Samotne matki

Panny, wdowy, rozwódki. Razem milion osiemset tysięcy. Co szósta polska rodzina

Teresa Tyczkowska nauczyła się już wzruszać podczas szkolnych akademii, gdy Michał wygłasza swoją kwestię z okazji dnia ojca. Właściwie tylko jedna myśl spędza jej sen z powiek. Boi się o siebie samą. Przesadnie. W rodzicielskim duecie, gdy staje się coś złego, zostaje jedno. Ona nie ma koła zapasowego, tej drugiej połowy ryzyka.
Aneta P. też martwi się o koło zapasowe. Już spakowała rzeczy do szpitala. Czeka tylko na sygnał od 3,5-kilogramowego Jasia. Wtedy zadzwoni po taksówkę, wsiądzie, podjedzie pod szpital. Wszystko zaplanowała perfekcyjnie. Ale co z resztą, na którą nie ma wpływu? Na przykład gdyby straciła przytomność…
Według ubiegłorocznego spisu powszechnego, samotne matki stanowią 1,8 mln polskich rodzin. Co szóstą. – W porównaniu ze spisem z 1988 r. ich liczba wzrosła o 30%. To już nie margines – komentuje Mariola Racław-Markowska, socjolog UW.
Panny, wdowy, rozwódki. Z konieczności, wyroku losu, rzadziej z wyboru macierzyństwo jest ich solowym popisem. Nawet nie próbują wystarczyć za dwoje, bo to po prostu niemożliwe. Świat jest przecież stworzony dla par.

Twarze samotności

Nie można narysować jednego obrazka macierzyństwa solo. – Taki raport trudno nawet stworzyć – twierdzi prof. Anna Michalska, badacz problemów społecznych z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Statystyki mącą na przykład oficjalnie samotne mamy, które od konkubenta dostają męskie wsparcie. Jeszcze bardziej mąci je rosnąca liczba mężatek żyjących w ukrytej samotności, bo partner nie wypełnia roli ojca (to nawet jedna czwarta formalnych małżeństw).
– Przede wszystkim trzeba tę samotność rzucić na strukturę społeczną – dodaje prof. Jolanta Supińska z Instytutu Polityki Społecznej. – Inaczej wygląda ona w kręgach biznesowych czy artystycznych, inaczej w sferze nizin, zarówno w kwestii finansów, jak i „życzliwości” otoczenia.
O ile do lat 80. odsetek urodzin pozamałżeńskich wahał się w granicach 5%, w 2001 r. wynosił już ponad 13. Model 1 + 1 staje się jeszcze jednym typem rodziny. Wybór? Przypadek? Trudno mówić o wyborze, skoro niemal wszystkie kobiety poniżej 19 lat, które powiły w 2001 r., to panny (zwykle pochodzą z rodzin, dla których kolejna ciąża w domu nie jest powodem ani do entuzjazmu, ani załamywania rąk). Niedługo oprócz „niefartu” do ich statusu samotnych matek mogą przyczynić się także ustawy. – Obecnie w Sejmie jest dyskutowana propozycja zmiany w kodeksie wychowawczym i opiekuńczym, by przynajmniej jeden ze współmałżonków miał skończone 18 lat – mówi Izabela Jaruga-Nowacka, pełnomocnik rządu ds. równego statusu kobiet. – Sądy, które nie będą mogły przyznać nieletnim prawa do zawarcia małżeństwa, powiększą tym samym liczbę samotnych mam. To absurd, żeby utrudniać ojcu dobre chęci. Nikt nie przewidzi, co się może stać, zanim on będzie prawnie dorosły. Pozornie neutralna ustawa jest ukrytą dyskryminacją. Przecież to dziewczyny poniosą jej konsekwencje.
Samotnych z dzieckiem jest wciąż mniej na prowincji (w 2001 r. wśród wszystkich urodzeń nieślubnych w miastach przyszło na świat 14,4% dzieci, na wsi 8,3%), co nie znaczy, że wpadki są specjalnością miejską. Po prostu hańbę takiej ciąży na wsi zmywa się szybkim ślubem. Ale i tu zaszły zmiany. O ile na początku lat 90. połowa dzieci rodziła się w czasie pozwalającym przypuszczać, że poczęcie było powodem, nie skutkiem sakramentalnego „tak”, w 2000 r. podobnych przypadków było 38%. Ciężarne nie kwapią się już do ślubu za wszelką cenę.
Aneta P., szefowa białostockiej firmy, nie była już siksą. I nie była zaskoczona. Miała po dziurki w nosie 34 lat samotności przerywanej „przecież nie będę cię ograniczał” na odchodnym. Wolałaby oczywiście domek z ogródkiem, ale nigdzie nie widziała takiego raju. Nie wybierała reproduktora. Skapitulowała. Weszła na tzw. trzecią, a miłość skończyła się wraz z niebieską kreską na teście ciążowym. Aneta nie rozczula się, że to kolega skręcił łóżeczko. Szybko wymyśliła teorię na użytek własny: – Taki jest u nas kanon miłości. Ona ma trochę złota na palcu, to wszystko poświęci. A w czasie gdy nie wysuwa nosa z pieluch, on się dokształca i awansuje.
Aneta należy do tych 80,2% samotnych matek z wyższym wykształceniem, które nawet nie podają danych ojca, choć i bez uznania mają do tego prawo. Nie chce włóczenia się po sądach i płaczu cudzej żony. Ale nie zagwarantuje tacie, że w przyszłości nie poda Jasiowi jego numeru telefonu… Na odpowiedź na pytanie, dlaczego po Zosię przychodzi tata, jeszcze nie ma patentu.

Państwo nie kocha singli

– Tak, jestem sama i będziemy rodzić – odcięła się lekarzowi Aneta. Niejedna panna przełykała w gabinecie pytania: – No to jak, usuwamy? Stereotyp „tylko mąż usprawiedliwia rozmnażanie” irytuje Danutę Duch, socjologa z Zespołu Badań nad Kobietami i Rodziną PAN. – Czy ktoś zapytał kiedyś mężatkę: usuwamy? Świat ciągle zakłada, że ludzie chcą dzieci tylko wtedy, gdy zawarli związek. Tymczasem te trzy sfery życia – ślub, seks i prokreacja – zaczęły się rozchodzić.
Ale państwo i Kościół, zainteresowane kontrolą reprodukcyjnych procesów, do takich sfeminizowanych poglądów podchodzą z rezerwą. Samotne macierzyństwo najchętniej zaliczają do patologii prawicowi politycy. Co jakiś czas krzyczą, żeby nie dawać na tę patologię zasiłków. – Lubią się posługiwać przykładem Murzynek z Zachodu, które status samotnych rodzicielek wykorzystywały jako lepszy dostęp do świadczeń społecznych, ukrywając konkubentów w szafach przy kontrolach – mówi prof. Supińska. – To niby dowód, że korzystna polityka socjalna deprawuje, a wraz z liczbą przywilejów wzrasta liczba tych matek. Dlaczego ferując takie oceny, nikt nie pomyśli, że samotność może być alternatywą dla nieudanego związku? Z kolei mama, która nie słuchała nakazów i „pożyła” przed małżeństwem, słuchała innych: zero antykoncepcji. To przecież „wypaczenie” zgodne z nakazami!
Rodzina wciąż jest silną instytucją, a temat samotnych matek ideologizuje środowiska. Gdy Andrzej Grzybowski, wiceprezydent Poznania, odmówił wsparcia pomagającej im organizacji, argumentując, że nie będzie finansował patologii, zawrzało w tych kręgach, dla których brak mężczyzny w domu to dziś ani wstyd, ani dysfunkcja. – Umieszczanie tych matek w tej samej chorobie społecznej, co rodziny alkoholowe i bite, jest absurdem – irytuje się Danuta Duch. – Większą patologią jest fakt, że poniewierana mama robi wszystko, by utrzymać tatę przy sobie. A potem społeczeństwo krzyczy, jak ostatnio w sprawie zabójstwa łódzkich dzieci, że ona była bierna, nie interweniowała!
Izabela Jaruga-Nowacka też jest przeciwna ideologicznemu patrzeniu na rodzinę: – Nasze kodeksy wychodzą naprzeciw partnerstwu, nie samotności. Dziś ojciec ma prawo do opieki chorobowej, częściowego urlopu macierzyńskiego. Samotna mama tego z nikim nie dzieli. Nawet przedszkola, jedno z najlepszych ogniw opiekuńczych PRL, do których miała prawo w pierwszej kolejności, uległy komercjalizacji. Kosztowne i oddalone od miejsca pracy nie są dla niej rozwiązaniem.
– Wobec samotnych matek trudno nawet stosować pojęcie „polityka państwa” – dodaje prof. Michalska. – Zajmują się nimi fundacje, schroniska, czyli cały sektor pozarządowy, nie państwo. Samotne macierzyństwo jest nie na rękę ani prawu, bo w przeciwieństwie do formalnej małżeńskiej sytuacji przyczynia się do zawiłości, droczenia się o majątek, dziedziczenie nazwiska itp., ani Kościołowi, który nie lubi, gdy zacierają się sakramentalne role, bo mama zamieszkała na przykład z konkubentem.
A już najbardziej mamy są nie na rękę budżetowi socjalnemu. Badający polski system pomocy społecznej zwracają uwagę na stopniowe uzależnianie się ich od publicznej dobroczynności. Im dłużej świadczenia socjalne są dla kobiet podstawowym źródłem utrzymania, tym bardziej stają się bezradne. – Aktywizacja jako forma pomocy nie wygląda u nas dobrze – ocenia Marek Rymsza, socjolog z Instytutu Spraw Publicznych, redaktor książki „Samotne macierzyństwo i polityka społeczna”. – System socjalny zbudowany po 1989 r. opiera się na założeniu: udzielić wsparcia przegranym. Nie mobilizuje do zaradności. Czym są na przykład trzyletnie zasiłki gwarantowane dla rodziców samotnie wychowujących dzieci, jeśli nie prostą drogą do utraty pozycji na rynku?
Tymczasem niejedna nie chce jałmużny.

Zaradne bezradne

Na parkiecie drobniutka Teresa Tyczkowska pląsa w rytm przeboju country, uśmiechając się do swojego odbicia w lustrzanej ścianie. Zarobi 200 zł. Za parę dni zatańczy na hawajskim party. Kolejne 200. Plus 250 zł alimentów na dwójkę, plus 73 zł zasiłku… Kropla w morzu, gdy się ma dwóch chłopaków w podstawówce. 32-letnia mistrzyni Polski w tańcu towarzyskim z 1989 r. dziś żyje z tych pląsów i min na zamówienie. Choć poza parkietem… Ot, sztampowy scenariusz młodej rozwódki, która w dorosłość weszła z maturą i ciążą z niewłaściwym facetem. Szybki ślub, druga ciąża… Ostatnio, gdy po ośmiu przepracowanych miesiącach kolejny raz rzuciła wymówieniem, Michał zapytał jak dorosły: – Przecież to za krótko na prawo do zasiłku? Do prezydenta Słupska nie poszła, jak w zeszłym roku. Kazał wpisać Teresę do zeszytu. Poszła za to do koleżanki z podstawówki umyć okna. Za 20 zł.
Wraz z gospodarką rynkową skończyły się dla takich jak Teresa socjalne priorytety, a chlebodawcy tylko kiwają głowami, gdy próbują ich przekonać, że nie biorą zwolnień na dzieci. Od lat 90., kiedy z kodeksu pracy usunięto przepis o niezwalnianiu jedynego żywiciela rodziny, załogę w pierwszym rzędzie redukuje się o samotne matki. Wystarczy fakt, że w 2001 r. w wyniku rozwodu aż 42.571 dzieci straciło pełną rodzinę (w tym tylko w 1010 przypadków opiekę przyznano ojcu), połączyć z faktem, że kobiety to 60% bezrobotnych, by współczuć pojedynczym, tańczącym na chleb.
Tymczasem zdeterminowane mamy, z ryzykiem utraty posady, które w pełnych rodzinach rozkłada się zwykle na dwoje, są na rynku pracy grupą wyjątkowo lojalną. – To często odważne i świadome siebie kobiety, nie tylko niepasujące do stereotypu samotnej bezradności, ale dysponujące potencjałem, by stać się wartościową grupą zatrudnionych – mówi Joanna Czarnocka-Tworzyńska, właścicielka firmy doradztwa personalnego Czarnocka-Tworzyńska Executive Recruitment. – Ich liczba mogłaby wzrosnąć, gdyby pojawiły się programy aktywizujące zawodowo zarówno młodociane mamy, jak i te, które zajęte przez lata prowadzeniem domu nigdy nie zdobyły doświadczeń w samodzielnym zarabianiu.
Ale na razie jedyne miejsca, gdzie mogą znaleźć oparcie, to „ochronki dla ofiar” i nieliczne ośrodki oferujące podstawowe zawodowe szkolenia. Nic dziwnego, że walczą o minimum socjalne, nie o sukces. – Większość pobiera głodowe zasiłki, nie zdając sobie sprawy, że nie są na to skazane. Nie wiedzą, że nawet umiejętności gospodyni domowej mogłyby przynieść im dochód. Dobry tort mogą przecież zamawiać knajpka z sąsiedztwa i mniej zdolne sąsiadki przyjmujące gości – zachęca Tworzyńska. – Ale to nie stanie się samo. Często wystarczyłby niskooprocentowany kredyt na zakup komputera. Podłączone do Internetu mogłyby mieć okno na świat, oko na dzieci i zaczynać karierę w domu.
– Świadczenia należy wypłacać, ale przy założeniu aktywnej współpracy ze służbami społecznymi, która umożliwiłaby utrzymanie lub podniesienie umiejętności dających szansę na pracę, gdy dziecko pójdzie do przedszkola, szkoły – dodaje Marek Rymsza. – Poza tym uelastycznienie rynku zatrudnienia, jak w państwach członkowskich UE, powinno polegać na ułatwianiu godzenia obowiązków. Ale w Polsce elastyczność wciąż oznacza dyspozycyjność. Jeśli nie możesz pracować 12 godzin, a firma cię potrzebuje, jesteś niewystarczająco elastyczny.

Gwiazdy dają przykład

Szósta rano. Dorotę Kowalow najpierw budzi starsza para bliźniaków. Łaska losu czy pech, że obie ciąże miała podwójne? Od roku, gdy zmarł mąż (młodsza para bliźniaków miała zaledwie trzy miesiące), już sama nie wie. Po krótkim małżeństwie oprócz jednego zdjęcia z tatą zostały renta (492 zł), zasiłek na jaskrę wrodzoną Michałka i ciasnota jednej izby u matki Doroty, gdzie tłoczy się cała piątka. Ale Dorocie ciasnota nawet na rękę. – Może to lepiej? Człowiek by nie nadążył z łapaniną, gdyby wszystkie się rozbiegły po pokojach.
Na łapaninę nie ma czasu. Zwłaszcza w porze obiadu. Dorota, żeby uporać się ze szkrabami, całą czwórkę sadza na podłodze wokół jednego talerza. Ma pewność, że nie pospadają ze stołków.
Dorota w kościele zawsze staje z tyłu. Front jest dla par. A 35-letnia wdowa z czwórką dzieci to na Cimochach (powiat Olecko) żadna partia.
W katolickim kraju spośród samotnych „języki” najłagodniej traktują wdowy. Te nie sprzeciwiły się ani sakramentowi, jak rozwódki, ani VI przykazaniu jak panny.
W rodzinie Anety ciążę komentowała tylko babcia: – Bez ojca się nie wychowa. Co wieś powie? W oczach babci kobieta bez chłopa nie istnieje. Aneta nawet to rozumie. A ponieważ walczyć z tym się nie da, nie obmyśla historyjek o narzeczonym w podróży, którymi zwykle zamyka się buzie. Zresztą i wieś jest już inna. Aneta pamięta, jak kilkanaście lat temu baby pod kościołem cedziły, czy nie wstydzi się taka prowadzić do pana Boga „nieślubka”. Dziś z „języków” wypadł i nieślubek, i bękart, a panna z dzieckiem narażona jest na plotki, ale rzadko na potępienie. Oprócz okładek magazynów, z których uśmiechają się niezamężne gwiazdy z brzuchem, do taryfy ulgowej przyczyniły się zapewne telewizyjne seriale, gdzie nagle odnajdują się w fabule rodzone bez ślubu niemowlęta, które „klan” przyjmuje z entuzjazmem. – Krążące po gazetach wzorce na pewno poprawiają wizerunek panny w nizinach – przyznaje prof. Supińska. – To taka mała gratyfikacja. Można przecież tym wizerunkiem się zasłonić: bo ja właściwie jak Madonna…
Choć ciągle jeszcze po wsiach słyszy się o przypadkach odmowy nieślubnego chrztu, ogromną zasługę w odczarowaniu bękarta ma też polski Kościół, który wciąż tępiąc przedmałżeńskie zgubienie cnoty, panny broniące poczętego życia traktuje jak heroiny – owszem, zgrzeszyły nieczystością, ale grzech zmazały decyzją. Nie przypadkiem do ochronek dla samotnych mam, prowadzonych przez zakonnice, napływają listy: nie zabiłam płodu, poczęłam, pomóżcie. Taki ekwiwalent za moralność.

Dziecko mile widziane

Ola Wołkowska z Warszawy, studentka IV roku bankowości, do szkoły poszła, gdy Wiktor miał pół roku. Spanie nadrabia w weekendy. Dzięki rodzicom. Czasem może za bardzo się wtrącają w jej życie, ale to cena za oparcie. Historia wielkiej miłości Oli? Ot, romantyzm. 20-letna naiwność, wakacje u babci w Żaganiu… Siódmy miesiąc. Chwila. Trzy razy wykręcała numer do mamy…
Ola nie lubi pytania, czy żałuje. Bo jak odpowiedzieć? Że z jednej strony żałuje, a z drugiej nie byłoby Wiktora?
W umiejętności akceptacji tego, czego zmienić nie mogą, doszły do perfekcji. Podawane na użytek otoczenia motywacje, że przynajmniej nie mają byle jakich spodni w szafie, odkłamują dopiero cztery ściany. Bez względu na odważną retorykę dotyczącą nowoczesnych związków każdy potrzebuje kogoś, kto poda chusteczkę do nosa, rozkręci okno. – Do takich drobiazgów mnie pani woła? – skrzywił się na Teresę hydraulik. – Chłopa nie ma w domu czy co?
Panieńskie dziecko coraz częściej nie stanowi przeszkody w uczuciach. Potwierdzają to i dane statystyczne – liczba zawieranych w Polsce małżeństw, które w momencie ślubu miały już jedno dziecko, wciąż rośnie (w latach 50. 5,4%, w 90. – 13,5%), i obserwacje właścicieli biur matrymonialnych. Z małym zastrzeżeniem – dotyczy to tylko jednego dziecka. Z dwojgiem jest już większy problem.

***

A kim dziś jest samotnie chowane „ono”? Bo z pewnością przestało już być dobrem produkcyjnym, które w PRL przynosiło dochód. Dziś, jak dobry samochód, jest powodem prestiżu. Wkładamy w „nie” kupę forsy, bo dobrze wykształcone świadczy o nas. Samotne mamy o te dzieci walczą jak lwice bardziej niż kiedykolwiek. I bardziej niż kiedykolwiek irytują się teoriami psychologów o braku „męskich wzorców”? – Te wzorce są w otoczeniu – wskazuje prof. Supińska. – W sąsiadach, wujkach, palaczach w szkole. Ważne tylko, na ile wspólnotowym społeczeństwem jesteśmy.
Czy jesteśmy?


Jestem samodzielna, nie samotna

– „Pani Kasia jest spełniona”, „pani Kasi się udało”. Dla samotnych mam jest pani pozytywną bohaterką.
– Bo nie wstydzę się, że Marysię wychowuję sama, i nie zamierzam chować się z tym po kątach. Przeciwnie, ja się nią chwalę. Mam ukrywać to, że się udała? Ale walczę o określenie „samodzielne macierzyństwo”. Życie wymusiło na mnie odporność i zaradność. Nazywam to samodzielnością, nie samotnością.
Marysia? Jest pomysłem na moje dalsze życie. Takim kopem, który spowodował, że mi się chce, że kupiłam dom, że zaraz biegnę do pana od gazu. Sama tego domu już bym nie potrzebowała. Ale chcę, żeby ona miała ogród.
– No właśnie. Nie jest pani szarą, zarobioną matką z rękami do ziemi…
– Mam wielki szacunek do kobiet, które radzą sobie ze wszystkim solo psychicznie i finansowo, bo tata odszedł nie tylko od nich, ale i od dziecka (to, czy mężczyzna umie być wtedy z dzieckiem, najbardziej świadczy o jego klasie). Każda przechodzi takie momenty jak święta, pierwsze bale w przedszkolu, gdy rodzice powinni być razem. Ja mam ten komfort, że ojciec Marysi jest wtedy z nami. Ale to moja ciężka praca. Rezygnujmy dla dobra dzieci ze wzajemnych urazów i ambicji. Bo są chwile, kiedy jedno nie wystarczy.
– Czy pani zazdrości koleżankom, które dostały od losu i męża, i dzieci?
– Nie rozpaczałam, gdy dotarło do mnie, że będę chować Marysię sama. Miałam trzech mężów, przeżyłam dużo i po tych latach dochodzę do wniosku, że największą wartością dla kobiety jest jednak dziecko. Nie mąż. Mąż to zawsze obcy człowiek, a ono jest krwią z mojej krwi. Z dzieckiem nigdy nie można się rozstać, z mężem tak. Dlatego nie żałuję żadnej samodzielnej kobiety, która jest spełniona jako matka. Nie dam sobie wmawiać: „Ach, jakaś ty nieszczęśliwa, bo zostałaś sama z dzieckiem”. Oczywiście, chciałabym, żeby śniadania w moim domu były takie romantyczne jak w reklamach margaryny, ale nie mam pretensji do całego świata, że sąsiadka ma lepiej.


Dorota Stalińska, aktorka, wspomina, jak w przedszkolu urszulanek, do którego chodził jej 14-letni dziś syn, ksiądz wygłosił kazanie na dzień ojca, że o wychowaniu dziecka na przyzwoitego człowieka nie może być mowy bez taty, a dzieci śpiewały do tego wyuczoną przez siostry piosenkę: „Tatusiu, dobrze, że jesteś z nami, tatusiu, bez ciebie sobie rady nie damy”. – Byłam tam jedynym ojcem płci męskiej. Widziałam kwadratowe oczy mojego syna… Co to za bzdura! Przecież tysiące kobiet wychowuje samotnie dzieci na wspaniałych ludzi. Kościół powinien stawiać im pomniki. A przede wszystkim skoro tak walczy z aborcją, powinien pomóc wychować te dzieci.
Samotne macierzyństwo z wyboru? Nie wierzę w coś takiego. To po prostu konieczność, do której wiele kobiet dorabia ideologię. Nie potępiam zresztą żadnej zastępczej filozofii mogącej dodać sił. Rzeczywisty wybór dotyczy tylko tego, czy urodzić dziecko, czy nie.


Renata Dancewicz, aktorka, właśnie urodziła Jurka: – Gdybym nie wychowywała syna z partnerem, nie byłoby dla mnie obrazą mówienie o sobie samotna matka. Nie słyszałam, by ktoś przyklejał im dziś „szkarłatną literę”. Zresztą nawet w tzw. poprawnym związku, który stoi na czterech nogach, to kobieta jest tymi trzema. Sama nie jestem obdarzona instynktem macierzyńskim. Myślałam nawet, że nie będę miała dziecka. Ale wiem, że są kobiety odczuwające w pewnym wieku te potrzeby. Jeśli nie mają partnera (bo mężczyźni coraz częściej schodzą na psy), jakiż to grzech, że decydują się na dziecko same?


Zwarzone szczęście
Małgorzata Motyka, psychoterapeutka warszawskiej poradni Początek, prowadzi grupę wsparcia dla samotnych rodziców Diada.
– Co jest najtrudniejsze w pojedynczym rodzicielstwie?
– Problemem równie dotkliwym jak samotność są pieniądze. Niejedną z tych kobiet już na drugi dzień po urlopie macierzyńskim zwolniono z pracy. A szansę na jakikolwiek kredyt mają niewielkie, bo dziecko dla jednej pensji to obciążenie. Często więc muszą wrócić do rodziców, uzależnić się od nich ponownie w dorosłym życiu. Już nie mówiąc o tym, ile godności kosztuje czasem walka o ustalenie ojcostwa, alimenty.
– Czy synowie tych matek mają trudności w byciu męskimi?
– Świat bez ojca jest rzeczywiście inny. Jeśli go nie ma w ogóle albo przestaje być obecny, rodzą się pytania: kim jestem, skąd się wziąłem? Chłopcom brakuje obiektu do identyfikacji z męską rolą i ojcowskiej miłości. Ten brak ojca matki często rekompensują kochaniem za dwoje, co nierzadko przybiera formy osaczenia. A świadomość bycia całym światem jest dla dziecka obciążająca.
– Mówić dziecku prawdę? Nawet tę brutalną: tata cię nie chciał? – Tak. Dostosowaną do wieku i możliwości przyjęcia jej przez dziecko, np. nie kochaliśmy się, ale to nie znaczy, że tata cię nie kocha. Tylko że czterolatek zadowoli się bajką, siedmiolatek już nie. Z wizerunkiem taty trzeba uważać. Wystarczy trochę się pomylić w obrazie, by zostawić w dziecku ranę, wzbudzić tęsknotę za mitycznym obrazem ojca lub niechęć do męskiej populacji.
– W środowiskach psychologów i socjologów rodziny toczy się spór o to, czy istnieje macierzyństwo z wyboru. Czy ten wybór nie jest czasem dorabianiem ideologii do decyzji podjętej już przez partnera?
– Myślę, że to wybór z konieczności. Na pewno dziś łatwiej kobietom odejść lub zaakceptować odejście niż w czasach, gdy ona, pani inżynierowa, pani profesorowa, była tylko dodatkiem do niego. Jeśli zaś taki świadomy wybór istnieje, skazuje dziecko na brak ojca z założenia. Zanim się go zrealizuje, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: jaką rolę w moim życiu ma odegrać dziecko? Czy nie chodzi o zapełnienie pustki? A co z mężczyzną? Czy to narzędzie do prokreacji?
– Oprócz matek są kobietami. Jak radzą sobie z brakiem mężczyzny?
– Przed świętami, które u nas są identyfikowane z rodzinnym ciepłem, sylwestrem itp. mają obniżony nastrój. Zdarza się, gdy uczucia między partnerami jeszcze nie wygasły, że dziecko jest elementem przetargowym. Wtedy kontakt z nim jest wykorzystywany do obustronnej gry. A gdy zjawi się kolejny partner? Zwykle mniej myślą o sobie. Ważne, żeby był dobry dla dziecka. To takie bohaterki o zwarzonym szczęściu.


Mama pod ochroną
* Samotne matki mogą rozliczać się wspólnie z dzieckiem.
* Osobom, które utraciły prawo do zasiłku dla bezrobotnych, ale spełniają odpowiednie kryteria dochodowe, przysługuje trzyletni gwarantowany zasiłek okresowy, jeżeli wychowują co najmniej jedno dziecko do 7. roku życia. Za osobę pobierającą zasiłek ośrodek pomocy społecznej opłaca składkę na ubezpieczenie emerytalne i rentowe od jego wysokości.
* Samotnym z dzieckiem zasiłek rodzinny przysługuje w podwójnej wysokości. Mają też prawo do zasiłku wychowawczego do 36 miesięcy – czyli podobnie jak przy porodzie wielorakim.
* Zgodnie z kodeksem rodzinnym i opiekuńczym, ojciec niebędący mężem matki obowiązany jest do pokrycia wydatków związanych z porodem oraz kosztów trzymiesięcznego utrzymania matki w okresie porodu. Jeżeli ojciec jest niewypłacalny, matka może otrzymać świadczenia z Funduszu Alimentacyjnego w ZUS (patrz tekst: „Dzieci utopione w biedzie”).
*Osoby opiekującej się małoletnim dzieckiem, zgodnie z ustawą o ochronie lokatorów, nie można eksmitować bez zapewnienia lokalu socjalnego.


Likwidacja Funduszu Alimentacyjnego jest niemoralna

Dzieci utopione w biedzie

Barbara Sadlik uczy muzyki w tarnowskiej szkole. Zaraz po rozwodzie, 10 lat temu, mąż miał zasądzone 200 zł, ale nie płacił, zmieniał adresy, potem wyjechał do USA. Ślad po nim zaginął. Pani Barbara poszła do komornika, ten szybko przepchnął jej sprawę do Funduszu Alimentacyjnego. Państwo nie było w stanie ściągnąć zaległości, więc przejęło zobowiązania. Dziś pani Barbara dostaje 300 zł na młodszą córkę, pieniądze przysługujące jej na starszą, maturzystkę, zabrano w czerwcu, bo stwierdzono, że dotychczas źle interpretowano przepisy. Teraz pełnoletnie uczące się dzieci mogą korzystać z funduszu, tylko jeżeli są niepełnosprawne. Pieniądze odebrano z dnia na dzień, w czasie matur, egzaminów na studia. Wystarczyła nowa interpretacja przepisu. Nie pomogła interwencja rzecznika praw obywatelskich tłumaczącego, że przestajemy być państwem prawa.
Renata Iwaniec jest koleżanką pani Barbary, uczy historii, jej dzieci też dostają pieniądze z funduszu. Obie kobiety przeżyły już kilka zapowiedzi jego likwidacji. Teraz, kiedy groźba jest realna jak nigdy, bo należy do oszczędnościowego pakietu wicepremiera Hausnera, zarejestrowały Stowarzyszenie Osób Zagrożonych Likwidacją Funduszu.
Oto fakty. Fundusz Alimentacyjny istnieje od 1974 r., jest fragmentem ZUS. Dziś przeciętna wypłata wynosi 225 zł, w 2003 r. fundusz wypłaci w sumie 1,5 mld zł. Tymczasem w projekcie nowej ustawy o świadczeniach rodzinnych ustala się, że matki w marnej sytuacji materialnej mogą dostać tylko 170 zł dołożone do zasiłku rodzinnego. Wraz ze zniknięciem funduszu i 10 innych świadczeń pojawią się tylko dwa rodzaje zasiłków: rodzinny i pielęgnacyjny. Przeprowadzono już nawet symulację. Wynika z niej, że dla 60% matek, które do tej pory dostawały pieniądze z funduszu, sytuacja się pogorszy, dla 27% stanie się dramatyczna. Stracą osoby dostające najwięcej, a więc te, które na minimalnym poziomie, ale jakoś urządziły sobie życie. Dzieci utoną w biedzie.
Wypłatami zajmą się ośrodki opieki społecznej, co również przeraża matki. System opieki społecznej jest słaby i niewydolny. Samotne matki zginą wśród innych osób poszukujących wsparcia. Już dziś w mediach pokazywane są ciągle urzędniczki tłumaczące, że wypłaciły parę groszy rodzinie, ale była to pomoc jednorazowa.
Tak to pewne pieniądze zostaną zastąpione mniejszymi i niepewnymi. Pierwszy raz pomysł likwidacji funduszu był rozważany przez rząd Jerzego Buzka w 1999 r. Wówczas jednak od pomysłu odstąpiono, przywrócono za to kryterium dochodowe. W rządowym raporcie o sytuacji rodzin polskich znalazło się wówczas stwierdzenie, że likwidacja funduszu pogorszy sytuację dzieci, które i tak płacą wysoką cenę za transformację. W obronie matek ostro wystąpiła wtedy Dorota Kempka (SLD). Mam nadzieję, że i teraz się odezwie, szczególnie że jest przewodniczącą Parlamentarnej Grupy Kobiet.
Na razie rząd żali się, że musi zlikwidować fundusz, bo od alimenciarzy udaje się odzyskać tylko 10% należności. Zaległości „tatusiów na niby” to dzisiaj już 9 mld. Tymczasem można tylko powiedzieć, że jest to problem władzy, nie matek. Przecież po likwidacji funduszu alimenciarze będą jeszcze bardziej bezkarni, nawet tych 10% się nie odzyska.
Jednak podstawową przyczyną likwidatorskich zapędów jest, jak to się ładnie określa, rosnąca dynamika świadczeń i niewielka (?) grupa osób korzystająca z funduszu, choć od 1990 r. liczba pobierających kobiet wzrosła pięciokrotnie i dziś wynosi 500 tys. Ale i ten argument świadczy o bezradności państwa. Ojcowie oszukują, rejestrują się jako bezrobotni, kluczą. Państwo nie potrafi ich złapać, nie ma też godziwej oferty pracy dla matek, jedynym uczciwym społecznie wyjściem pozostaje Fundusz Alimentacyjny.
Istotnie, Fundusz Alimentacyjny realizuje cele pomocy społecznej. Powinna to być pomoc tylko na etapie postępowania egzekucyjnego. Jest na etapie wieloletniej bezradności państwa.
Pani Barbara i Renata z Tarnowa są przeciętnymi, zwykłymi matkami. Nie zablokują Ministerstwa Finansów, nie wysypią zboża. Za słabe państwo zostaną ukarane dzieci 500 tys. kobiet.

Iwona Konarska

Wydanie: 45/2003

Kategorie: Społeczeństwo

Komentarze

  1. M.
    M. 18 października, 2016, 20:59

    Przykry artykuł choć pokazuje prawdziwe życie samotnych matek..

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy