Kres roli samotnego szeryfa

Kres roli samotnego szeryfa

Stany Zjednoczone nie mogą same rządzić światem. Stany Zjednoczone muszą mieć sojuszników. Przed nowym prezydentem USA stoi więc zadanie otwarcia nowego rozdziału

Prof. Adam Daniel Rotfeld

– Jak bardzo zmieni się Ameryka i świat po zwycięstwie Baracka Obamy?
– Już się zmienia. Oczekiwania są ogromne. Na miarę tych, jakich doświadczyła Ameryka po Wielkim Kryzysie 1929 r. Amerykanie oczekują powtórki New Dealu. Głównym jednak wyzwaniem i zadaniem nowego prezydenta będzie zasypanie przepaści, jaka dzieli Amerykę tradycyjną, konserwatywną, od tej, którą reprezentuje Barack Obama – pierwszy czarnoskóry prezydent, o pochodzeniu, które kiedyś by go eliminowało i przekreślało szansę na zajęcie najważniejszego stanowiska w Stanach Zjednoczonych i w świecie. Sam fakt, że Partia Demokratyczna zdecydowała się na takiego kandydata, świadczy o tym, że Ameryka pragnie zmiany. Słowo zmiana było zresztą kluczowym elementem w programach obu partii – Demokratów i Republikanów. To nie przypadek, że McCain unikał wykorzystywania w swojej kampanii obecności rządzącego prezydenta.
– Czego ta zmiana ma dotyczyć?
– Można powiedzieć, że zmiana dotyczy wszystkiego. A przede wszystkim dotyczy pogodzenia się Stanów Zjednoczonych z tym, że świat się zmienił.
– Przez rynki finansowe przetoczyła się burza…
– Ten najpoważniejszy od 1929 r. kryzys finansowy jeszcze nie przełożył się do końca na kryzys gospodarczy ze wszystkimi tego konsekwencjami. I nie wiemy, jak się przełoży, może unikniemy recesji i stagnacji, a przejdziemy tylko przez etap spowolnienia rozwoju. Ale sam kryzys finansowy nie miałby tak wielkiego znaczenia, gdyby nie towarzyszyły mu inne zjawiska kryzysowe, znacznie poważniejsze.

Kryzys Ameryki

– To znaczy?
– Mam na myśli przede wszystkim kryzys przywództwa. Stany Zjednoczone przestały być traktowane przez resztę świata jako najważniejsze mocarstwo globalne, które jest naturalnym liderem. Wystąpił również kryzys wartości. USA rozpoczęły interwencję w Afganistanie dla zdławienia organizacji terrorystycznych, które dokonały zamachu 11 września 2001 r.; później dokonały inwazji w Iraku, powołując się na zagrożenie bronią jądrową ze strony Saddama Husajna i posługując się hasłem promowania demokracji. Do tej pory nie zdołały jednak ani uchwycić Osamy bin Ladena, ani zniszczyć struktur jego organizacji.
– Poniosły też porażkę w Iraku. Codzienność zamachów, więzienie Abu Ghraib i stosowane tam metody to klęska wizerunku Ameryki.
– Zarówno sytuacja w Iraku, jak i w Afganistanie uświadomiła światu słabość Ameryki. Innymi słowy każdy kryzys oddzielnie – finansowy, przywództwa, wartości – byłby do opanowania. Ale wszystkie razem – wytwarzają nową jakość. I to jest najpoważniejsze wyzwanie dla nowego przywództwa amerykańskiego.
– Jaka jest jego skala?
– Dzisiaj antyamerykanizm stał się swego rodzaju nową teologią, która w różnych częściach świata łączy ludzi o bardzo różnych poglądach. Ameryka przestała być popularna nie tylko w Ameryce Łacińskiej – na zachodniej półkuli, gdzie zawsze była niepopularna, ale również w Afryce, w Azji, a nawet w Europie. To jest nowe zjawisko. Tak niepopularna Ameryka nigdy nie była. To wielka „zasługa” administracji George’a W. Busha. Ale zmiana tego stanu rzeczy paradoksalnie może się okazać najłatwiejsza. Obama bowiem jest radykalnym zaprzeczeniem dotychczasowego wizerunku Ameryki.
– Trudno jest atakować Amerykę Obamy.
– Właśnie. Iran np. sygnalizuje gotowość podjęcia rozmów z nowym amerykańskim prezydentem. To samo dotyczy innych reżimów, które żywiły się dotychczas swoistą nową ideologią pod nazwą antyamerykanizm. Wbrew pozorom psychologia w stosunkach międzynarodowych ma wielkie znaczenie. Zwróćmy uwagę: bezpieczeństwo państwa w znacznej mierze polega na percepcji zagrożeń. Nie reagujemy bowiem na to, jak jest naprawdę, tylko jak czujemy, jak nam się wydaje, że jest. Jeżeli uważamy, że Ameryka zagraża – to zbroimy się przeciwko Ameryce. Jeżeli uważamy, że nie zagraża, to nie tylko się nie zbroimy, ale podejmujemy z nią rozmowy. I uznajemy jej rolę.
– Choć nie taką, jak kilka lat temu.
– Ci, którzy wieszczą upadek Ameryki – jest to dość powszechna teza wśród różnych obserwatorów i politologów – mylą się. Ameryka jest i będzie najpotężniejszym państwem świata, choć jej rola w świecie radykalnie się zmienia. Nie ma już świata, w którym Ameryka miała rolę i moc rozstrzygającą, a jej pozycja była niepodważalna. Ten stan rzeczy należy do przeszłości. Ameryka nie może rządzić, jak to ujął jeden z najwybitniejszych amerykańskich badaczy Joseph Nye, „jak samotny szeryf”. Stany Zjednoczone nie mogą same rządzić światem. Stany Zjednoczone muszą mieć sojuszników. Przed nowym prezydentem USA stoi więc zadanie otwarcia nowego rozdziału.

Ameryka musi zostać

– Co pan uważa za kluczowe w tym nowym rozdziale?
– Kluczowe jest to, by Ameryka uświadomiła sobie, że świat się zmienił, i dostosowała się do tego świata. To umożliwi jej przywrócenie przywództwa. Jednak nic nie jest przesądzone. Gdybym miał być Kasandrą i wieszczyć, co może się stać niedobrego, to nie wykluczałbym, że skonfrontowany z tak ogromną liczbą problemów wewnętrznych Obama może wrócić do tradycyjnego amerykańskiego izolacjonizmu. Mogą znaleźć się w jego otoczeniu doradcy, którzy powiedzą: tak, jesteśmy krytykowani, więc zajmijmy się sobą, mamy do rozwiązania własne problemy. To byłoby najgorsze. Dla całego świata. Dlatego, że Ameryki nikt nie jest w stanie zastąpić.
– Pustki być nie może…
– Sądzę, że taka opcja jest bardzo mało prawdopodobna. Gdyby jednak Ameryka wycofała się, nastąpiłby moment przyspieszonego szukania nowego centrum polityki światowej. Pociągnęłoby to za sobą przyspieszone zbrojenia. Byłby to powrót do polityki, która była już przećwiczona w XIX w. i w pierwszej połowie XX w., mianowicie do wyznaczania sfer wpływów mocarstw, rywalizacji między nimi, powstawania rozmaitych dyrektoriatów itd. Otóż jestem przekonany, że otoczenie Obamy jest na tyle kompetentne i doświadczone, że wyklucza możliwość powrotu Ameryki do izolacjonizmu.
– Zna pan tych ludzi?
– Niektórych z jego bliskich współpracowników znam. W większości są oni zwolennikami tzw. multilateralizmu, podczas gdy George W. Bush i jego otoczenie (Rumsfeld, Bulton i inni) byli zwolennikami unilateralizmu. Uważali, że Ameryka powinna demonstrować swoją przywódczą rolę przez podejmowanie decyzji, a inni – wcześniej czy później – do niej się przyłączą. Otóż, gdyby przyjąć tę filozofię, Ameryka Busha w wielu sprawach tak się wysforowała do przodu, że nie zauważyła, że już nikt za nią nie podąża. Np. w głosowaniach w ONZ Stany Zjednoczone były często w sytuacji, że na 193 państwa miały poparcie zaledwie dwóch, trzech!

Wyłania się nowy świat

– Co ten wyłaniający się świat wyróżnia?
– Gdybyśmy rozmawiali o sytuacji przed I wojną światową lub przed II wojną światową czy nawet później, to powiedziałbym, że o bezpieczeństwie świata decydowały mocarstwa i stosunki między wielkimi mocarstwami oraz państwami zależnymi od tych wielkich mocarstw. Po załamaniu się zimnej wojny powstała sytuacja, która nie ma precedensu. Jest to jakościowo nowe zjawisko, którego nie przetrawili w sposób właściwy nie tylko obserwatorzy, komentatorzy, ale również politycy. A mianowicie: o pozycji państw decyduje dziś przede wszystkim ich sytuacja wewnętrzna. O roli Rosji w dzisiejszym świecie nie decyduje stan stosunków między Rosją a Ameryką czy też jej stosunki z Chinami, Niemcami, Polską – tylko rozwój sytuacji wewnętrznej. Rosja w czasach Jelcyna miała politykę otwartą, zorientowaną na przemiany demokratyczne, ale była bardzo rozedrgana, zdestabilizowana, nieprzewidywalna.
– ZSRR, gdy istniał, straszył świat swą siłą. Gdy się rozpadł – bezsilnością.
– Po rozpadzie ZSRR Rosja ma nieco mniejszy obszar, jej potencjał, struktury załamały się, a główne źródło rosyjskich dochodów, czyli surowce, jeszcze 10 lat temu były bardzo tanie. Warto pamiętać, że w dzisiejszym świecie surowce z reguły odgrywają rolę drugorzędną. Dwa surowce energetyczne – gaz i ropa – są wyjątkiem. Po II wojnie światowej dwa państwa, które poniosły klęskę i które nie miały żadnych surowców energetycznych (mam na myśli Niemcy i Japonię), w ciągu 20 lat uzyskały pozycję mocarstw światowych. Dwa kiedyś najbiedniejsze państwa Europy, w istocie rzeczy z peryferii, Irlandia i Finlandia, na naszych oczach w ciągu 20 lat stały się europejską czołówką, symbolem nieprawdopodobnego sukcesu.
– Skąd ta zmiana? Skąd ten sukces?
– Nie za sprawą ropy i gazu, bo ich nie mają… Nigdy nie ma jednej przyczyny, ale – w moim przekonaniu – taką przyczyną, główną, jeśli nie decydującą, była reforma systemu szkolnictwa w obu tych krajach. Edukacja stała się siłą napędową rozwoju. Najważniejszym surowcem w naszych czasach są szare komórki, kapitał intelektualny.
– A ropa i gaz?
– Odgrywają ogromną rolę, ponieważ ich ograniczone zasoby sprawiają, że cena na te surowce rośnie. Rosja skorzystała z tego wzrostu cen pod rządami Putina, stała się krajem lepiej zorganizowanym, który przestał zabiegać o kredyty, przeciwnie – anulował zadłużenie, np. umorzył dług w wysokości 4,5 mld dol. Libii. Putin zaoferował Libii, że Rosja jest gotowa unieważnić jej zadłużenie, pod warunkiem że Libia za tę sumę zakupi w Rosji towary, głównie produkty przemysłu zbrojeniowego. Dlaczego głównie wytwory przemysłu zbrojeniowego? Bo ZSRR był mocarstwem, które opierało się na zbrojeniach. Nie było żadnego innego artykułu rosyjskiego, który w świecie zyskałby tak wysoką markę.
– Z wyjątkiem kałasznikowa…
– Szwecja ma Volvo, ma samochody SAAB, ma produkty firmy Electrolux, Ericsson… Proszę, niech mi pan wymieni choćby jeden produkt rosyjskiego przemysłu cywilnego, który byłby na świecie rozpoznawalny. Natomiast jest prawdą, że kałasznikow, że T-72, że samoloty Su, że rakiety SS…
– …to światowa czołówka w swej klasie.
– Po dziś dzień potęga Rosji opiera się na dwóch filarach: na surowcach energetycznych – gazie i ropie, i na broni nuklearnej. Gaz i ropę Rosja wykorzystuje jako gospodarcze i polityczne narzędzia umacniania swojej pozycji, zwłaszcza w Europie. Co się tyczy broni nuklearnej, to ma ona charakter nie tyle i nie tylko wojskowy, ile polityczny, prestiżowy, ale też odstraszający. W moim przekonaniu, Stany Zjednoczone popełniły wielki błąd w 1988 r., kiedy nie przyjęły propozycji Gorbaczowa uwolnienia świata od broni jądrowej. Reagan nie był przygotowany do przyjęcia tej propozycji.

Nuklearny świat

– Czy Amerykanie mają tego świadomość?
– Dzisiaj wielu ludzi, którzy byli najbliższymi współpracownikami Reagana – Max Kampelman, George Shultz, Sam Nunn i wielu innych – przyznaje, że to był błąd. Utworzyli oni koalicję na rzecz uwolnienia świata od broni jądrowej – Nuclear Security Project. W 2007 r. dwóch byłych sekretarzy stanu, Henry Kissinger i George Shultz, oraz były sekretarz obrony William Perry i były senator Sam Nunn opublikowali artykuł na łamach „Wall Street Journal”. W roku bieżącym stworzyli zespół, przedstawili rozwinięty projekt, którego istotą jest „opcja zerowa” w zbrojeniach nuklearnych. Ten ruch jest ponadpartyjny, uczestniczą w nim dziś prawie wszyscy byli sekretarze stanu, wszyscy byli sekretarze obrony. Jest to pierwsza nieformalna amerykańska koalicja głównych sił politycznych na rzecz wyeliminowania broni jądrowej. Dodam, że 20-21 listopada odbyła się na ten temat w Warszawie konferencja z udziałem najważniejszych światowych ekspertów ze wszystkich mocarstw nuklearnych oraz Pakistanu, Izraela i tych państw, które posiadały tę broń i pozbyły się jej – Ukrainy, Białorusi i Republiki Południowej Afryki. Byli też główni autorzy nowych inicjatyw w zakresie denuklearyzacji. Z Białorusi przyjechał Stanisław Szuszkiewicz, a z Ukrainy Borys Tarasiuk, dwaj politycy, którym zawdzięczamy denuklearyzację dwóch sąsiadujących z Polską państw. Był też były szef amerykańskiego programu Safe and Secure Dismantelment (SSD) James Goodby, który kieruje teraz zespołem ekspertów Opcja Zerowa.
– A Rosjanie co na to?
– Byli w Warszawie też Rosjanie – prof. Siergiej Rogow, dyrektor Instytutu USA i Kanady z Rosyjskiej Akademii Nauk oraz z MSZ – Władimir Jermakow. Rosjanie jako pierwsi zaproponowali likwidację broni jądrowej, w roku 1988. Reagan nie wyczuł tego momentu. Tak w historii się zdarza – pojawia się jakaś szansa i jeśli jej się nie wykorzysta, to ona mija, wyparowuje, rozpływa się jak dym. Dziś Rosja inaczej patrzy na plan likwidacji broni jądrowej. Wiele wskazuje na to, że nie ma ochoty pozbawiać się tego narzędzia, które zapewnia jej ważną pozycję w świecie. Program likwidacji broni jądrowej musi być widziany realistycznie – w perspektywie raczej kilkunastu, a nie kilku lat. Będzie to proces rozłożony na wiele etapów. Na szczęście jest wola realizowania tego projektu. Dziś Rosja i Ameryka oraz sześć innych państw ma łącznie ponad 25 tys. głowic nuklearnych. Rosja ma poniżej 15 tys., USA – mniej niż 9 tys. Jednak w gotowości bojowej wszystkie państwa nuklearne mają na wyposażeniu armii (a nie tylko na składach) ponad 10 tys. głowic (dokładnie 10.183 głowice), w tym Rosja – 5189 głowic, a USA – 4075 głowic. Rosja i Ameryka zobowiązały się, że do roku 2012 zredukują ilość broni nuklearnej do 2,3 tys. i 1,7 tys. głowic. Jest to wciąż o wiele za dużo. Jednak to ilustruje, że mimo wszystkich napięć Amerykanie i cały świat demokratyczny wspierają i finansują program likwidacji potencjału nuklearnego Rosji, który (w ciągu 10 lat) kosztuje 20 mld dol. Jesteśmy w połowie drogi do pełnej realizacji tego programu.

Plany Rosji

– A jak Rosja chce przystosować się do zmieniającego się świata? Wiadomo – nie jest on już dwubiegunowy. Więc jaki? Minister Ławrow otwarcie powiedział, że Rosja ma swoją strefę wpływów, że należy do niej Gruzja. To dobry trop, by rozszyfrować zamiary Moskwy?
– Rosja ma ambitne plany – nie porównuje się do Chin, do Indii, do Unii Europejskiej. Dla Rosji punktem odniesienia są Stany Zjednoczone. Gdy padają pytania, po co i dlaczego Rosja zapowiada nowe zbrojenia, słyszymy odpowiedź, że USA otaczają ją siecią swoich baz. W tym kontekście postrzegana jest również sprawa tarczy antyrakietowej. Rosja wielokrotnie zapewniała, że to nie same instalacje są zagrożeniem, ale fakt, że rozmieszczają je Stany Zjednoczone w pobliżu rosyjskich granic.
– Za bardziej niebezpieczną broń uważają radary, które siłą rzeczy penetrować będą obszar Rosji.
– Rosjanie uważają, że spośród elementów amerykańskich instalacji radary w Czechach są o wiele groźniejsze niż 10 silosów na rakiety przechwytujące w Polsce. Jednak ani jednego, ani drugiego nie uważają za zagrożenie bytu. Niepokoi ich nie tyle to, że jest to tarcza antyrakietowa, ile fakt, że jest to instalacja amerykańska. W odpowiedzi niejako na nowe zagrożenia Rosja występuje z propozycjami zawarcia traktatu o bezpieczeństwie europejskim i globalnym. 8 października ostatnią propozycję w tej sprawie złożył w Evian prezydent Dymitr Miedwiediew.
– Na czym polega istota tej propozycji? Czy zawiera ona nowe postulaty?
– Widzę trzy nowe elementy w podejściu Rosji. Po pierwsze, sprawa dotyczy formy. Do tej pory obowiązują traktaty i porozumienia, które były podpisywane jeszcze przez Związek Radziecki. Rosja więc chce otworzyć nowy rozdział i definiować własny system porozumień. Uważa, że po rozpadzie ZSRR jej pozycja została osłabiona, była w sytuacji państwa poniżonego i że teraz powraca na światową scenę. Gdybyśmy porównali scenę międzynarodową do rautu czy balu, to Rosja chce pojawić się jako młoda, atrakcyjna i bogata panna, na którą wszyscy zwracają uwagę. Byłby to element, który można zrozumieć. Jednak ważniejsze jest to, że Rosja próbuje przeforsować w formie traktatowej element uznania stref wpływów. Jest to pojęcie wzięte żywcem z XIX w. Stąd formuła o „regionach lub strefie uprzywilejowanych interesów”. Kolejny nowy postulat: Rosja domaga się prawa do obrony rodaków i własnych obywateli. Jak wiadomo, w wyniku rozpadu ZSRR wielu Rosjan, nie zmieniając adresu, znalazło się za granicą. Czy pan wie, że największą grupą obcokrajowców na obszarze UE są Rosjanie? Według rosyjskich danych, jest ich ponad 10 mln.
– Mniejszość rosyjska stwarza problem w krajach bałtyckich.
– Procentowo jest tam duży odsetek ludności rosyjskiej, ale kraje te są mało ludne. Ilu mieszka tam Rosjan? Dwa miliony? Wiele milionów pracuje w pozostałych państwach UE. Migracja jest zjawiskiem normalnym. Jednak obecność obywateli na terytoriach innych państw nie może być uzasadnieniem do interwencji, jak miało to miejsce w Osetii Południowej czy Abchazji.

Im słabszy, tym groźniejszy

– Czy nowa formuła bezpieczeństwa nie służy bardziej polityce wewnętrznej? Konsolidacji narodowej?
– W pewnej mierze zapewne jest to istotny motyw. Gdyby mnie pan jednak zapytał, czy i gdzie w najbliższych latach przewiduję agresję, to odpowiem, że dziś głównym zagrożeniem nie jest napaść zewnętrzna, ale rozwój sytuacji wewnątrz państw. Wszędzie, we wszystkich regionach źródła agresji są inne niż w przeszłości. Nawet na Bliskim Wschodzie. Powiem wprost: żadne państwo arabskie w istocie rzeczy nie szykuje dziś napaści na Izrael. Nie ma też żadnego mocarstwa, które by szykowało napaść na inne mocarstwo. Nie przygotowują napaści Chiny ani Ameryka, ani Unia Europejska. Z tej tezy nie wynika, że nie ma zagrożeń. Owszem, są. Jednak są one niekonwencjonalne. Odbiegają od tego, co znamy z przeszłości. Dziś dla bezpieczeństwa międzynarodowego największym zagrożeniem są nie państwa silne, ale państwa słabe i upadłe. To państwa słabe i upadłe stwarzają próżnię, na której terytorium mogą rozwijać działalność wielkie terrorystyczne struktury. Budować obozy szkoleniowe, dokonywać z tych terytoriów aktów terroru. A równocześnie mogą pozostawać całkowicie bezkarne i działać z ukrycia. W prawie międzynarodowym za wszystko, co dzieje się na danym terytorium, odpowiedzialność ponosi państwo. Państwa słabe takiej odpowiedzialności nie są w stanie ponosić. Przykładem jest Afganistan, Sudan czy choćby na Bałkanach Bośnia i Hercegowina.
– A społeczność międzynarodowa?
– Oczekiwania wobec tej społeczności są niewspółmierne do możliwości. Społeczność międzynarodowa nie do końca i nie zawsze jest w stanie ponosić odpowiedzialność, ponieważ koszty takiej humanitarnej interwencji są ogromne. Przykładem swoistego protektoratu międzynarodowego jest Bośnia i Hercegowina. Gdyby z tego obszaru wycofały się państwa Unii Europejskiej i NATO – doszłoby tam ponownie do wojny i do rozpadu tego państwa. Niemal wszystkie państwa, które powstały na obszarze dawnej Jugosławii, były dotknięte tą słabością. Takim nowym państwem, które jeszcze nie okrzepło, a już jest upadłe – jest Kosowo. Kiedy struktury międzynarodowe wycofałyby się z Kosowa, głównym źródłem utrzymania tego państwa byłby przemyt – ludzi, broni, narkotyków, pranie brudnych pieniędzy. Byłby to rozsadnik kryminalnej działalności. Z tego punktu widzenia, gdy chodzi o Rosję, trzeba powiedzieć, że Putin zdołał uporządkować Rosję wewnętrznie. Ale, niestety, podstawą konsolidacji społecznej nowej Rosji jest swoisty nowy solidaryzm narodowy, odbudowa imperialnej potęgi oraz – w coraz większej mierze – etniczny nacjonalizm. Rosjanie mają też trudność z krytyczną oceną własnej przeszłości. Niepotrzebnie – gdyż krytyczna ocena własnej przeszłości mogłaby się okazać bardzo ozdrowieńcza i pomocna w demokratycznej transformacji społeczeństwa.
– Rosja kluczy…
– W stosunku do tej formy totalitaryzmu, jaką był stalinizm, Rosja powinna wypracować jednoznaczne stanowisko. Mamy cały czas podejście ambiwalentne: Rosja odcina się od zbrodni stalinowskich, a jednocześnie rehabilituje Stalina i jego politykę. Uważam, że w tej sprawie nie powinno być żadnej dwuznaczności, tak samo jak stalinowską zbrodnią był mord w Katyniu, należy też potępić pakt Ribbentrop-Mołotow jako przejaw agresywnej zmowy dwóch zbrodniarzy.
– Skąd ta dwuznaczność?
– Jest to problem raczej natury psychologicznej niż politycznej. Chodzi o to, że nowa Rosja szuka dla siebie nowej tożsamości. I jak każdy naród, który szuka tożsamości, odwołuje się do pewnej mitologii, tworzy tę mitologię.

Koncert mocarstw

– A patrząc w przyszłość – jaki międzynarodowy ład Rosjanie chcieliby tworzyć?
– Odwołują się w tej mierze do myśli politycznej z XIX w. Minister Siergiej Ławrow wygłosił niedawno wykład, w którym przedstawił koncepcję, zgodnie z którą najlepszy okres w Europie to był wiek XIX – po kongresie wiedeńskim. Był to okres stabilizacji, która opierała się na „koncercie mocarstw europejskich”. Ławrow mówił: Czas najwyższy, byśmy skorzystali z tego doświadczenia i utworzyli „koncert mocarstw na XXI w.”. Na początek koncert taki mógłby składać się z trójki – Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej i Rosji.
– Czy jest to realistyczna koncepcja?
– Gdyby miał to być koncert globalny, to zapewne pominięcie w tym gronie Chin, Indii, Japonii i Brazylii jest nieporozumieniem. Niezależnie jednak od tego taka filozofia polityczna oznacza ignorowanie państw średnich i małych, przekonanie, że mają one dostosować się do oczekiwań wielkich mocarstw.
– Czy Ameryka Obamy będzie miała bardziej atrakcyjną i realistyczną ofertę? Jak Amerykanie wyobrażają sobie ten nowy, wyłaniający się obecnie świat?
– Najbliższa przyszłość przyniesie zapewne odpowiedź na pańskie pytanie. Jednak dziś wiemy, że ten nowy świat to pięć wyłaniających się nowych mocarstw. Są to Chiny, Rosja, Indie, Brazylia i nowa światowa potęga, jaką już jest Unia Europejska. Łączny potencjał samej Unii jest porównywalny do potencjału amerykańskiego. Nowe mocarstwa nie są żadną koalicją ani wspólnotą. Są to ośrodki, które między sobą rywalizują. Sprzeczności między Chinami a Indiami są większe niż między Chinami a Stanami Zjednoczonymi czy Indiami a Stanami Zjednoczonymi. Równie wielkie są potencjalne sprzeczności między Rosją a Chinami… Po załamaniu się zimnej wojny świat nie został zinstytucjonalizowany w ramach jakiegoś nowego porządku. Ale też nie ma nowego nieporządku. Jest to świat heterogeniczny – w procesie kształtowania się. Jak do tej pory nie ma idei organizującej ten nowy wyłaniający się porządek, który wciąż określamy jako świat pozimnowojenny. Innymi słowy jest to świat nienazwany. Wiemy, czym nie jest. Nie wiemy do końca, czym jest. Amerykanie pod przywództwem nowego prezydenta będą musieli w sposób właściwy znaleźć w tym świecie swoje miejsce – stać się jego częścią.

Prof. Adam Daniel Rotfeld – b. minister spraw zagranicznych, b dyrektor Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI), przewodniczący Kolegium Doradczego Sekretarza Generalnego ONZ do spraw Rozbrojenia, współprzewodniczący Polsko-Rosyjskiej Grupy do spraw Trudnych. Wykładowca Collegium Civitas w Warszawie.

 

Wydanie: 49/2008

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy