Państwa nie mają przyjaciół

Państwa nie mają przyjaciół

Nie liczyłbym na to, że przekonanie, iż Polsce trzeba się jakoś „odwdzięczyć”, opanuje Amerykanów na długie lata

– mówi Michael T. Kaufman, publicysta „New York Timesa”, długoletni korespondent w Warszawie

– Czy można mówić, tak jak o Pax Americana, „amerykańskim pokoju”, sposobie urządzania świata na modlę amerykańska, także o Amor Americae, rodzaju „miłości amerykańskiej” na opisanie uczucia żywionego przez partnerów Stanów Zjednoczonych zabiegających o względy, protekcję i wdzięczność supermocarstwa?
– Jest coś takiego. Dotyczy to zresztą nie tylko instytucjonalnych sojuszników, ale ogromnej większości państw na świecie. Każdy niemal chce zbliżenia ze Stanami i uzyskania pozycji lepszej niż inni rywale do względów Waszyngtonu. Proces ten widoczny jest zwłaszcza po rozpadzie świata dwubiegunowego. Jest dziś jedna superpower i ona działa jak magnes.
– Jak wygląda stan amorów po wojnie irackiej?
– Wojna przyczyniła się do scementowania stosunków amerykańsko-brytyjskich, to poza wszelką wątpliwością.
– Polska na drugim miejscu?
– Być może taka jest polska optyka, może tak to widać z Warszawy. Gdyby zapytać przeciętnych Amerykanów o najbliższych dziś aliantów, wymienią Wielką Brytanię i zaraz potem Izrael. W następnej kolejności Australię, Hiszpanię oraz – pewnie – Kanadę i Meksyk, chociaż nasi sąsiedzi mieli zgoła odmienne poglądy na interwencję w Iraku. Być może jako następna mogłaby się pojawić Polska.
– Z czego to wynika?
– Proszę nie myśleć, że jest w tym jakaś „logika” skierowana przeciwko Polsce. Prości Amerykanie może coś słyszeli o polskich żołnierzach w Iraku, ale dalecy są od przypisywania temu większego znaczenia. Ameryka, w przeważającej większości, jest dumna z pokonania Saddama. Uważa ponadto, że nikt nam nie był do pomocy potrzebny. Nawet rola Anglików w działaniach w okolicy Basry jest zapominana. Psychologiczna potrzeba triumfalnego wyjścia z sytuacji, pokazania światu, że to jest nasza sprawa i sami ją rozwiązujemy, stała się najważniejsza. Głupio ważne stało się także pokazanie narodowi, że możemy wszystko. To mnie złości i razi, ale takie są realia amerykańskie. Wspominanie o pomocy Polski ilustruje raczej nastawienia antyfrancuskie, antyniemieckie czy antyoenzetowskie.
– Pan to mówi? Przyjaciel Polski?
– Gdyby nie II wojna, sam byłbym obywatelem Rzeczypospolitej. Urodziłem się w 1940 r. w Paryżu. Mój ojciec, dr Adam Kaufman, pracował na Uniwersytecie Warszawskim. Niedługo przed wojną rodzina emigrowała do Francji, a nim wojna się skończyła, do Ameryki. Mam ogromny sentyment do Polski, znam język polski, mam w Polsce wielu przyjaciół. Jako korespondent spędziłem w Polsce pasjonujące lata poprzedzające Okrągły Stół i zmianę władzy. Dlatego mówię z przekonaniem: Polacy są większymi amerykańskimi patriotami niż nie tylko ja, ale i wielu rodowitych… Amerykanów. Polska myśli o Ameryce zupełnie inaczej niż Ameryka o Polsce. Polacy pragną, aby amerykańskie słońce święciło na nich najsilniej, i są przekonani, że im się to należy. To może być źródłem rozczarowań.
– Dlaczego?
– Przypomnę starą prawdę, że państwa nie mają przyjaciół, państwa mają interesy. Lepszy jest poważny wróg, z którym można się dogadać niż… banalny sojusznik. To akurat określenie Polski znalazłem w polskiej prasie, chyba w „Tygodniku Powszechnym”. Ten kierunek myślenia dominuje w mentalności spermocarstwowej. Przypomnę najlepszego bodaj znawcę relacji wielkich mocarstw i Polski, bliskiego nam obu, prof. Jana Karskiego, gdy pisał, że Polska „pozostawała zaledwie przedmiotem polityki wielkich mocarstw oraz funkcją zmieniających się wzajemnych stosunków między nimi”. Stopień upodmiotowienia Polski naturalnie wzrósł od czasów Wersalu czy Jałty, ale nie należy zapominać, że pozostaje ona państwem drugiego planu, a jej pozycja zależy wciąż od zmieniających się stosunków między Stanami Zjednoczonymi a Francją i Niemcami czy Rosją. To, przykładowo, że Polska dostaje strefę okupacyjną w Iraku, zależy od jej konsekwentnej postawy poparcia Ameryki, ale – nie ma wątpliwości – także od stanu stosunków Waszyngtonu z Paryżem i Berlinem.
– Sugeruje pan, że równa pozycja w miłości z supermocarstwem typu USA jest niemożliwa?
– Równa miłość możliwa jest pomiędzy równymi w sile i znaczeniu politycznym podmiotami państwowymi. Oczekiwania wobec Ameryki są o wiele większe, niż ona może dać. Powiedziawszy to, dodaję, że Polska powinna zdyskontować swoją obecną pozycję w stosunkach ze Stanami, jak tylko może i potrafi najszybciej. Timing is everything, czas decyduje o wszystkim. Nie liczyłbym na to, że przekonanie, iż Polsce trzeba się jakoś „odwdzięczyć”, opanuje zbiorową świadomość amerykańskiej opinii społecznej na długie lata.
To, że Polska przyłączyła się do akcji w Iraku, raczej uznawane jest za „normalne”. Ot, po prostu, zrobiliście to, czego od was oczekiwaliśmy.
– Nieszczęściem zdaje się europejskie położenie Polski i amerykańskie aspiracje, jakie stale w niej narastają. Ilustruje to dowcip, że nim w Waszyngtonie zacznie padać deszcz, w Warszawie otwierają parasole.
– Kiedy w latach 80. byłem w Warszawie zawsze podczas nocnych biesiad wyłaniał się problem włączenia Polski do Stanów Zjednoczonych. Nigdy więcej w żadnym kraju, a zjeździłem ich kilkadziesiąt, czegoś takiego nie usłyszałem. To wzruszające i bardzo romantyczne, ale… Polska nigdy nie u boku i w sercu Ameryki zajmie tego miejsca, które mają Kanada i Meksyk. Nawet jak są kłótnie i napięcia w stosunkach, historia i tradycja tego sąsiedztwa i miłości okazują się silniejsze ponad kolejne gabinety prezydenckie. Polska zdecydowanie powinna myśleć o swojej europejskiej przyszłości i tu układaniem sobie jak najlepszych stosunków.
– A aspiracje, aby była pomostem pomiędzy Europą a Ameryką?
– Czy pan sobie naprawdę wyobraża, aby Polska mogła mediować w sprawie Francji, Niemiec czy Rosji ze Stanami Zjednoczonymi? Czy uważa pan, że państwa o tak silnej podmiotowości i dumie narodowej zgodziłyby się na polskie pośrednictwo w jakimkolwiek temacie? Być może realna jest jakaś rola regionalna.
Proszę przy tym pamiętać, że Amerykę i Europę dzielą poważne, jak nigdy przedtem, różnice koncepcyjne. Chodzi o obecność wojsk amerykańskich na Starym Kontynencie, w tym o rolę NATO; o współpracę gospodarczą, gdzie i Europa, i USA coraz częściej lokują aspiracje w rejonie Azji i Pacyfiku; wreszcie o obecność islamu w Unii Europejskiej, co wiąże się z upartym dążeniem Turcji do UE. To trzy najważniejsze tematy strategiczne. Dodam też rozbieżności pomiędzy USA i Watykanem, mniej globalne, ale bliższe Polsce. Choćby ten pobieżny przegląd pokazuje, jak trudne zadanie stoi przed Polską, aby w tej grze znaleźć swoje właściwe miejsce, niebudzące obiekcji którejkolwiek ze stron
I to jest zadanie na dziesięciolecia, a nie doraźną perspektywę polityczną.

Nowy Jork

 

Wydanie: 27/2006

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy