Nic nie jest za darmo na darmowych imprezach

Nic nie jest za darmo na darmowych imprezach

Overview

Najbardziej pożądany towar na płatnych megawydarzeniach to dane osobowe uczestników

Sierpień bywa nieprzyjazną porą dla festiwali na świeżym powietrzu. Na Coke Festivalu w Krakowie, który w 2013 r. przyciągnął 35 tys. uczestników, jest mokro i chłodno. Na plecach – płaszcze przeciwdeszczowe, na głowach kaptury, na biodrach opięte szorty, a na nogach modne kolorowe kalosze. Zimno po zmroku wypędza ludzi, jak podczas festiwalu Tauron, z pól pod scenami do namiotów albo tam, gdzie się coś sprzedaje, ponieważ jest tam najcieplej. (…) Wszystko w barwach biało-czerwonych za sprawą korporacyjnych kolorów panującej finansowo nad przedsięwzięciem Coca-Coli. Więcej jednak czerwieni niż bieli. Banery, ogrodzenia, bramki, leżaki, flagi i czerwony, kokakolowy Robert Lewandowski wycięty z tektury.

Tauron z kolei tonie w różu, ponieważ to kolor głównych sponsorów festiwalu. Cała Dolina Trzech Stawów, za sprawą licznych flag i banerów oraz roznoszonych przez festiwalowiczów po całym terenie różowych gadżetów, przypomina wielkie, różowe ogrody. Do różowych ogrodów wiedzie różowa, płócienna brama, wciągająca w głąb atrakcji i na plac wydarzeń. (…) Na eleganckich dmuchanych materacach pod eleganckimi dmuchanymi baldachimami odpoczywają leżące pary. Ludzie czytają tam książki i gazety. Piją oczywiście piwo. Strefa darmowego internetu oznaczona jest różowym kolorem (to kolor sponsora strefy – T-Mobile). Obok sponsorskiego stoiska oferującego m.in. doładowanie telefonu stoją liczne różowe plażowe leżaki. Jednym ze sponsorów jest przyobleczona w równie jadowity róż na flagach radiowa Trójka. Różowe jest także stoisko Tauronu. Różowe są rozdawane na nim parasolki i różowe minimaty, w sam raz pod pupę w trakcie koncertu. (…) Różowy, choć z czarnym tłem, sugerującym energetyzujące diabelstwo, jest sygnowany marką Tauron napój energetyczny. Poza tym piękne, elegancko wykończone różowym pluszem słuchawki do empetrójek, również sygnowane nazwą Tauron. Słowem, gadżety dla wyższych sfer. (…) Do tego różu, wprowadzonego w każdy zakątek Doliny pospołu przez Tauron, T-Mobile i Trójkę, dochodzą Okocim, Carlsberg i fritz-kola (jak sugerują zapytani przez badaczy uczestnicy – napój wielkomiejskiej hipsterki).

I tak obrandowane są całe wydarzenia, jednak nie tylko markami korporacji fundujących te wydarzenia i sceny. Także miasta starają się obrandować teren iwentów i wszelkie drogi dojścia. Każde miasto próbuje dzisiaj być marką, a miasto festiwalowe, i to w trakcie festiwalu, czyni starania, by być marką, usilnie i do przesady. Pragnie zapaść w pamięć konsumentów tak samo, jak próbują to zrobić korporacje. Na festiwalu Tauron Nowa Muzyka obok stoiska Gusstaff Records ustawiono inne stoisko – wyglądający dokładnie tak samo, taki sam namiocik, z jawnie antykonsumpcyjnym napisem „Niczego tutaj nie kupisz”, promujący – po prostu – kulturę w Katowicach i stronę miejskiej instytucji kultury o nazwie Miasto Ogrodów, utworzonej przy okazji aplikowania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 przez Katowice. (…)

KUPUJEMY BILET i zdajemy się na korporacyjne zabawianie. Ludzie pragną być zabawiani, i to często byle czym, co się li tylko włoży w efektowne „opakowanie”: grę w papier – kamień – nożyce na stoiskach firmowych czy traktory wystawione na lotnisku podczas Air Show w Radomiu. Korporacje przejęły na swoje barki – do spółki z samorządem – zbiorowe zabawianie Polaków, zwłaszcza w trakcie imprez „darmowych”. Jak mówi jeden z organizatorów imprez kulturalnych, „Płock przyzwyczaił płocczan, że 90% imprez jest za darmo”. Jedyną różnicę między imprezami darmowymi a płatnymi stanowi fakt dokonania przez uczestnika samodzielnego wyboru. W wypadku imprez niepłatnych to mainstreamowe media dokonują selekcji kultury za ludzi. Kierowani ofertą komercyjnych telewizji i radiostacji najczęściej wybieranych przez kierowców, urzędnicy odpowiedzialni za kulturę przygotowują zestaw artystów, a skoro ludzie za bilety nie płacą – zdani są na gust oraz łaskę-niełaskę lokalnych decydentów. (…)

Nic nie jest, rzecz jasna, za darmo na imprezach, które są darmowe. Za występy artystów płaci przecież samorząd z publicznych pieniędzy albo/i korporacje, które zgodziły się brać udział w sponsoringu. Zarówno na imprezach oznaczanych jako „darmowe”, jak i podczas wydarzeń, na które trzeba kupić bilet, sformułowanie „za darmo” oznacza barter, rodzaj wymiany tego, co dostaje się „za darmo” (paczki papierosów, pendrive, czapeczki z daszkiem, parasolki, styropianowe siedzisko), za cenne dla korporacji dane osobowe służące wysyłaniu reklamowego spamu. W przypadku zaś imprez niebiletowanych barter polega na oddaniu swego czasu i cennej uwagi wójtowi, burmistrzowi czy prezydentowi miasta, którzy opłacając artystów, wchodzą przed nimi z wyborczym przemówieniem. Zainteresowanie sponsorami na imprezach „darmowych”, na których gromadzą się ludzie mniej zamożni, to zainteresowanie raczej punktem reklamowym aniżeli produktem, który jest w tym punkcie reklamowany. Koncentracja na tym punkcie silnie wzrasta, kiedy oferuje on jakieś gratisy (długopisy, notesy, żywność). Interakcja między organizatorami i artystami a publicznością zachodzi niemal wyłącznie poprzez gadżety rozdawane w tych punktach albo przedmioty rzucane ze sceny (…).

NAJBARDZIEJ POŻĄDANY towar na płatnych megawydarzeniach to dane osobowe uczestników. Tylu ich tu przecież krąży – aż żal z okazji nie skorzystać. Uczestnicy ci w efekcie zmuszeni są, by co rusz salwować się ucieczką przed co natrętniejszymi hostessami i osobami podstępnie, w niewinnym przebraniu, proponującymi im gratisy w zamian za informacje personalne. Jedna z uczestniczek Tauronu tak właśnie, mocno nieufnie, zareagowała na badaczkę, której jedyną intencją było przeprowadzenie krótkiego wywiadu. Czynności do wykonania albo dobra do „zainwestowania”, aby cokolwiek otrzymać podczas imprezy „za darmo”, bywają silnie uzależnione od charakteru czy „klimatu” wydarzenia. Jaka impreza, chciałoby się rzec, taki barter. Oto sytuacja z Przystanku Woodstock 2014: „O 15.30 do obozu przyszła jedna z dziewczyn, które odwiedziły wioskę poprzedniego wieczoru, z wiadomością, że w strefie handlowej rozdają darmowe koszulki wszystkim dziewczynom, które pokażą gołe piersi” (…). Panowie, słysząc tę wieść, czym prędzej wybiegli w to miejsce ze swojej woodstockowej wioski, choć było tego popołudnia niemiłosiernie gorąco i nikt wcześniej nie deklarował, że przed wieczorem w ogóle gdziekolwiek pójdzie.

Nie ma w Polsce megawydarzenia, na którym nie byłoby rozbudowanej oferty komercyjnej. Wydarzenia, te płatne i te bezpłatne, stanowią rodzaj galerii handlowych na świeżym powietrzu. W wypadku płatnych iwentów, takich jak Audioriver, sfera komercyjna jest silnie sprofilowana, nakierowana na specyfikę prezentowanej muzyki i charakterystykę przyjeżdżających tu uczestników. Wydarzenie sponsorują marka Lech Shandy i koncern Philip Morris promujący tu markę Marlboro. Obecne na festiwalu stoiska wytwórni płytowych i sklepów muzycznych oferują produkty dalekie od mainstreamu (znajdziemy tu firmy Side One, Requiem Records i sklepik Akademii Menedżerów Muzycznych). Wśród firm reklamujących swój żel pod prysznic o intensywnym cytrusowym zapachu i wytwórni muzycznych pojawia się, w osobnym namiocie, oferta edukacyjna niepublicznych szkół wyższych. Podczas festiwalu Audioriver jest to Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna w Łodzi, nieciesząca się zresztą dużym zainteresowaniem (wszak są już wakacje…). Między uczestnikami i namiotami chodzą ludzie-żarówki i ludzie-banany. Piwo, frytki, czapeczki, baloniki, ciuchy – wszystko ze wszystkim pomieszane, wszystko jedno, czy to festiwal filmowy w Kazimierzu, czy offowy Tauron. Na Coke Festivalu nawet kupisz i doładujesz kartę telefoniczną. (…)

Na wielkich festiwalach komercja udaje niekomercję i/albo usilnie stara się zaznaczyć, że wcale nie jest tą nieznośną, tak nielubianą przez konsumentów z dużych miast popkomercją, tą komercją „wielkokomercyjną”, którą widać w gromadnie odwiedzanych supermarketach i galeriach handlowych. Kawiarnie nazywają się tu Altercafe. Dizajn namiotów, w których ulokowane zostały festiwalowe sklepy i sklepiki, jest subtelniejszy od topornych dmuchanych stoisk z kiełbasą wystawianych podczas darmowych imprez dla demosu. Podczas Coke Festivalu zakupy zrobić można na stoiskach dizajnerskich firm, których nazw próżno szukać w podmiejskich galeriach handlowych. Krakowski iwent zapewnia reprezentację niezależnych polskich marek z kręgu street fashion: Colorshake, MADOX Design, She/s a Riot i Mamapiki. Obok nich znalazło się, zaaranżowane w stylu odbiegającym od festiwalowego pleneru, stoisko Joanny Hawrot, młodej projektantki z Krakowa. Dalej odnaleźć można niszową (również polską) markę akcesoriów z recyklingu Foliklo (dizajnerskie torby, portfele i pokrowce na sprzęt elektroniczny wykonane z plandek, pasów i innych surowców wtórnych). (…) Wszystkich tych marek nie można znaleźć w sklepach. Produkty te kupuje się tylko w showroomach i w sieci. Marki te definiują się jako „inspirowane przestrzenią miejską i aktywnym stylem życia”, „streetwearowe”, „niezależne” (ciekawe od kogo?), „alternatywne” i „nietuzinkowe”.

(…) Czy to impreza darmowa kierowana do klasy ludowej, czy offowy festiwal dla wielkomiejskich heretyków kulturalnych – chodzi w tych przedsięwzięciach o pozyskanie pieniędzy bądź – jeśli uczestnik akurat nie ma przy sobie odpowiednich środków, jeśli teraz nie stać go na zakup – przyszłego konsumenta, osoby przywiązanej do marki.

Co ważne, o przywiązanie, a wcześniej o rozpoznawalność swojej marki, walczą podczas megawydarzeń także instytucje z gruntu niekomercyjne, takie jak organizacje trzeciego sektora, których stoiska umieszczone są tuż obok stoisk ściśle komercyjnych. Fenomenem charakterystycznym dla płatnych festiwali w Polsce jest to, że z pozycji uczestników – co badacze skrupulatnie sprawdzili w terenie – festiwalowa niekomercja jest nieodróżnialna od komercji. Trzeci sektor stanowi podczas dużego festiwalu taką samą atrakcję dla ludzi przechadzających się od sceny do sceny jak sklep z ubraniami albo namiot Marlboro (…).

Koncerny prowadzą w trakcie festiwali edukację ekologiczną, tyle że w stroju zabawy, gry. To samo czynią organizacje trzeciego sektora – bawią uczestników, promując szlachetne, ekologiczne cele. Jedne i drugie instytucje – te komercyjne i te od komercji dalekie – czynią to w podobnie zaaranżowanych namiotach, z udziałem prawie tak samo wyglądających i zachowujących się moderatorów.

PODCZAS OPEN’ERA w 2014 r. marka Polpharma rozstawiła stoisko, gdzie uczestnicy festiwalu mogli przejść przyśpieszony kurs pierwszej pomocy. Pracownicy koncernu rozdawali ulotki, których celem było uwrażliwienie na zagrożenia związane ze wstrząsem anafilaktycznym. W innym kącie open’erowego lotniska nie zabrakło ekostanowisk marki Heineken. Tam organizatorzy starali się zaangażować uczestników w pozyskiwanie surowców wtórnych przez zachęcanie do oddawania wykorzystanych plastikowych kubków po napojach. Stoisko tytularnego sponsora festiwalu Tauron w 2013 r. było poświęcone korporacyjnej Fundacji Tauron i realizowanej przez nią akcji rekrutowania potencjalnych dawców szpiku kostnego. Nie cieszyło się ono wielkim zainteresowaniem, w przeciwieństwie do punktu handlowego Geszeft, obleganego, a wyglądającego niczym modowe targi. Stanowisko komercyjnej firmy dostarczającej prąd udawało stoisko organizacji trzeciego sektora namawiającej uczestników do szlachetnych czynów (…). W rezultacie uczestnicy megawydarzeń nie wiedzą, gdzie właśnie są. (…)

Poza stoiskami z jedzeniem i piciem wszystko w trakcie megawydarzeń, zwłaszcza tych kierowanych do zamożniejszej i bardziej wyrafinowanej publiczności, usilnie udaje, że nie jest komercją. Stoiska miejskich instytucji kulturalnych przeplatają się tu z firmowymi, a na każdym z nich w podobny sposób zajmą się uczestnikiem i kulturalnie zabawią. (…) Uczestnik nie powinien mieć w trakcie iwentów poczucia straty, a ta się nieodmiennie pojawia, kiedy w przyśpieszonym tempie z portfela wyciekają złotówki. I kiedy uczestnik ten wyciek widzi. Jeśli jednak przebierzemy wymianę pieniędzy wydawanych na usługi i towary w talony, które stanowią jedyny na terenie festiwalu legalny środek płatniczy, to wycieku nie widać od razu, to wyciek tak bardzo uczestnika nie boli. W każdym razie nie więcej niż płatność dokonywana za pomocą karty kredytowej.

Po raz pierwszy dokonano zamiany pieniędzy przywiezionych przez uczestników na kupony podczas Open’era. Później ten „obyczaj” przejęła większość dużych festiwali. Kuponami płaci się przede wszystkim za jedzenie i picie, co z pewnością pozwala na pozostawienie w kolejnych edycjach festiwalu tylko najpopularniejszych stoisk i na skuteczniejsze planowanie atrakcji kulinarnych, wprowadzanie takich tylko, na które jest największy popyt. Na kuponach podczas Coke Festivalu umieszczono czerwone ikonografiki: pokal piwa, dymiącą kawę w filiżance i soft drink – a jakże – w kształcie butelki Coca-Coli. Jeden kupon miał wartość 3 zł.

Opłaty pojawiają się także w tych miejscach i w takich sytuacjach, w których nieobeznani z festiwalową rzeczywistością uczestnicy komercjalizacji w ogóle się tego nie spodziewają. Komercjalizacja dotyka, dla przykładu, przynoszoną przez uczestników w plecakach własność, która oznaczana jest przez organizatorów jako nielegalna. Oczywiście polskie prawo nie zabrania wnoszenia na teren kulturalnych iwentów takich przedmiotów, które nikomu nie mogą wyrządzić krzywdy. Mogą jednak te przedmioty wyrządzać krzywdę organizatorom, krzywdę o charakterze finansowym, choćby poprzez naruszanie praw autorskich czy praw do komercyjnego publikowania wizerunku artystów. Organizatorzy np. nie życzą sobie, by w trakcie imprez używano prywatnych, pełnowymiarowych aparatów fotograficznych. Litościwie godzą się na fotografowanie aparatami wmontowanymi w telefony komórkowe, z pewnością dlatego, że trudno byłoby im uzasadnić czasową konfiskatę telefonów. Pełnowymiarowe aparaty mogą nosić tylko ci, którzy mają wykupioną odpowiednią licencję fotograficzną, co – rzecz jasna – kosztuje.

TYMCZASEM MASA UCZESTNIKÓW nieobeznanych z festiwalowym regulaminem te aparaty ze sobą przywozi, licząc na wykonanie własnych fotografii ukochanych wykonawców, które można użytkować potem w domowych warunkach i/albo pokazywać znajomym na Facebooku. Pola, gdzie poruszają się festiwalowicze, bywają rozległe, a dojazd na nie – bardzo czasochłonny. Powoduje to, że uczestnicy przywożą ze sobą w plecakach i torbach rzeczy, których potem nie chcą nosić ze sobą, przemieszczając się z jednego koncertu na inną atrakcję. Trzeba je gdzieś pozostawić – w depozytach ulokowanych przy wejściu. I myliłby się ten, kto sądziłby, że depozyt jest za darmo, że jest wliczony w cenę biletu. Dochodzi tu wręcz do depozytowego paserstwa. (…)

Oprócz bagaży uczestników można zarabiać także na brakach w tych bagażach – np. deszcz zapewni zbyt dla parasolek i pelerynek przeciwdeszczowych dla tysięcy osób na to nieprzygotowanych. Próby drenowania kieszeni uczestników przybierają jednak poważniejsze formy i rozmiary, choćby w postaci zmów cenowych i swego rodzaju konsumpcyjnego niewolnictwa w przebraniu bezpieczeństwa. Uczestnicy na forach internetowych oskarżają producentów, sklepy i stoiska wystawione podczas festiwali o zmowy cenowe, w efekcie których nie ma konkurencji i – na przykład – ceny piwa wszędzie są równie wysokie. W każdym miejscu obowiązuje też zakaz wnoszenia własnych napojów i jedzenia na tereny „wykupione” przez koncerny spożywcze i browarnicze. To festiwalowa norma, choć z normą prawną jest raczej na bakier. Uczestnicy się na nią godzą, najczęściej milcząco, choć wielu głośno pomstuje, kiedy zrewidowani na wejściu, zmuszeni są wyrzucić żywność do śmietników ustawionych obok bramek. Na teren Air Show w Radomiu nie można wnieść większego opakowania z płynem, nawet plastikowej butelki czy kartonu, co uzasadniano wymogami bezpieczeństwa. Oczywiście te butelki, które rzucone czy rozbite zagrażają czyjemuś życiu, z reguły są szklane, zatem jasne było dla wszystkich uczestników, że chroni się tu nie ich bezpieczeństwo, tylko partykularne interesy podmiotów sprzedających podczas iwentu napoje chłodzące. Praktykami tego rodzaju zainteresował się zresztą w 2013 r. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, zauważywszy, że konsument na wielkich imprezach w Polsce jest po prostu bezczelnie wykorzystywany i traktowany niczym niewolnik korporacji wykupujących prawa sponsorskie do ludzkich mas. Rzeczniczka Urzędu Małgorzata Cieloch przypomniała wtedy, „że ustalanie jednolitych cen nawet na zamkniętych imprezach masowych jest niezgodne z prawem (…)”. Skoro jednak konsument decyduje się na wejście i udział w megawydarzeniu, automatycznie zmuszony jest do podporządkowania się rygorom narzucanym przez wielkie firmy – rygorom, dodajmy, prezentowanym jako „wymogi bezpieczeństwa”. Wszystko po to, żeby sprzedać więcej wody albo napojów (alkoholowych) w upalny dzień. Większość uczestników do tego stopnia pragnie brać udział w imprezie, że poddaje się procedurze konsumenckiego zniewolenia i ograniczania swobód obywatelskich, choć nie bez drobnych prób odreagowania. (…)

Tytuł, skróty i ilustracje pochodzą od redakcji

Fragmenty książki Tomasza Szlendaka i Krzysztofa Olechnickiego Nowe praktyki kulturowe Polaków. Megaceremoniały i subświaty, Wydawnictwo Naukowe PWN SA

Wydanie: 37/2017

Kategorie: Społeczeństwo

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy