deklaracją woli – bo w Nowym Jorku czas biegnie inaczej, są poślizgi. I w gruncie rzeczy, ostatecznie, miejsce i godzinę spotkania ustala się już na miejscu.
We wrześniu, podczas milenijnej sesji ONZ, na której był Aleksander Kwaśniewski, strona polska planowała, że dojdzie wówczas do jego spotkania z prezydentem Rosji, Władimirem Putinem. Wszystko wydawało się być na dobrej drodze, kanałami dyplomatycznymi ustalono, że zgoda na spotkanie jest, wstępnie uzgodniono jego termin, szczegóły zostawiając do dogrania w Nowym Jorku.
I cóż wówczas się stało – otóż, zgodnie z umową, podczas sesji ONZ Rosjanie przyszli do naszego ambasadora przy ONZ, Janusza Stańczyka (w MSZ zaczął pracować za Skubiszewskiego, to on negocjował konkordat), by ustalać techniczne szczegóły miniszczytu. Na co Stańczyk spokojnie im odpowiedział, że polski prezydent nie ma czasu na spotkanie z Putinem. Rosjanie wyszli oszołomieni, spotkania, oczywiście, nie było. Był za to mały skandal i, w gruncie rzeczy, kompromitacja Polski. Na dobrą sprawę, gdyby prezydent Kwaśniewski nie był człowiekiem gołębiego serca, ambasador Stańczyk za taki akt sabotażu powinien był wrócić do Warszawy, jeszcze tego samego dnia, w poczcie dyplomatycznej.
Nie wrócił, ale wciąż się boi, że zostanie odwołany, jak SLD wygra wybory.
Zresztą ten strach jest już w MSZ wszechobecny. A wzmacniają go opowieści o grupie byłych wysokich urzędników MSZ, którzy pod egidą SLD opracowują plany nowej struktury ministerstwa, kompatybilnej ze strukturami ministerstw krajów Unii Europejskiej.
Pomysł na nową strukturę jest, oczywiście, dobry, bo obecna woła o pomstę do nieba, ale… Otóż działania grupy (są w niej także trzej dyrektorzy departamentów MSZ-u – ciekawe, czy dostali na to pozwolenie od ministra Bartoszewskiego?) koordynuje Stanisław Mrowiec, były ambasador w Senegalu. Mrowiec w PRL-u był asystentem Józefa Czyrka, w polskim MSZ nie pracował nawet tygodnia, tylko od razu, na początku lat 90., wyjechał do Dakaru. Tam, najpierw jako radca, a potem jako ambasador, “ukrywał się” przez 9 lat. A teraz, wyposażony w wiedzę o działalności senegalskiego MSZ, chce reformować polski MSZ. No i daje do zrozumienia, że celuje w wiceministra. Humor to czy satyra?
PS Tydzień temu pisaliśmy o Kubie Wolskim. Że w pewnym momencie w MSZ słuch o nim zaginął. Dla kogo zaginął, dla tego zaginął – niektórzy pamiętają go dobrze z pracy w departamencie albo na placówce. Pozdrowienia z Waszyngtonu.
Attaché

Wydanie: 48/2000

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy