Trochę “białego”, trochę “czerwonego”

Lewa strona skupia żelazny elektorat SLD i “sieroty”, które nie mają się gdzie podziać

Rozmowa z Jerzym Głuszyńskim, dyrektorem Instytutu Badania Opinii i Rynku “Pentor”

– Czy istnieje “Polska czerwona” i, na przeciwległym biegunie, odmienna od niej “Polska biała”?
– Nie jestem pewien zasadności stosowania tak grubych podziałów. One, co prawda, mają pewne uzasadnienie, bo ludzie w opisywaniu rzeczywistości często posługują się tego typu miarami. Są to jednak miary uproszczone. Rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona, by można ją było włożyć w dwie hasłowe, tak skrajne kategorie. Bo co to jest “Polska czerwona” w opozycji do “Polski białej”? Czy “Polska czerwona” to Polska post-PZPR-owska, a “biała” to cała reszta? Czym jest zespół wartości, który tę “białość” miałby charakteryzować? Dwuelementowe kategorie są raczej tylko etykietkami typu: lewica – prawica, czy postkomuna – post-”Solidarność”.
– Ale te etykietki świetnie funkcjonują w codziennym życiu. Jak je zdefiniować?
– O ile to, co jest po lewej stronie sceny politycznej, wydaje się być dość klarowne, to strona przeciwna nie wygląda już tak jednoznacznie. Jeśli się temu bliżej przyjrzymy, to dojdziemy do wniosku, że w Polsce nie ma warunków na klasyczną prawicę. Dlatego partie, które odwołują się do tradycji endeckiej czy chadeckiej są takie mizerne. W Polsce nie ma bowiem zbyt licznego elektoratu tego typu. Prawica liberalna różni się zasadniczo od prawicy narodowej – od ZChN, środowiska Radia Maryja, choć i one inaczej rozkładają akcenty: konserwatyzm, narodowość, chrześcijaństwo. Pod względem ekonomicznym partie prawicowe przejawiają często wartości lewicowe, a nawet lewackie i odwrotnie. Dlatego klasyczny podział też jest zamazany. Myślę, że podział na Polskę “białą” i “czerwoną” można rozpatrywać na dwóch płaszczyznach: ideowej i socjotechnicznej, czyli pod względem stylistyki programów i tego, jak będzie ona oddziaływać na elektorat.
– Często jednak słyszymy o “czerwonych”, czym jest w takim razie “Polska czerwona”?
– Ona i jest, i jej nie ma. Jest, bo jeśli nawet istnieje grupa, która nie ma charakterystycznych cech dla opisywania jej jako “czerwonej”, ale gdy wszyscy inni ją tak postrzegają i opisują, to grupa ta, prędzej czy później, musi w końcu zostać “czerwoną”. Sprawi to presja otoczenia. W Polsce nastąpiła redefinicja tego słowa. Osoby tworzące pierwszą socjaldemokrację chciały się przede wszystkim odciąć od tego, co związane z PZPR. Działały w tym kierunku konsekwentnie, autentycznie. Bardzo chciały się odróżnić, odciąć od przeszłości, ale presja otoczenia spowodowała, paradoksalnie, efekt odwrotny od zamierzonego. Wówczas zdecydowano się na zagospodarowanie elektoratu PZPR. Mają w tym swój udział kręgi solidarnościowe, to właśnie one konsekwentnie kreowały coś, co nazywane jest postkomuną. Ci ludzie “Solidarności”, którzy próbowali patrzeć na przemiany inaczej, stosować “grubą kreskę” Mazowieckiego, stali się niczyi. Nie są bowiem rzeczywistym elementem SLD, zaś w kręgach solidarnościowych uznani zostali za wyklętych. Dobrym przykładem jest Barbara Labuda, która chciała zastosować ową “grubą kreskę”. W tym sensie istnieje podział na postkomunę i post-”Solidarność”. Język, który tak właśnie opisuje rzeczywistość, jest bardzo nośny.
– Czy potwierdzają to badania socjologiczne?
– Wszystko zależy od narzędzi i doświadczenia badacza. Z jednej strony, z badań wynika, że przeszłość dla Polaków jest już mniej ważna, liczy się przyszłość, to, co przed nami. Z drugiej zaś, język podziałów jest ciągle bardzo żywy, np. ewolucja ocen zasadności wprowadzenia stanu wojennego.
– Czy to partie narzucają język i sposób widzenia świata? Narzucają podziały?
– W pewnym sensie tak. Istotną rolę odgrywają tu również media. Telewizja Walendziaka ma przecież inne odcienie niż Telewizja Kwiatkowskiego. Każda z nich ma swoją frazeologię, system preferowanych wartości. Innym przykładem jest Adam Michnik, który z wielką pasją propaguje swój sposób widzenia świata, który w związku z tym podjął się roli “kija w szprychach”, ale już nie autorytetu ogólnonarodowego. Proszę zauważyć, co dzieje się ze sprawą Jedwabnego – została ona przefiltrowana przez podziały ideowe. A mogła być rodzajem katharsis.
– Czy z tych podziałów można utkać portret Polaka “czerwonego” i “białego”?
– Tak naprawdę ludzie dzielą się według zasady, najprościej mówiąc, wolności i ograniczania tej wolności. Z jednej strony są ci, którzy uważają, że człowiek to istota wolna, ma prawo wierzyć i nie wierzyć, chodzić do Kościoła lub nie chodzić, kupować pisma erotyczne albo ich nie kupować itd. Z drugiej strony – ci, którzy twierdzą, iż z natury rzeczy człowiek jest ułomny, niedoskonały, trzeba odgórnie go ograniczać i chronić przed nim samym. Jeśli ma skłonności homoseksualne, to powinien je ukrywać i cierpieć, bo “urodził się zboczony”. Ale w tych sprawach podziały “biało-czerwone” biegną w poprzek, są raczej światopoglądowe niż ideowe. Podział istnieje, ale te zbiory nie są tak całkiem rozłączne. Mają pewną część wspólną, którą jest owe centrum, nie do końca jeszcze zagospodarowane. Lewica to ugrupowanie wolnościowe, więc chętnie popierane przez inteligencję i artystów. Lewa strona skupia w Polsce żelazny elektorat SLD i “sieroty”, które nie mają się gdzie podziać. Dlatego patentem Platformy jest hasło, że można nie być lewicą czy postkomuną, a jednocześnie być partią, która nie jawi się wyborcom jako niebezpieczna.
– Sondaże pokazują, że Polak – mówiąc umownie – jest coraz bardziej “czerwony”. Dlaczego?
– Po pierwsze, dlatego, że wykształcił się układ, w którym opozycji znacznie łatwiej uzyskiwać poparcie i po drugie, bo wielkie jest rozczarowanie sposobem rządzenia przez AWS. Odbicie wahadła w lewo to znak, że AWS w 1997 r. złożył piękne obietnice, ale bez pokrycia. Mówił o “nowej jakości”, o szybkich i sprawnych reformach z myślą o obywatelach, o “oddaniu władzy ludziom”. Mieliśmy “obudzić się w nowej Polsce”. Te wszystkie obietnice uwiodły wyborców i wzbudziły nadzieje, stąd rozczarowanie jest tak duże. Rozsądny polityk nie obiecuje “złotych gór”. Proszę zauważyć, że SLD nie szasta deklaracjami, a jednocześnie wyborca tych deklaracji nie oczekuje. Przeciwnie – im mniej obietnic, tym polityk wiarygodniejszy.
– Czy podział, o którym mowa, przejawia się w podejściu do integracji z Unią Europejską?
– Wybory prezydenckie pokazały wyraźnie, że na tym nie da się zbudować niczego trwałego. Co nie znaczy, że społeczeństwo jest do Unii przekonane. Znaczna grupa ludzi boi się. W tej grupie są tacy, którzy uważają – choć to absurdalna argumentacja – że dla Polski lepiej być w Unii, bo oni – ci z Brukseli, zrobią tu porządek, a nasi są do niczego.
n W każdym z nas jest trochę “białego” i trochę “czerwonego” Polaka…
– Te podziały przebiegają w poprzek. Najbardziej konsekwentny z nich to podział historyczny. Pozostałe są płynne.

Wydanie: 18/2001

Kategorie: Społeczeństwo

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy